Pół roku po ślubie mąż położył przede mną dokument. Myślałam, że to romantyczna niespodzianka na naszą rocznicę. Zamiast tego przeczytałam: „Umowa najmu lokalu mieszkalnego”. Robert spokojnie…

Pół roku po ślubie mąż położył przede mną dokument. Myślałam, że to romantyczna niespodzianka na naszą rocznicę. Zamiast tego przeczytałam: „Umowa najmu lokalu mieszkalnego”. Robert spokojnie...

Moja była żona była rozrzutna i nie umiała oszczędzać – powtarzał Robert. Pół roku po ślubie położył przede mną dokument. Kiedy zobaczyłam, co w nim napisał, zrozumiałam, że Agnieszka miała rację. Ale wtedy jeszcze tego nie wiedziałam.

Thumbnail

Patrzyłam na Roberta i myślałam, że wreszcie trafił mi się normalny, porządny mężczyzna. Taki, który nie znika na trzy dni bez słowa, nie pożycza pieniędzy pod koniec miesiąca i nie opowiada przy winie, że szuka siebie, choć ma prawie pięćdziesiąt lat. Miałam już po czterdziestce i byłam zwyczajnie zmęczona. Pracowałam jako office manager w niedużej firmie w Warszawie.

Pilnowałam faktur, zamawiałam materiały biurowe, organizowałam spotkania, odbierałam telefony, a kiedy trzeba było, potrafiłam jednocześnie uspokoić zdenerwowanego klienta, znaleźć hydraulika i przypomnieć szefowi, że za kwadrans ma ważne zebranie. W pracy wszystko miało swoje miejsce, w życiu uczuciowym niekoniecznie. Za mną było kilka związków, które zaczynały się obiecująco, a kończyły tak samo – rozczarowaniem. Jeden mężczyzna przez pół roku obiecywał, że odejdzie od żony.

Drugi miał w głowie tysiąc wielkich planów, ale żadnego nie doprowadził do końca. Trzeci wydawał całą wypłatę na swoje hobby, a potem pytał, czy nie mogłabym na chwilę zapłacić za rachunki. Dlatego kiedy poznałam Roberta, poczułam ulgę. Robert był spokojny, zadbany i punktualny.

Pracował jako specjalista do spraw rozliczeń w dużej firmie. Nosił wyprasowane koszule, czyste buty i zawsze pachniał tą samą wodą po goleniu. Miał kilkuletni samochód, ale tak wypucowany, że można było się przejrzeć w masce. Na pierwszą randkę przyszedł dziesięć minut wcześniej.

To już samo w sobie zrobiło na mnie wrażenie. Spotkaliśmy się w przyjemnej restauracji niedaleko centrum. Robert zamówił stek, ja wzięłam rybę. Do tego po kieliszku czerwonego wina.

Rozmawiało nam się dobrze. Robert słuchał, nie przerywał, nie zerkał co chwilę w telefon. Dopiero przy płaceniu rachunku zrobiło się trochę dziwnie. – Chwileczkę – powiedział do kelnera.

– Czy ta promocja na danie główne łączy się ze zniżką z aplikacji? Kelner zawahał się. – Musiałbym sprawdzić. – Proszę sprawdzić, bo jeśli się łączy, to za jedną część zapłacę kartą, na której mam cashback, a za resztę wykorzystam punkty.

Kelner zniknął. Robert wyjął telefon i zaczął coś liczyć. Obserwowałam go z rozbawieniem. – Ty zawsze tak wszystko liczysz?

Robert uśmiechnął się lekko. – Pieniądze lubią porządek. Wtedy wydało mi się to nawet sympatyczne. Pomyślałam: gospodarny facet.

Przynajmniej nie taki, który rzuca banknotami na prawo i lewo, żeby zrobić wrażenie, a potem przez tydzień je kanapki z serem. Już podczas kolejnych spotkań coraz częściej pojawiał się temat Agnieszki, byłej żony. – Ona kompletnie nie rozumiała wartości pieniądza – mówił Robert, kręcąc głową. – Fryzjerka zarabiała przyzwoicie, a wszystko potrafiła wydać.

Na co? Na głupoty. Kosmetyki, ubrania, jedzenie na mieście. Raz kupiła sobie płaszcz, który założyła może trzy razy.

Marszczyłam brwi. – No ale jeśli sama zarabiała, nie chodzi o to, kto zarabia. Chodzi o rozsądek. Robert wzdychał wtedy ciężko, jak człowiek, który naprawdę wiele przeszedł.

– Wiesz, Iwona, ja nie jestem skąpy. Ja po prostu nie znoszę marnotrawstwa. To zdanie powtarzał często. Wierzyłam mu.

Agnieszka w jego opowieściach była kobietą kapryśną, rozrzutną i niewdzięczną. Robert natomiast jawił się jako biedny człowiek, który próbował ratować domowy budżet, ale nikt tego nie doceniał. Było mi go nawet żal. Po kilku miesiącach Robert oświadczył się bez wielkiej oprawy, bez restauracji z muzyką, bez fotografa, bez drogich niespodzianek.

Dał mi delikatny złoty pierścionek. – Diamenty to głównie marketing – powiedział. – Uczucia nie zależą od ceny kamienia. Roześmiałam się i powiedziałam tak.

Ślub był skromny. Urząd stanu cywilnego, najbliższa rodzina, później obiad w restauracji. Bez orkiestry, bez wielkiej sali, bez pokazów i fajerwerków. Odpowiadało mi to.

Nie marzyłam już o bajkowym weselu. Chciałam spokoju. Po ślubie przeprowadziłam się do mieszkania Roberta. Trzy pokoje w zadbanym bloku.

Dobra dzielnica, duży balkon. Mieszkanie odziedziczył po babci, więc nie miał kredytu. – Przynajmniej nie będziemy całe życie spłacać banku – powiedziałam z ulgą. Przywiozłam swoje ubrania, książki, kilka doniczek z kwiatami i ulubiony ekspres do kawy.

Przez pierwsze tygodnie naprawdę było dobrze. Rano piliśmy razem kawę, wieczorem oglądaliśmy seriale, w soboty robiliśmy zakupy. Zaczęłam nawet myśleć, że może tym razem naprawdę się udało. Aż pewnego wieczoru wróciłam z pracy i zobaczyłam Roberta przy kuchennym stole.

Przed nim leżał plik paragonów. Obok stał otwarty laptop. Na ekranie świeciły kolorowe tabelki, kolumny i wykresy. Robert poprawił okulary i wskazał mi krzesło.

– Usiądź, Iwonka. – Co się stało? Uśmiechnął się spokojnie. – Nic złego.

Po prostu pomyślałem, że jesteśmy już małżeństwem, więc czas wreszcie porządnie ustalić zasady naszego wspólnego budżetu. Usiadłam naprzeciwko niego i zerknęłam na ekran. Na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało całkiem rozsądnie. Zielone pola, żółte pola, czerwone kolumny.

Robert miał nawet osobny arkusz z paragonami z ostatnich tygodni. – Zobacz – zaczął. – Tu mamy wydatki wspólne. Chleb, masło, ziemniaki, makaron, mleko, środki do mycia naczyń.

Korzystamy oboje, więc dzielimy po równo. Skinęłam głową. – No dobrze. A tutaj?

– przesunął palcem po ekranie. – Są wydatki indywidualne. – Jakie? Robert powiększył tabelę.

– Twój szampon, 80 zł. Spojrzałam na niego, pewna, że żartuje. – Robert, to jest zwykły szampon. – Dla ciebie zwykły.

Ja używam swojego za 12 zł. – Bo masz krótkie włosy. – Właśnie, czyli nie korzystam z twojego. Kliknął myszką.

– Jogurty waniliowe, twoje. Krem do twarzy, twój. Herbata liściasta w tej eleganckiej puszce też twoja, bo ja piję zwykłą czarną w saszetkach. Aż się zaśmiałam.

– Chcesz mi powiedzieć, że będziemy teraz rozliczać każdy jogurt? Robert spoważniał. – Nie każdy jogurt, tylko rzeczy, z których korzysta jedna osoba. Przecież jesteśmy małżeństwem.

Tym bardziej powinniśmy mieć jasne zasady. Powiedział to tak spokojnie, że na moment zwątpiłam we własną reakcję. Może rzeczywiście przesadzam, może po prostu Robert lubi porządek. – Agnieszka też zawsze robiła z tego awanturę – dodał.

Westchnęłam. – No tak, Agnieszka. Co tym razem robiła? Robert odchylił się na krześle.

– Kupowała ser pleśniowy, taki naprawdę dobry, po 30 kilka złotych za kawałek. Do tego świeżego łososia, oliwki, jakieś pasty z suszonych pomidorów. Wszystko bez promocji. No i jak to?

No i jadła większość sama, a paragony wrzucała do wspólnej koperty. Wzruszyłam ramionami. – Może po prostu lubiła dobre jedzenie? Robert spojrzał na mnie z niedowierzaniem.

– Iwona, właśnie od takiego myślenia zaczyna się finansowy chaos. Potem przez dobre dziesięć minut tłumaczył mi, że Agnieszka nigdy nie rozumiała, czym jest uczciwy podział kosztów, że on próbował wprowadzić system, według którego droższe produkty płaci osoba, która zjada ich więcej, i oczywiście zrobiła awanturę. Patrzyłam na niego i myślałam, że może rzeczywiście poprzednie małżeństwo mocno go poraniło. Człowiek po takich przejściach czasem staje się przesadnie ostrożny.

Tego wieczoru przelałam mu kwotę, którą wyliczył za moje osobiste zakupy. Nie była duża. Bardziej niepokoiła mnie sama zasada, ale wtedy jeszcze machnęłam ręką. Niestety na tym się nie skończyło.

Zakupy zaczęły przypominać kontrolę skarbową. Robert potrafił stać kilka minut przy półce z papierem toaletowym i liczyć w telefonie, ile kosztuje jeden metr. – Ten jest tańszy – mówił – ale jest cienki, to bierzesz dwa razy mniej. – Robert, matematyka nie kłamie.

Przy środkach czystości porównywał pojemności butelek, stężenie płynu i liczbę myć przypadających na jedno opakowanie. Kiedy sięgałam po lepszą herbatę, od razu słyszałam:

– Płacisz za pudełko? – Lubię tę herbatę. – Ale skład jest prawie taki sam.

– Smak nie jest taki sam. – To jest kwestia przyzwyczajenia. Z czasem coraz częściej robiłam część zakupów sama. Przynosiłam do domu swoje jogurty, kosmetyki, lepszą kawę i chowałam paragony do torebki.

Robert zauważał wszystko. – Kupiłaś coś bez wpisania do tabeli? – Za swoje pieniądze. – Nie o to chodzi.

Chodzi o przejrzystość. Po kilku tygodniach przyszła kolej na prąd. Najpierw były zwykłe uwagi. Zgaś światło w przedpokoju.

Wyłącz telewizor całkowicie. Nie zostawiaj na czuwaniu. Ładowarka jest w kontakcie. Początkowo robiłam, jak chciał.

W końcu rzeczywiście nie było sensu świecić bez potrzeby. Ale któregoś wieczoru weszłam do kuchni i pomyślałam, że jest wyjątkowo ciemno. Spojrzałam w górę. W żyrandolu świeciła jedna żarówka.

– Robert, co? Gdzie są pozostałe? Wyszedł z salonu z kubkiem herbaty. – Wykręciłem.

– Dlaczego? – Trzy są zupełnie zbędne. Jedna wystarczy. W kuchni oczy się mniej męczą przy łagodniejszym świetle.

Popatrzyłam na niego dłużej. – Ty sam w to wierzysz? Robert uniósł brwi. – Oczywiście.

Następnego dnia zniknęła też jedna żarówka z pokoju. Potem zaczął pilnować, ile płynu wlewam do pralki. – Producent zawsze zawyża dawkę – tłumaczył. – Skąd wiesz?

– Bo chcę sprzedać więcej. Zaczynałam czuć, że w mieszkaniu wszystko ma swoją cenę. Każde światło, każda kropla płynu, każdy listek herbaty. A jednak jeszcze się łudziłam.

Powtarzałam sobie, że Robert jest po prostu przewrażliwiony po małżeństwie z Agnieszką, że z czasem mu przejdzie. Pewnego chłodnego listopadowego poranka weszłam do łazienki zaspana, z ręcznikiem przewieszonym przez ramię. Odkręciłam wodę i wtedy zauważyłam coś na szklanej półce obok lustra. Małe plastikowe naczynie, dwie przezroczyste komory, w środku niebieski piasek.

Wzięłam je do ręki, odwróciłam i patrzyłam, jak drobne ziarenka zaczynają przesypywać się w dół. Pięć minut. Dokładnie pięć. Stałam przez chwilę w ciszy, potem spojrzałam na zamknięte drzwi łazienki.

– Robert, co to ma być? Przy śniadaniu Robert zachowywał się tak, jakby nic szczególnego się nie stało. Spokojnie mieszał owsiankę i przeglądał coś w telefonie. Postawiłam przed nim plastikową klepsydrę.

– Możesz mi wyjaśnić, co to jest? Robert nawet nie drgnął. – Pomoc wizualna. – Słucham?

– Do kontrolowania czasu pod prysznicem. Patrzyłam na niego, czekając na uśmiech, na jakiś znak, że za chwilę powie: „No przecież żartuję”. Nic takiego nie nastąpiło. – Wczoraj sprawdziłem rachunki za wodę – ciągnął spokojnie.

– Od kiedy się wprowadziłaś, zużycie ciepłej wody wyraźnie wzrosło, bo mieszkają tu teraz dwie osoby zamiast jednej. Nie tylko o to chodzi. Odłożył łyżkę i spojrzał na mnie z miną człowieka, który właśnie zamierza przedstawić niepodważalne dane. – Ja biorę szybki prysznic.

Trzy, maksymalnie cztery minuty. Ty stoisz pod wodą po kilkanaście. – Mam długie włosy. – Wiem.

To co ja mam zrobić? Umyć połowę głowy dzisiaj, a drugą jutro? Robert westchnął. – Iwona, po co od razu takie emocje?

To zdanie zaczynało działać mi na nerwy bardziej niż wszystkie tabelki razem wzięte. – Nie emocje, pytam normalnie. – Właśnie dlatego proponuję sprawiedliwe rozwiązanie. Skoro zużywasz więcej ciepłej wody, powinnaś pokrywać większą część rachunku.

Odsunęłam kubek. – Ile większą? – 70%. – 70?

Ja 30, ty 70? – To najbardziej logiczne. Przez chwilę w kuchni było zupełnie cicho. Patrzyłam na jego twarz i nagle naprawdę nie wiedziałam, czy chcę się śmiać, czy krzyczeć.

– A tak, klepsydra. Pięć minut wystarczy na podstawową higienę. – Komu wystarczy? – Każdemu, kto rozsądnie gospodaruje zasobami.

Oparłam dłoń o stół. – Robert, ja nakładam odżywkę. Muszę ją spłukać. Czasem myję włosy dwa razy.

To nie jest kąpiel w luksusowym hotelu. – Agnieszka mówiła dokładnie to samo. Zamknęłam oczy. – Oczywiście Agnieszka.

Co tym razem robiła źle? Robert wyprostował się, jakby tylko czekał na to pytanie. – Wracała po pracy i potrafiła nalać pełną wannę gorącej wody. Tak, cały dzień na nogach.

– I co z tego? – Nic, pytam. Robert prychnął. – Dwa razy w tygodniu kąpiel, piana, jakieś olejki, świece, czasem jeszcze książka.

Leżała tam prawie godzinę. Poczułam coś dziwnego. Jeszcze miesiąc wcześniej zapewne pokiwałabym głową ze współczuciem dla Roberta. Teraz przed oczami stanęła mi zupełnie inna scena.

Agnieszka po całym dniu pracy w zakładzie fryzjerskim, ręce zmęczone od suszarek, farb i szczotek, plecy bolące od wielogodzinnego stania. Kobieta, która chce po prostu wejść do ciepłej wody i przez chwilę mieć święty spokój. – I co robiłeś? – zapytałam ciszej.

Robert wzruszył ramionami. – Próbowałem ją nauczyć rozsądku. Jak zaproponowałem, żeby nie spuszczała od razu całej wody. Zmarszczyłam brwi.

– To znaczy? – Można ją było zebrać do wiader i wykorzystać później do spłukiwania toalety. Patrzyłam na niego bez słowa. – To przecież oszczędność – dodał.

I wtedy coś we mnie pękło. Nie gwałtownie, raczej cicho, ale ostatecznie. Po raz pierwszy pomyślałam, że Agnieszka wcale nie musiała być rozrzutna, kapryśna ani niewdzięczna. Może po prostu miała dość życia z człowiekiem, który przeliczał każdą kroplę wody na pieniądze.

Wstałam od stołu. – Nie będę się myła z klepsydrą. Robert uniósł głowę. – Iwona…

– I nie będę płacić 70% rachunku tylko dlatego, że mam długie włosy.

– Czyli odrzucasz logiczne argumenty? – Tak. Jeśli to są twoje logiczne argumenty, to odrzucam. Od tego dnia przestałam się tłumaczyć.

Brałam prysznic tak długo, jak potrzebowałam. Używałam odżywki, peelingu i swojego szamponu za 80 zł. Robert oczywiście zauważał wszystko. Czasem stawał pod drzwiami łazienki.

– Minęło już osiem minut. Odkręcałam wodę odrobinę mocniej. – Iwona, słyszysz mnie? Słyszałam.

Po prostu przestałam reagować. W domu robiło się coraz bardziej duszno, choć kaloryfery były ledwie ciepłe. Robert liczył, ja milczałam. On komentował zakupy, ja odkładałam paragony do własnej torebki.

On mówił o kosztach. Ja coraz częściej myślałam o Agnieszce. Tak minęły kolejne tygodnie. W końcu zbliżyło się pół roku od ślubu.

Długo zastanawiałam się, czy w ogóle warto to obchodzić, a jednak zdecydowałam, że spróbuję. Może jeden spokojny wieczór bez tabelek, bez rachunków, bez liczenia minut pod prysznicem. Wzięłam w pracy kilka godzin wolnego, pojechałam po zakupy. Kupiłam dobrą kaczkę, kwaśne jabłka, butelkę czerwonego wina i wszystko, czego potrzebowałam do porządnej kolacji.

Chciałam przygotować coś naprawdę od serca. Jeszcze wtedy miałam nadzieję, że ten wieczór coś między nami naprawi. Kiedy Robert wrócił do domu, w mieszkaniu pachniało pieczonymi jabłkami, majerankiem i winem. Zdążyłam wszystko przygotować.

Kaczka miała chrupiącą złotą skórkę, ziemniaki rumieniły się w naczyniu, a na stole stały dwa kieliszki i świece, których Robert zwykle nie lubił, bo parafina też kosztuje. Tego wieczoru jednak nic nie powiedział. Zdjął płaszcz, umył ręce, przebrał się i wszedł do pokoju z wyraźnie dobrym humorem. – No proszę – powiedział – ale uczta.

W końcu minęło pół roku. – Wiem. Usiadł przy stole. Nalałam wina.

Przez pierwszych kilka minut było nawet normalnie. Robert pochwalił kaczkę. – Dobra, naprawdę dobra. – Dziękuję.

– Jabłka też pasują. Uśmiechnęłam się. Może właśnie tego potrzebowaliśmy. Jednego zwyczajnego wieczoru, bez pieniędzy, bez rozliczeń, bez komentowania, ile kosztowała butelka wina.

Robert wypił kilka łyków i nagle odsunął talerz. – Właściwie dobrze, że zrobiłaś tę kolację. Spojrzałam na niego. – Dlaczego?

– Bo ja też przygotowałem coś na dzisiaj. Serce zabiło mi trochę szybciej. Może jednak kupił bilety na weekend? Może zarezerwował hotel gdzieś pod Warszawą, albo chociaż pomyślał o czymś, co nie miało nic wspólnego z rachunkami.

Robert wstał, podszedł do swojej teczki i wyjął z niej przezroczystą koszulkę z kilkoma kartkami. Położył dokument przede mną. – Proszę. Spojrzałam na pierwszą stronę.

Przez chwilę nie rozumiałam, co czytam. Potem przeczytałam jeszcze raz. Umowa najmu lokalu mieszkalnego. Podniosłam wzrok.

– Robert, co to jest? – Projekt. – Jakiego projektu? – Umowy między nami.

Nadal patrzyłam na niego bez słowa. Robert usiadł, poprawił mankiety koszuli i zaczął mówić spokojnym tonem. – Od pewnego czasu analizuję rynek najmu w naszej okolicy. Poczułam, jak coś ściska mnie w żołądku.

– Po co? – Żeby wiedzieć, jaka jest realna wartość mieszkania. – Robert, ja tu mieszkam z tobą. Jako twoja żona.

– Wiem. Ale status małżeński nie zmienia wartości nieruchomości. Powiedział to tak spokojnie, jakby tłumaczył coś wyjątkowo prostego. Odstawiłam kieliszek.

– Mów dalej. Robert natychmiast się ożywił. – To mieszkanie można by spokojnie wynająć za około 4000 zł miesięcznie. No i… ty zajmujesz znaczną część przestrzeni.

Zamrugałam. – Znaczną część przestrzeni? – Szafę, połowę sypialni, łazienkę, kuchnię. Korzystasz z salonu, balkonu, sprzętów.

– Robert, naprawdę to liczysz? – Nie liczę, analizuję. Sięgnął po dokument i wskazał palcem jeden z punktów. – Gdybym wynajął komuś część mieszkania, miałbym z tego konkretny dochód, a ponieważ mieszkasz tutaj ty, nie mogę tego zrobić.

Patrzyłam na niego coraz bardziej nieruchomo. – Czyli tracisz przeze mnie pieniądze. Robert pokiwał głową. – Dokładnie.

To są utracone korzyści. Przez chwilę myślałam, że chyba jednak źle słyszę. Utracone korzyści. – Tak, ale oczywiście nie chcę traktować cię jak obcej osoby.

Dlatego proponuję uczciwy kompromis. Odwrócił kartkę. – 2000 zł miesięcznie. Wpatrywałam się w cyfrę na papierze.

– Chcesz, żebym płaciła ci 2000 miesięcznie za mieszkanie z własnym mężem? – Nie przedstawiaj tego w taki sposób. – A jak mam to przedstawić? – Jako udział w kosztach korzystania z majątku.

Parsknęłam krótkim, nerwowym śmiechem. Robert natychmiast zmarszczył brwi. – Nie rozumiem, co jest zabawnego. – Nic.

Mów dalej. – Za pół roku daje to 12000 zł. Czyli jeszcze masz zaległość. – Technicznie rzecz biorąc, tak.

Aż odchyliłam się na krześle. Robert natomiast wyglądał na coraz bardziej zadowolonego z własnej argumentacji. – Do tej pory nie uwzględniałem też amortyzacji. Oczywiście podłoga się zużywa, kanapa też.

Materac, armatura, deska sedesowa, drzwi, klamki. Powoli przesunęłam wzrokiem po stole. Kaczka stygła. Świece spokojnie się paliły.

Wino zostało prawie nietknięte. Jeszcze godzinę temu chciałam uratować ten wieczór. Teraz czułam już tylko zadziwiający spokój. – Robert?

– Tak. – Agnieszce też coś takiego zaproponowałeś? Robert zamilkł. Pierwszy raz tego wieczoru naprawdę się zawahał.

– To nie ma znaczenia. – Ma. Zapytałam, czy Agnieszce też dałeś umowę najmu. Robert zacisnął usta.

– Podobną. Poczułam chłód na karku. – I co zrobiła? Robert skrzywił się.

– Zachowała się skandalicznie. Jak zaczęła krzyczeć, że jestem chory, że nie będzie płacić mężowi za własne łóżko. Patrzyłam mu prosto w oczy i wtedy zrozumiałam. W tej jednej chwili wszystko ułożyło mi się w całość.

Ser, ryba, wanna, wiaderka, paragony, woda, żarówki. Agnieszka nie była rozrzutna, nie była histeryczką, nie była niewdzięczna. Po prostu wcześniej niż ja zrozumiała, z kim mieszka. Spojrzałam jeszcze raz na dokument leżący obok talerza, potem na Roberta i już wiedziałam dokładnie, co zrobię.

Nie podniosłam głosu, nie rzuciłam talerzem, nie trzasnęłam krzesłem, nie zaczęłam wyliczać Robertowi wszystkiego, co przez ostatnie miesiące znosiłam. Po prostu wstałam od stołu. – Dokąd idziesz? – zapytał.

– Spakować się. Robert przez sekundę wyglądał tak, jakby nie zrozumiał. – Co? – Wyprowadzam się.

– Iwona, nie rób scen. Odwróciłam się do niego. – Ja właśnie nie robię żadnej sceny. Weszłam do sypialni, wyciągnęłam z szafy dużą walizkę i położyłam ją na łóżku.

Robert oczywiście poszedł za mną. – Ty chyba nie mówisz poważnie. Zaczęłam składać ubrania. – Mówię.

– Przez jedną rozmowę? – Nie przez jedną. – Przecież to tylko propozycja. Możemy negocjować.

Aż się uśmiechnęłam. – Negocjować? – Oczywiście. 2000 to punkt wyjścia.

Mogę zejść trochę niżej. Włożyłam do kosmetyczki krem, szampon i odżywkę. Robert coraz bardziej się denerwował. – Naprawdę chcesz zniszczyć małżeństwo przez pieniądze?

Zatrzymałam rękę. – Ja? – Tak, ty, bo nie umiesz spokojnie rozmawiać o finansach. Pokręciłam głową i wróciłam do pakowania.

– Jesteś dokładnie taka sama jak Agnieszka – rzucił w końcu. Spojrzałam na niego. – Wiesz co? Dziękuję.

– Za co? – Za komplement. Robert poczerwieniał. – Wam wszystkim chodzi tylko o wygodę, o to, żeby korzystać z cudzej pracy, cudzych pieniędzy, cudzej własności.

Zapięłam walizkę. – Robert, naprawdę już nie musisz nic tłumaczyć. – Oczywiście, jak nie masz argumentów, to uciekasz. Nie odpowiedziałam.

Założyłam płaszcz, wzięłam torebkę i walizkę. Robert stał w przedpokoju z rękami skrzyżowanymi na piersi. – Jeszcze będziesz tego żałować. Otworzyłam drzwi.

– Możliwe. – I co teraz? Hotel? – Koleżanka.

– Będziesz wydawać pieniądze bez sensu? Spojrzałam na niego po raz ostatni. – Jakoś sobie poradzę. I wyszłam.

Dopiero kiedy drzwi zamknęły się za mną, poczułam ulgę. Nie rozpacz, nie strach. Ulgę. Przez pierwsze dwie noce spałam u koleżanki.

Potem znalazłam niewielkie mieszkanie do wynajęcia. Nie było tak przestronne jak mieszkanie Roberta, ale kiedy wieczorem zapalałam wszystkie lampy, nikt nie pytał mnie, czy naprawdę potrzebuję aż tylu żarówek. Mogłam stać pod prysznicem siedem minut albo dwanaście. Mogłam kupić herbatę w ładnym pudełku i nikomu nic do tego.

Kilka dni po wyprowadzce Robert zaczął pisać. Najpierw chłodno: „Musimy ustalić sprawy finansowe”. Potem bardziej stanowczo: „Nie odpowiedziałaś w sprawie zaległych 12000”. Przeczytałam wiadomość dwa razy, a potem się uśmiechnęłam.

Usiadłam przy stole, otworzyłam laptop i stworzyłam nowy arkusz. Skoro Robert tak kochał wyliczenia, postanowiłam tym razem naprawdę potraktować go poważnie. Przez ostatnie pół roku to głównie ja gotowałam. Liczyłam więc przygotowywanie posiłków.

Sprzątałam łazienkę, kuchnię, odkurzałam, myłam podłogi. Dodałam sprzątanie. Robiłam pranie, rozwieszałam je, składałam ubrania. Dodałam pranie.

Prasowałam Robertowi koszule, dodałam prasowanie. Regularnie robiłam większe zakupy. Planowałam listy, przynosiłam ciężkie torby, wymieniałam pościel, ścierałam kurze, myłam lodówkę, kuchenkę i wannę. Wszystko wpisałam osobno.

Potem sprawdziłam, ile mniej więcej kosztują takie usługi. Nie zawyżałam. Wręcz przeciwnie. Liczyłam ostrożnie.

Na końcu spojrzałam na sumę. 18600 zł. Jeszcze raz przejrzałam tabelę, potem odjęłam 12000, których Robert żądał za pół roku korzystania z nieruchomości. Pozostało 6600 zł.

Zapisałam dokument jako „rozliczenie końcowe” i wysłałam mu. Minęły może trzy minuty. Telefon zadzwonił. Nie odebrałam.

Po chwili przyszła wiadomość: „Co to ma być? ”. Odpisałam: „Rachunek”. Telefon znów zaczął dzwonić.

Odrzuciłam połączenie. Kolejna wiadomość pojawiła się niemal natychmiast: „Przecież nie możesz naliczać mi pieniędzy za gotowanie i sprzątanie. Byliśmy małżeństwem”. Przeczytałam to zdanie i parsknęłam śmiechem.

No proszę, nagle małżeństwo jednak miało znaczenie. Napisałam spokojnie: „Ty policzyłeś mi łóżko, podłogę, wodę i klamki. Ja policzyłam swoją pracę”. Robert odpisał od razu: „To absurd”.

Spojrzałam na ekran. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej pewnie zaczęłabym się tłumaczyć. Teraz nie miałam już takiej potrzeby. Wysłałam ostatnią wiadomość: „Chciałeś małżeństwa na zasadach rynkowych.

Po prostu rozliczyłam się z tobą według twoich własnych zasad. Po odjęciu czynszu jesteś mi winien 6600 zł”. Potem wyciszyłam telefon.

Zaparzyłam sobie dobrą liściastą herbatę, tę drogą, w eleganckim pudełku, i po raz pierwszy od bardzo dawna wypiłam ją w absolutnym spokoju.