Autobusem szarpnęło na kolejnym przystanku i Irina o mało nie upuściła telefonu. Była zmęczona wpatrywaniem się w jasny ekran, więc wsunęła go do torebki. Autobus był pełny, jak zwykle w poniedziałek w godzinach szczytu. Jechała do pracy, trzymając się poręczy przy środkowych drzwiach, i w myślach przewijała plan dnia: raport z zakupów, telefon do dostawcy, przypomnienie lekarzowi o płatnościach.

Wszystko było zwyczajne, nawykowe, monotonne. Wzdrygnęła się i wyjrzała przez okno. Wzrok prześlizgnął się po zaparowanych szybach, przez które ledwo było widać ulicę. I nagle świat się zatrzymał.
W odbiciu na szybie, kilka rzędów dalej, zobaczyła twarz mężczyzny. Siedział przy oknie i wpatrywał się w mijane ulice przez przetarte plamy na zaparowanej szybie. Ta twarz na zawsze wyryła się w pamięci Iriny – do bólu znajoma, kochana i dawno utracona. Wyciągnęła szyję, starając się przyjrzeć siedzącemu.
Zauważyła lekko posiwiałe skronie, znajomy zarys szczęki, prostą postawę ramion, falujące włosy – dokładnie takie same jak u niego, jej zmarłego męża. On jej nie zauważał, jakby pogrążony w swoich myślach. Patrzył w okno, jakby po prostu jechał w swoich sprawach. Irina nie mogła się poruszyć, nie mogła oddychać, nie mogła wypuścić powietrza.
Serce biło głucho, nie w rytm. Wargi same się rozchyliły. Ten przystojny mężczyzna wyglądał nieco starzej. Był inaczej ubrany, trochę inaczej ostrzyżony, ale wszystko inne było takie samo.
Minęły cztery lata, odkąd męża Iriny oficjalnie uznano za zmarłego w wypadku samochodowym. Wtedy powiedziano jej, że ciało jest tak uszkodzone, że lepiej dokonać kremacji w zamkniętej trumnie. Nie sprzeciwiała się, tylko ciągle płakała. Potem był pogrzeb urny z prochami.
Podpisała dokumenty, trzymała w rękach akt zgonu. Co roku odwiedzała go na cmentarzu. Cztery lata. A teraz on, jak żywy, siedzi w zaparowanym autobusie.
To oczywiście niemożliwe. Nie może być, żeby Andrej żył. Irina gwałtownie przełknęła gulę w gardle, jakby próbując wcisnąć z powrotem wyłaniające się wspomnienia. Szukała oczami czegokolwiek, co obaliłoby jej straszne przypuszczenie.
Chciała, żeby to był po prostu przypadkowy przechodzień. Podobny, przypadkowy. Autobusem znowu szarpnęło na zakręcie. Ktoś ze stojących naparł na sąsiada mężczyzny, a ten na mężczyznę z siwymi skroniami, który nagle jakby ocknął się ze swoich myśli i odwracając się do sąsiada, cicho powiedział: „Proszę przekazać za przejazd”.
Irinę zaczęło trząść. To był jego głos. Głos Andreja. Głos, od którego kiedyś zaczynały drżeć jej kolana z miłości i czułości.
Ten sam tembr, ta sama intonacja. Irina poczuła, jak w piersi podnosi się coś gorącego i przeszywającego. Łzy same napłynęły do oczu. Spróbowała zrobić krok w jego stronę.
Chciała dotknąć, zawołać po imieniu. Chciała powiedzieć: „Andrieju, to ty? ”. Ale nie mogła.
Tłum w autobusie poruszał się jak jeden monolit. Ludzie stali ciasno. Ktoś wstawał, ktoś przeciskał się do drzwi, ktoś się wciskał, ktoś napierał. Nie mogła się poruszyć, a teraz dodatkowo nie mogła oddychać.
Irina spanikowała. Jeśli to on, jeśli żyje, jeśli świat stanął na głowie. W tej samej chwili autobus się zatrzymał. Mężczyzna wstał, przyciskając plecak do siebie, i przecisnął się do wyjścia.
Irina rzuciła się, zaczęła przebijać się do drzwi, ale natychmiast została dociśnięta z każdej strony. Nie mogła się przebić. Chciała krzyknąć, ale z gardła wydobył się zduszony jęk. Autobus zamknął drzwi i ruszył z miejsca.
Irinie ugięły się nogi i powoli zaczęła osuwać się w dół. Ktoś krzyknął: „Kobieta źle się czuje. Zatrzymajcie autobus”. Autobus przejechał kawałek i znowu gwałtownie zahamował, z przeciągłym wydechem otwierając drzwi.
Tłum zachwiał się od szarpnięcia i stał się nieco luźniejszy. Kilka rąk popchnęło Irinę do wyjścia i wypchnęło z autobusu. Wyszła na zewnątrz, pochyliła się, oparła dłonie na kolanach i z trudem nabrała świeżego, chłodnego powietrza. Głowa kręciła się od niedawnego zaduchu i stresu.
Autobus zamknął drzwi i odjechał. Irina wyprostowała się i obejrzała, szukając wzrokiem mężczyzny. Nie było go. Kręciła głową, sprawdzając, dokąd mógł pójść, gdy nagle zobaczyła jego sylwetkę w oddali na końcu ulicy po drugiej stronie.
Chód, sposób poruszania się – zdecydowanie to był Andrej, jej ukochany, jej mąż. I teraz jakaś niezrozumiała i niewyobrażalna tajemnica. To dodało jej sił. Irina chwyciła torebkę i pobiegła, jak nie biegała już bardzo dawno.
Na ulicy powietrze było wilgotne, pachniało ziemią i ostatnimi kroplami nocnego deszczu. Szedł pewnie, szybkim krokiem, jak zawsze. Biegła za nim, ale nie mogła go dogonić. Zadyszała się.
Oddech uwiązł w gardle. Przeszła do marszu i po prostu szła, byle go nie stracić z oczu. Krzyknąć do niego nie mogła – gardło wyschło. Nie oglądał się, skręcił za róg.
Ona za nim. Zauważyła, jak przeszedł przez podwórko i podszedł do wejścia. Przyłożył klucz do domofonu, otworzył drzwi i wszedł do środka. Irina podeszła do wejścia.
W tej chwili wybiegł stamtąd chłopiec z psem i zdążyła przytrzymać otwierające się ciężkie drzwi. Podeszła do windy i zobaczyła, że ta wjechała na ósme piętro. Ósme piętro. Irina stała przed drzwiami windy, wyciągając rękę i nie odważając się nacisnąć przycisku.
Nagle ogarnął ją strach. Co zrobić, jeśli otworzy i powie: „Kim pani jest? ”. A jeśli nie on otworzy?
A jeśli on nie jest sam? Niewzruszoność gdzieś zniknęła. Ogarnęło ją zmęczenie i drżenie. Irina nie wiedziała, czy udźwignie odpowiedź, która na nią czeka.
Andrieju, jak to możliwe? Dlaczego tak? Jak to możliwe? Wyciągnięta ręka drżała.
Druga kurczowo ścisnęła rączkę torebki. Pierś ścisnęło. Musiała pomyśleć, uspokoić się, zrozumieć, przygotować się na spotkanie. Jasne było jedno: żyje.
Jest tutaj, w tym mieście. I na razie to wystarczyło. Irina powoli opuściła rękę, odwróciła się i bardziej zdecydowanie ruszyła do wyjścia. Zrobi to jutro.
Spokojnie, świadomie wróci i wszystko się dowie. Dzień w pracy minął jak we mgle. Nie mogła zebrać myśli, ciągle dręcząc się strasznymi domysłami, wpadając to w panikę, to w euforię. Tak męcząc się do końca dnia, wróciła do domu i dopiero wtedy nieco się uspokoiła.
Jeśli to on, to kto był w tej trumnie? Nieustannie kręciło się w jej głowie. Następnego dnia Irina poprosiła o wolne w pracy. Długo się zbierała i w końcu wyszła z domu.
Dotarła do tego samego wejścia, wjechała na ósme piętro i zatrzymała się na klatce schodowej. Które z trzech mieszkań? Palce miała zimne, choć ciało było spocone. Nie odważyła się zadzwonić do żadnego, gdy nagle jedne drzwi się otworzyły i wyszedł stamtąd łysiejący mężczyzna z psem na smyczy, wezwał windę i odjechał.
Wtedy Irina podeszła do sąsiedniego mieszkania i zdecydowanie zadzwoniła. Cisza – nikogo nie ma w domu. Nagle przestraszyła się, że w trzecim mieszkaniu też nikogo nie będzie. I co wtedy?
Przez kilka sekund po prostu stała, nie naciskając przycisku. W głowie dzwoniło od napięcia: „A jeśli otworzy, co powiem? ”. „A jeśli to nie on?
”. Albo co gorsza – jeśli to on, ale udaje, że mnie nie zna. Nacisnęła przycisk dzwonka. Drzwi otworzyły się nie od razu.
Kobieta, która wyjrzała na klatkę, nie miała więcej niż czterdzieści lat. Wysoka, zadbana. Domowy sweter, ciepłe skarpety, włosy zebrane w niedbały koczek. Na twarzy żadnego makijażu.
Spojrzała na Irinę nieco nieufnie. – Tak? Do kogo pani? – zapytała.
Irinie wyschło w gardle. Próbowała mówić spokojnie, ale słyszała, jak drży jej głos. – Dzień dobry. Przepraszam, że tak nagle.
Szukam pewnego człowieka. Wczoraj wszedł do tego wejścia. Mężczyzna wysoki, z siwizną na skroniach, w ciemnej kurtce. Jest bardzo podobny do mojego męża.
Kobieta patrzyła na Irinę wyczekująco, nie mrugając, tylko lekko podniosła podbródek. W twarzy pojawiło się coś twardego. Nie wrogość, ale jakby wewnętrzne napięcie, jakby Irina dotknęła czegoś, co nie powinno było wybrzmieć na głos. – Pomyliła się pani – powiedziała sucho.
Irina poczuła, jak wewnątrz wszystko się ścisnęło. Mieszanka strachu, nadziei, wstydu i determinacji ścisnęła pierś. Nie mogła odejść. Tak po prostu.
Pospiesznie wyjęła z torebki telefon. Ręce drżały, serce waliło w gardle. Otworzyła aplikację ze zdjęciami. – Proszę, proszę spojrzeć.
Kobieta opuściła wzrok na ekran. Kilka sekund i jej twarz ledwo zauważalnie się zmieniła. Brwi lekko się zmarszczyły, wargi lekko się zacisnęły. W oczach błysnęło rozpoznanie, które próbowała ukryć, ale nie mogła.
Nie wzięła telefonu, nie odepchnęła go, po prostu spojrzała na zdjęcie, potem na Irinę. – To gdzie? – zapytała cicho. – Cypr.
Pięć lat temu byliśmy tam we dwoje. Kobieta powoli się wyprostowała. W jej twarzy nie było już spokoju. Stała się napięta i uważna, jakby przestała widzieć przed sobą nieznajomą i zaczęła coś szybko układać w głowie.
Irina patrzyła na nią i nagle jasno zrozumiała: ona dokładnie coś wie. – Jak ma na imię? – zapytała kobieta powściągliwie. Głos nieco się zmienił.
Pojawił się w nim chłód. – Andrzej. Andrzej Mielnikow. Kobieta wypuściła powietrze krótko i ostro, jakby chciała przekląć.
– Mój mąż nazywa się Mikołaj, ale tutaj, na państwa zdjęciu, zdecydowanie jest on. Zrobiła krok do tyłu, otworzyła drzwi szerzej, wpuszczając Irinę. – Proszę wejść. Wygląda na to, że mamy o czym porozmawiać.
Irina przekroczyła próg. W piersi wszystko płonęło. Rozumiała: teraz wszystko się zmieni. Albo runie, albo się wyjaśni.
W każdym razie nie ma już odwrotu. Mieszkanie było czyste, ciche, przytulne. Przeszły do kuchni. Zwykły czajnik na stole, kieliszki, talerze na suszarce, miękkie światło nad stołem.
Irina usiadła na krześle, nie zdejmując płaszcza. Kobieta, która otworzyła drzwi, poszła za nią i usiadła naprzeciwko. Obie milczały. Irina złapała się na myśli, że mimowolnie ją obserwuje.
Smukła. Ciemne włosy, wąski nos, cienkie brwi, kształt twarzy, figura. I nagle coś ukłuło. Nieuchwytna myśl, krótkie olśnienie.
Są do siebie w czymś nieuchwytnie podobne. Gdyby zobaczyła te kobiety na ulicy, może nie zwróciłaby uwagi, ale teraz, twarzą w twarz, nagle zrozumiała. Są do siebie podobne do śmieszności. I to było tak dziwne i nieco przerażające.
Kobieta patrzyła na nią spokojnie, ale z narastającym napięciem. – Powiedziała pani, że to pani mąż – zaczęła pierwsza, jakby sprawdzając, jak to brzmi na głos. – Andrej. Tak – skinęła głową Irina.
Głos jej zdradziecko drżał. – Andrej Mielnikow. Poznaliśmy się dziesięć lat temu. Wzięliśmy ślub.
Mieszkaliśmy razem prawie siedem lat. – Gdzie? – zapytała kobieta. – Tutaj, niedaleko, na południowym zachodzie.
Pracował w zaopatrzeniu. Firma prywatna – odpowiedziała Irina. – A potem? – znowu zapytała kobieta.
Irina przełknęła ślinę. – Potem pewnego dnia nie wrócił z pracy. Po dobie zadzwonili z policji, powiedzieli: „Wypadek, samochód spłonął”. Trumna była zamknięta.
Dali mi urnę z prochami i powiedzieli, że identyfikacja była na podstawie dokumentów i wraku samochodu. Podpisałam wszystko, o co prosili. Wtedy nie byłam w stanie zadawać pytań. Po prostu żyłam, jak mogłam.
Kobieta skinęła głową, jakby coś podobnego już kiedyś słyszała. – Rozumiem. Wstała, wyszła do sąsiedniego pokoju i wkrótce wróciła z plastikową teczką. Wyjęła starannie złożone dokumenty i rozłożyła na stole.
– A oto nasze papiery. Oto paszport, akt małżeństwa zarejestrowany osiemnaście lat temu. Mieszkaliśmy wtedy w Jekaterynburgu, a po siedmiu latach zniknął. Po prostu nie przyszedł do domu.
Telefon wyłączony, przyjaciele nie wiedzą, rodzice milczą. Napisałam wtedy zawiadomienie. Był zarejestrowany jako zaginiony bez wieści. A potem, po dwóch latach, właściwie dwa lata temu, dowiedziałam się, że pojawił się w Moskwie pod innym nazwiskiem.
Irina poczuła, jak bieleją jej palce. – Więc przyszedł do mnie zaraz po tym, jak odszedł od pani – powiedziała kobieta, patrząc prosto. – Najwyraźniej tak. I znowu głucha, przytłaczająca cisza.
– Wtedy nie wiedziałam – powiedziała Irina cicho – ani o pani, ani o nikim innym. Mówił, że nigdy nie był żonaty, że przede mną miał tylko przypadkowe romanse, że chciał czegoś prawdziwego. – Mnie mówił, że nie pamięta, co było wcześniej – spokojnie powiedziała kobieta. – Że po wypadku stracił część pamięci.
A potem, w drobiazgach, stało się jasne: pamięta wszystko, po prostu nie dopowiada. Znowu zamilkły. – Więc znikał nie tylko ode mnie – wykrztusiła w końcu Irina. – Mamy syna – równo powiedziała kobieta.
– Teraz jest za granicą, studiuje. – My nie mieliśmy dzieci – westchnęła Irina. Obie milczały. Irina czuła, jak po plecach wędruje lepki chłód.
Złapała spojrzenie kobiety – też zmęczonej, też powściągliwej, też z tłumionym bólem, który właśnie się obnażył. Obie to zrozumiały, obie jednocześnie, i żadna nie powiedziała tego na głos. – A kiedy wróci? – zapytała Irina.
– Za godzinę – odpowiedziała kobieta i wstała. – Poczeka pani? – Tak – cicho odpowiedziała Irina. – Nazywam się Marina.
A pani jak ma na imię? – nagle zapytała kobieta. – Irina. – Irino, napije się pani herbaty?
– zapytała Marina i nie czekając na odpowiedź, wstawiła czajnik. Kuchnia była cicha jak przed burzą. Marina siedziała przy stole, podpierając ręką brodę. Wzrok utkwiony w kubku.
Irina naprzeciwko, w milczeniu, z prostymi plecami, palce splecione. Dawno zdjęła płaszcz i czapkę, powiesiła je na oparciu swojego krzesła. Teraz patrzyła na kubek, który postawiono przed nią na stole. Herbata już ostygła, pachniała miętą.
Nie dotykała jej. Nie rozmawiały nie dlatego, że nie było słów. Po prostu żadne słowa nie mogły już wpłynąć na to, co miało się wydarzyć. Na zegarze była prawie siódma, kiedy usłyszały, jak zatrzasnęły się drzwi windy, a potem zgrzyt przekręcanego klucza.
W przedpokoju rozległy się jego kroki. Powiedział głośno: „Marina, wszystko kupiłem. Jogurty, limburger, twój śmierdzący ser też wziąłem. Słyszysz mnie?
”. Zdjął kurtkę, rzucił klucze na półkę, wszedł do łazienki, włączył wodę. Przez kilka minut słychać było plusk wody, szelest ręcznika, potem ciszę. Kobiety w milczeniu czekały.
Wszedł do kuchni rozluźniony. Chciał coś powiedzieć, ale zamarł jak wryty. Zobaczył je obie. Sekunda, dwie, trzy – i wszystko jasne.
Wzrok biegał to na Irinę, to na Marinę. Nic nie powiedział, tylko pobladł. Już wszystko zrozumiał. Bez słów.
Marina wstała spokojnie, stanowczo podeszła do drzwi i szczelnie je zamknęła. Potem odwróciła się do niego. – Siadaj. Lekko zachwiał się do tyłu.
– Bez scen. Siadaj. To już nie była prośba, to był rozkaz. Podporządkował się, usiadł, powoli opuszczając głowę, jak przed wyrokiem.
Irina patrzyła na niego – tak znajomego, kiedyś bez pamięci kochanego, a teraz obcego, przygarbionego. Zerknął na nią przelotnie. – Pamiętasz mnie? – zapytała.
– Tak – odpowiedział zduszonym głosem. Marina usiadła na krześle. Obie czekały. Zrozumiał, że musi coś powiedzieć.
– Nie wiem, jak to wyjaśnić, żeby nie brzmiało jak podłość. Chociaż pewnie inaczej się nie da. – Spróbuj – rzuciła Marina. Westchnął, długo patrzył w stół, potem zerknął na nie.
– Trudno to wyjaśnić, rozumiecie? Nigdy nie planowałem. Nie siedziałem z mapą i nie wybierałem, dokąd uciec. Po prostu pewnego dnia zrozumiałem, że nie mogę tak dalej żyć, że jeśli zostanę, złamię się.
Najpierw to było jak niepokój, potem jak uduszenie. Budziłem się i myślałem: jeśli dzisiaj będzie jeszcze jeden taki dzień, zniknę. I znikałem. – A my?
– zapytała Irina drżącym głosem. – Kim dla ciebie byłyśmy? Spojrzał na nią. – Najpierw wszystkim, a potem lustrem, w którym nie mogłem siebie znieść.
Nie okłamywałem was, kochałem was, wierzcie mi. Ale okłamywałem siebie. Udawałem, że umiem być obok, być niezawodnym. A potem przestraszyłem się tego, że zaczęłyście w to wierzyć.
Unikałem tego. Marina długo na niego patrzyła. – Jesteś po prostu tchórzem. Skinął głową.
– Tak. – Chcesz, żebyśmy cię zrozumiały? – zapytała Irina. – To byłoby łatwiejsze niż nienawidzić.
Ale wtedy musisz powiedzieć: czy kiedykolwiek kochałeś naprawdę? Milczał. – Kochałem. Tak, oczywiście.
– A teraz kogo kochasz? – z naciskiem zapytała Marina. – Kogo wybierzesz? Ją czy mnie?
Zapadła cisza, napięta, zduszona. Nagle odchylił się na oparcie krzesła, przejechał dłonią po czole, potem pociągnął za kołnierzyk koszuli, jakby brakowało mu powietrza. – Mogę się umyć? Jakoś gorąco.
Głowa mi huczy – wykrztusił. – Marina – skinęła głową. Wstał z trudem. Poszedł na sztywnych nogach w stronę łazienki.
Obie kobiety, pochylone nad stołem, spojrzały na siebie. – Co teraz? – zapytała Irina. – Nie wiem – odpowiedziała Marina i nieoczekiwanie głośno się zaśmiała.
– Może rzucimy go w diabły? – Co? – Irina prychnęła. Nawet trochę odpuściło po całym tym napiętym dniu.
I nagle sprzed pokoju rozległ się głuchy odgłos drzwi. Obie zamarły. Marina błyskawicznie wstała, wyszła na korytarz, wróciła. – Uciekł, rozumiesz?
Ale gnój zawsze odchodzi nie po ludzku. – Nagle zaśmiała się Irina. Spojrzały sobie w oczy. Marina znowu wstawiła czajnik.
Postawiła na stole dwa czyste kubki. Potem, wrzucając do nich herbatę, nalała wrzątku. Usiadła naprzeciwko Iriny. Po prostu usiadła i odetchnęła, jakby skończyło się coś długiego i ciężkiego.
Irina wzięła kubek, obróciła w dłoniach, ogrzała dłonie, siedziała rozluźniona, z opuszczonymi ramionami. Teraz nie trzeba było już trzymać prostych pleców dla kogoś. Przez minutę nikt nie mówił. – Ciągle myślałam, co powie, kiedy go dzisiaj zobaczę – cicho powiedziała Irina.
– A tu patrz, jak wyszło. – Też nie myślałam, że tak bywa – odpowiedziała Marina. – Ale oto siedzimy bez niego i, zgódź się, łatwiej się oddycha. Irina lekko się uśmiechnęła.
– Nie złościsz się na mnie? – Nie. A ty na mnie? – Nie.
Spojrzały na siebie i w tym spojrzeniu rosła sympatia. Marina wstała, otworzyła górną szafkę. – Chcesz koniaku? – Trochę.
Po prostu postawić kropkę – uśmiechnęła się Irina. – Daj mały. Marina wyjęła butelkę, dwa kieliszki, nalała po trochu. Usiadły obok, stuknęły się bez słowa, wypiły w milczeniu – i odpuściło.
Marina postawiła kieliszek na stole i zaśmiała się. – Wiesz, ja przecież nie piję. Po prostu czułam, że ten dzień kiedyś nadejdzie. Irina znowu się uśmiechnęła.
– Więc nadszedł. Na pożegnanie Marina odprowadziła Irinę do drzwi. Pomogła założyć płaszcz i powiedziała: „Jeśli kiedyś, no, po prostu porozmawiać, do kina, choćby na zakupy, jeśli będziesz sama. Wiesz, gdzie mieszkam?
”. – Teraz wiem. Dziękuję ci. – Dziękuję.
Przytuliły się niezręcznie, ale szczerze. Potem Irina wyszła, nie oglądając się za siebie. Drzwi za nią się zamknęły. Marina wróciła do kuchni, gdzie na stole stały dwa puste kieliszki.
I jeszcze trochę ciepła zostawało w kieliszkach – wystarczająco, by zacząć żyć inaczej.


