„Znowu ich tu sprowadziłeś? ” – wycedziła przez zęby Aleksandra, resztkami sił powstrzymując się od krzyku. „Staszek, to jest nasze mieszkanie czy dworzec centralny? ”
Stanisław kompletnie ją zignorował.

Stał w przedpokoju, oparty o framugę, podczas gdy Bartek z Mateuszem wtaczali do środka wypchane siatki, z których dobiegało brzęczenie szkła. „Ola, nie przesadzaj. Gdzie niby mamy siedzieć? Jako jedyni z paczki mamy normalne warunki.
Trzy pokoje, wielki telewizor. Powinnaś się cieszyć, że siedzę w domu, zamiast szwędać się po mieście. ”
Aleksandra cofnęła się pod ścianę, przepuszczając obładowanych gości. Za Bartkiem wszedł Mateusz, potem Leszek, a na końcu Dominik, strzepując popiół z kurtki.
Pięciu hałaśliwych chłopów zalało korytarz, a przestronne mieszkanie w ułamku sekundy stało się ciasne i obce. Najbardziej wyprowadzało ją z równowagi to, z jaką protekcjonalną satysfakcją Staszek przedstawiał swoje zachowanie jako wielkie poświęcenie. Jakby miała paść na kolana z wdzięczności, że zamiast iść do pubu, zostaje pod dachem. A ona z dziką ulgą wysłałaby całą zgraję do dowolnej knajpy, byle jak najdalej od salonu.
W każdy piątek punktualnie o 18:00 rozlegał się dzwonek. Do środka zwalała się głośna ferajna z tanim piwem, chipsami i grzankami o smaku boczku. Drobinki tych przekąsek Aleksandra wydłubywała z kanapy jeszcze po tygodniu. Towarzystwo rozsiadało się w salonie, rozkręcało telewizor, przekrzykiwało się i bawiło.
A ona ruszała do kuchni na drugą zmianę. „Ola, zrób deskę wędlin i ogarnij coś na ciepło. Po robocie jesteśmy głodni jak wilki” – rzucał Stanisław, nawet na nią nie patrząc. To nie była prośba, to było polecenie pana dla służącej.
Aleksandra kroiła wędliny, układała sery, odgrzewała pieczeń i nosiła talerze do pokoju niczym kelnerka. „Kelnerzy przynajmniej dostają napiwki i słyszą »dziękuję«” – myślała z goryczą. Impreza ciągnęła się do późnej nocy, a bywało, że do sobotniego poranka. Wystrzały z filmów akcji mieszały się z pijanym rechotem.
Telewizor dudnił tak, że ściany drżały. Faceci jedli, pili, kłócili się o samochody i politykę. Co jakiś czas któryś wychodził zapalić na balkon, zostawiając drzwi uchylone, przez co mieszkanie spowijał dym, od którego Aleksandrę piekło w gardle. Dopiero w sobotnie popołudnie towarzystwo się rozłaziło.
Stanisław chwiejnym krokiem szedł do sypialni i padał na łóżko w dżinsach. Aleksandra zostawała sama z pobojowiskiem: uwalony tłuszczem stolik, zlew uginający się pod stertą naczyń, wdeptane w dywan chrupki, butelki ustawione wzdłuż ściany. Poduszki przesiąkły potem i kwaśną wonią piwa. Ten zaduch wżerał się we wszystko – w firanki, obicia, w koc.
Otwierała okna, wietrzyła, prała, szorowała. Dopiero w okolicach czwartku mieszkanie zaczynało pachnieć jak należy. A w piątek cała gehenna ruszała od nowa. Aleksandra była wściekła, ale najgorsze, że złość kierowała już nie w stronę Stanisława, tylko samej siebie.
Miała do siebie żal za własną ugodowość, za to, że nie potrafi rzucić twardego „dość”. Próbowała nie raz. „Staszek, może chociaż nie w każdy weekend będziecie u nas siedzieć? Raz w miesiącu, albo przenieście się do któregoś z chłopaków.
Nie daję rady co tydzień sprzątać. ”
„Co? Zamierzasz mnie ograniczać? Uważasz, że we własnym mieszkaniu nie mam prawa spotkać się z kumplami?
” – unosił się natychmiast. „Masz prawo, ale dlaczego ciągle u nas? ” – „Bo mamy warunki. Mateusz gnieździ się w kawalerce, u Bartka teściowa suszy głowę, u Leszka dziecko płacze.
Czy tobie żal paru plastrów kiełbasy dla moich znajomych? ”
A potem ściszał ton i wyciągał swoją ulubioną kartę przetargową: „Jeśli tak ci przeszkadza, mogę zacząć chodzić do baru. Tyle że tam kręci się mnóstwo młodych dziewczyn, które chętnie poznają ogarniętych facetów przy kasie. Będziesz siedzieć sama i zachodzić w głowę, gdzie jestem i z kim.
”
Aleksandra milkła. Policzki paliły ją ze wstydu i bezsilności. Nienawidziła siebie za to milczenie. W tamten piątek obudziła się z rzadkim poczuciem ciepłego wyczekiwania.
Następnego dnia miała urodziny – 32. Kupiła sobie nową, butelkowo-zieloną sukienkę z gęstego jedwabiu, która pięknie podkreślała kolor oczu. Schowała ją do szafy i łudziła się, że może tym razem Stanisław nie ściągnie swojej świty, że spędzą wieczór we dwoje, zamówią coś z włoskiej restauracji, pójdą na koncert do Filharmonii. Może choć raz w pięć lat małżeństwa zrobi niespodziankę.
O 18:00 szczęknął zamek. Aleksandra stała w kuchni i słuchała znajomego gwaru. Bartek zarechotał z jakiegoś żartu, a Stanisław ryknął z korytarza: „Ola, jesteśmy! Ogarnij nam coś mięsnego na ciepło, po ludzku.
Chłopaki głodni, ciężki tydzień w robocie był. ”
W środku Aleksandry coś pękło. Cicho, bezgłośnie, jak zbyt mocno naciągnięta struna. Powoli wytarła dłonie w ściereczkę, popatrzyła na sery i świeżego pstrąga kupionego na uroczystą kolację we dwoje.
Potem jak automat wyciągnęła z zamrażalnika kurczaka, posiekała, wrzuciła na patelnię. Po pół godzinie zaniosła do salonu dymiący talerz. Tam huczało kino akcji, a w powietrzu unosiła się woń tanich chrupek. Stanisław rzucił coś od niechcenia, nawet nie odrywając oczu od ekranu.
Słowo „dziękuję” nie przeszło mu przez gardło. Aleksandra odwróciła się i wyszła. W sypialni przebrała się w wygodne dżinsy i sweter, spakowała małą torbę i wybrała numer. „Cześć mamo.
Mogę wpaść do was na noc? ” – „Oleńko, coś się stało? ” – „Nie, wszystko w porządku. Po prostu chcę spędzić jutrzejsze urodziny z wami.
”
Narzuciła kurtkę i bezszelestnie wymknęła się z mieszkania. Nikt w salonie nawet nie zarejestrował dźwięku zamykanych drzwi. W rodzinnym domu uderzył ją zapach drożdżowych pasztecików i waniliowego ciasta. Mama, mądra kobieta, zrozumiała wszystko bez pytań.
Aleksandra zasnęła w swoim dawnym pokoju pod puchową kołdrą i po raz pierwszy od miesięcy nie budziła się z lękiem. Rano tata uroczyście zaparzył herbatę w odświętnych filiżankach, wyjął z witryny puzderko ze złotymi kolczykami i ucałował ją w czubek głowy. W południe wpadła siostra Ania z tortem bezowym i balonami, rechocąc, jak ledwo upchnęła je w Uberze. Przyjaciółka Iza połączyła się na wideo i wydarła się do słuchawki: „Sto lat, staruszko!
” – tak głośno, że mama upuściła ścierkę. Było mnóstwo śmiechu, ciepła i długich rozmów. Nie zadzwonił tylko jeden człowiek – Stanisław. W sobotę pod wieczór Aleksandra wróciła do siebie.
Mieszkanie przywitało ją grobową ciszą i ruiną. W zlewie piętrzyła się góra talerzy, po salonie niosła się mdła woń przetrawionego alkoholu, potu i spalenizny. Poduszki poniewierały się po podłodze, na stoliku wyschły lepkie kółka po kuflach. Stanisław leżał w sypialni, rozwalony w poprzek łóżka, w przepoconym t-shircie cuchnącym dymem.
Zapomniał. Jej własny mąż zapomniał o jej urodzinach. Tamtej nocy Aleksandra nie zmrużyła oka, ale nie uroniła ani jednej łzy. Przebrała się w stare dresy, wciągnęła gumowe rękawice i wzięła się do roboty.
Z metodyczną zaciętością pomyła naczynia, zdezynfekowała blaty, zgarnęła śmieci do trzech czarnych worków i wyniosła do śmietnika. Zeskrobała zacieki ze stolika, wytrzepała poduchy, otworzyła okno na oścież. Robiła to wszystko cicho, powoli, z absolutnym opanowaniem. Nie robiła tego dla męża.
Robiła to dla siebie. To był jej prywatny rytuał pożegnania. W niedzielny poranek mieszkanie lśniło czystością. Aleksandra zaparzyła kawę, usiadła przy stole i wbiła wzrok w parujący kubek.
O 11:00 wyłonił się Stanisław – wymięty, opuchnięty, z przekrwionymi oczami. Przeczłapał boso, klapnął na krzesło i zachrypnięty mruknął: „Dzień dobry. Jest coś na śniadanie? ”
„Są jajka” – odpowiedziała Aleksandra, unosząc wzrok.
Jej spojrzenie było całkowicie obojętne. „To wszystko, co masz mi dzisiaj do powiedzenia, Staszek? ”
„W sensie? ” – zamarł, szczerze nie ogarniając, czego ona znowu chce.
Nagle jego wzrok zatrzymał się na jej uszach, na nowych kolczykach z ametystem. „O, nowe błyskotki! Ładne. Kiedy zdążyłaś kupić?
” – „Dostałam od rodziców. ” – „A z jakiej okazji? ” – „Wczoraj miałam urodziny. ”
Stanisław zamarł.
Uśmieszek zjechał mu z twarzy. Zaczął wiercić się na krześle, wodząc wzrokiem po kuchni, po pustych blatach, po spakowanej torbie w przedpokoju. „No, tak, jasna cholera. Ja, Ola, po prostu jeszcze do siebie nie doszedłem.
W głowie mi dzwoni. Zaraz bym się napił kawy, ochlapał twarz i na bank by mi się przypomniało. Przecież wiesz, jak u mnie z datami. ”
„Co ci wczoraj stało na przeszkodzie?
” – przerwała mu Aleksandra tym samym spokojnym głosem. „Przez cały dzień ani jednego telefonu, ani wiadomości. Przyszedłeś, rzuciłeś kurtkę i kazałeś smażyć mięso dla kolegów. ”
Stanisław otworzył usta, żeby rzucić kolejną dawkę wymówek, ale pod jej lodowatym spojrzeniem zamknął je i wbił wzrok w blat.
„Wiesz, Staszek, ten weekend wreszcie otworzył mi oczy. Masz mnie gdzieś kompletnie. Nie jestem dla ciebie żoną ani partnerką. Jestem funkcją, wygodnym sprzętem domowym.
Zrób jeść, posprzątaj po chlewie, wypierz skarpety i nie zawracaj głowy. ”
„No dobra, teraz to już popłynęłaś” – żachnął się. „Przez jedne zapomniane urodziny dorabiasz filozofię. Każdemu się zdarza.
”
„Nie przez jedne urodziny. Chodzi o każdy piątek, który z premedytacją zmieniasz w koszmar. O każdą rozmowę, w której mną manipulujesz. Mówiłam ci setki razy, płakałam, prosiłam, ale masz w nosie, jak się czuję we własnym mieszkaniu.
”
„Znowu to samo. Jak chcesz, to od przyszłego tygodnia zacznę chodzić do knajp. Będę przepuszczał kasę i podrywał laski. Tego chcesz?
”
„Idź! ” – rzuciła Aleksandra, wstając od stołu. „Od dzisiaj rób sobie, co chcesz, bo mnie w tym domu już nie będzie. ”
„Co ty wygadujesz?
” – twarz mu się wydłużyła. „Mam dość walenia głową w mur. Rozwodzimy się. ”
Odwróciła się, weszła do sypialni i otworzyła szafę.
W milczeniu zaczęła pakować rzeczy. Stanisław wpadł za nią, zastawiając drzwi. „Ola, czy ty mówisz poważnie? Chcesz rozwalić małżeństwo tylko dlatego, że facet napije się z kumplami raz w tygodniu?
Ty jesteś normalna? ”
„Już niczego ci nie zabraniam. Od teraz masz pełną wolność. Możesz się z nimi spotykać codziennie, pić piwo i gapić się w ekran.
Nikt wam nie będzie psuł humoru skwaszoną miną. ”
Zapięła suwak torby, sięgnęła po dokumenty, sprawdziła dowód i paszport. Stanisław wpatrywał się w nią, jakby widział ją po raz pierwszy. Aleksandra chwyciła torbę, wyminęła go w drzwiach i wyszła.
Nie odezwała się już ani słowem. Nie miała mu niczego do udowodnienia. „Ola, no weź ty tak na serio? ” – bąkał bezradnie za jej plecami.
Rozwód poszedł zaskakująco gładko. Dzieci nie mieli, majątku wspólnego właściwie też nie. Mieszkanie Stanisław kupił przed ślubem, więc nawet nie protestował. Może łudził się, że Aleksandrze przejdzie złość i sama wróci.
A może po prostu nie umiał walczyć o kobietę, bo nigdy wcześniej nie musiał. Dwa lata później Aleksandra siedziała w przytulnej kawiarni na krakowskim Kazimierzu. Sączyła kawę z nutą lawendy i śmiała się z opowieści Izy. W pewnym momencie przyjaciółka uśmiechnęła się z błyskiem w oku: „Słuchaj, a wiesz, co tam słychać u twojego byłego?
”
Aleksandra wzruszyła ramionami. „Nie, od rozprawy nie mamy kontaktu. A co? ”
„Te jego legendarne piątkowe nasiadówki szlak trafił.
Leszkowi urodziły się bliźniaki, Bartek przeprowadził się do Trójmiasta, Dominik z żoną wzięli kredyt i liczą każdy grosz, a Mateusz został totalnym tatą roku – wrzuca na Instagram, jak gotuje małej kaszkę i plecie warkocze. ”
Iza upiła łyk kawy i rozłożyła ręce. „No popatrz, Staszek siedzi sam w tych swoich trzech wielkich pokojach. Pies z kulawą nogą do niego nie zagląda.
”
Aleksandra nic nie odpowiedziała. Przeniosła wzrok za okno na przechodniów uciekających przed deszczem i zmieniła temat na urlop nad Bałtykiem. W środku nie drgnęła ani jedna struna. Nie czuła żalu, nie czuła satysfakcji.
Tylko kojący, czysty spokój i absolutną obojętność. Nic już nie łączyło – i to był najlepszy prezent, jaki mogła sobie sprawić na tamte 32. urodziny.


