Siedziałem w samolocie, a pod spodem kobiety kopały ziemniaki. Nagle dostałem rozkaz, żeby ostrzelać pole. „Waliliśmy we wszystko, co się rusza” – powiedział kiedyś niemiecki pilot, i wtedy…

Siedziałem w samolocie, a pod spodem kobiety kopały ziemniaki. Nagle dostałem rozkaz, żeby ostrzelać pole. „Waliliśmy we wszystko, co się rusza” – powiedział kiedyś niemiecki pilot, i wtedy...

Waliliśmy we wszystko, co się rusza. W krowy i konie. Strzelaliśmy do tramwaju, we wszystko. Była zabawa na całego.

Thumbnail

Te słowa niemieckiego pilota, podsłuchanego w brytyjskiej niewoli, brzmią jak opis polowania, a nie wojny. Ale to właśnie one odsłaniają mroczną prawdę o tym, jak lotnicy obu stron traktowali cywilów. 7 września 1939 roku amerykański korespondent wojenny Julien Bry był świadkiem przerażającej sceny. Siedem kobiet kopało ziemniaki w polu, desperacko potrzebując jedzenia.

Nagle znikąd pojawiły się dwa niemieckie samoloty i zrzuciły bomby na mały dom zaledwie 200 metrów dalej. Dwie kobiety przebywające w domu zginęły. Kopiące ziemniaki padły płasko na ziemię, mając nadzieję, że pozostaną niezauważone. Po oddaleniu się bombowców wróciły do pracy, ale piloci nie byli zadowoleni ze swojej roboty.

Po kilku minutach wrócili i zanurkowali, ostrzeliwując pole z karabinów maszynowych. Dwie z siedmiu kobiet zginęły. Pozostałe pięć jakoś uciekło. Kiedy Bry fotografował ciała, podbiegła mała, dziesięcioletnia dziewczynka i stanęła jak sparaliżowana przy jednym z trupów.

Kobieta była jej starszą siostrą. Dziecko nigdy wcześniej nie widziało śmierci i nie mogło zrozumieć, dlaczego siostra nie chce z nią rozmawiać. Patrzyło na nas zdezorientowane. Objąłem ją ramieniem i przytuliłem mocno, próbując pocieszyć.

Płakała. Ja też płakałem. Podobnie jak dwaj polscy oficerowie, którzy byli ze mną. Można by pomyśleć, że takie ofiary to przypadkowe błędy, efekt złego określenia celu czy braku celności.

Ale piloci Luftwaffe nie ukrywali satysfakcji z takich działań, nie ukrywali umyślności, mierzenia w ludność cywilną. Niemiecki podoficer podsłuchany w niewoli mówił o bitwie o Anglię: „Rozwalałem wszystko. Autobus na ulicy, pociąg cywilny, strzelałem do każdego rowerzysty”. Dlaczego to właśnie piloci myśliwców bombardujących potrafili zachowywać się jak najgorsi zbrodniarze?

Dlaczego tak chętnie zabijali cywilów? Zacznijmy od początku. Widok z lotu ptaka zmienia perspektywę zabijania. Już w 1908 roku H.

G. Wells w książce „The War in the Air” tworzył apokaliptyczną wizję wojny powietrznej. Sześć lat później, 6 sierpnia 1914 roku, niemiecki sterowiec zrzucił bomby na belgijskie miasto Liège, zabijając dziewięciu cywilów. Sterowce szybko okazały się niebezpieczne dla załóg, więc przeszły do nocnych bombardowań, na przykład Londynu.

Zrzucane z dużej wysokości ładunki prowadziły do bezosobowego widowiska. Ale gdzieś pomiędzy tymi narracjami kryje się trzecia, najbardziej osobista i brutalna. Już w czasie I wojny światowej pojawiło się pojęcie strafingu, czyli ataku na cele naziemne z niskiego pułapu. Dla pilota było to niebezpieczne, ale bardzo satysfakcjonujące.

Te trzy modele działania przekładały się na różne doświadczenia zabijania. Pewien aliancki członek załogi bombowca wspominał, że zrzucanie bomb wymagało naciśnięcia kilku przełączników, będąc kilometr nad celem. „Chcieliśmy po prostu mieć to już za sobą. Byliśmy dziećmi”.

Amerykański pilot myśliwca mówił za to: „Zestrzelenie samolotu wroga w powietrzu jest czymś bezosobowym. Walczysz maszynami, ale na ziemi możesz natknąć się na artylerzystów biegnących na pozycje. Zastanawiasz się dwa razy, zanim ich zlikwidujesz, ale jeśli tego nie zrobisz, to oni za kilka sekund będą strzelać do ciebie”. Dziesiątki lat narracji po II wojnie światowej stworzyły obraz pilotów profesjonalistów.

William B. Colgan w książce „Strafing in World War 2” zgadza się, że strafing to najkrwawsza strzelanina w wojnie powietrznej, ale twierdzi, że amerykańscy piloci dzięki sprzętowi i szkoleniu mogli działać bardzo precyzyjnie. W całej książce pojawia się tylko jeden dylemat moralny – atak na cywilnych pracowników kolei. „Zawsze był jeden dodatkowy cel do zabicia.

Byli to pracownicy kolei wszystkich szczebli. Większość z nich była nieodłącznymi ofiarami niszczenia lokomotyw i pociągów wojskowych”. Ale teoria teorią. Piloci myśliwców bombardujących byli postawieni w interesującej sytuacji psychologicznej.

Bombowce operujące na wysokim pułapie działały w ogromnych formacjach, gdzie odpowiedzialność za śmierć, także przypadkową, była rozmyta. Wojna stawała się statystyką. W wojnie w powietrzu piloci zabijali pilotów, co można było odczytywać jako honorowe. Tymczasem podczas ataku na cele naziemne pilot miał pełną sprawczość, dominującą pozycję i bardzo dobry widok na widowisko.

Amerykański porucznik Jack Pitts pisał w dzienniku: „Czujesz się, jakbyś pilotował karabiny, a nie samolot. Widzisz, gdzie trafiają pociski, i dokonujesz tylko drobnych korekt”. Niemiecki pilot zgodziłby się z przeciwnikiem: „Podpaliłem zbiorniki w Times Haven. To jest przyjemność, kiedy od razu widzi się sukces.

To nie to samo, co przelot nad Londynem, jak na defiladzie”. Brytyjski pilot Typhoona Richard Ho miał podobne wrażenia: „Widziałem, jak pociski z działek tańczą wzdłuż drogi niczym szalenie szybki ląd pędzący do punktu detonacji. Samochód był wypełniony pasażerami. Musiało być ich pięciu lub sześciu.

Ale żaden nie miał na tyle rozsądku, żeby wyjrzeć przez okno. Moje spojrzenie na nich, żywych, nietkniętych, być może rozmawiających i palących papierosy, było jak klatka z filmu. Następna klatka, gdy uderzyła cała siła moich pocisków, była pełna krwi i ognia”. Colgan podzielił misje na dwa typy: te z konkretnym celem i patrole, podczas których pilot pozostawał „sam sobie generałem”.

Już w czasie I wojny światowej piloci przyznawali, jak satysfakcjonujące było dopadnięcie wroga bez możliwości odpowiedzi. Paul Neumann zebrał wspomnienie z września 1917 roku: „Na dole, na samym moście i na brzegu po obu stronach stoją gęste kolumny ludzi, koni i wozów. Na nich spada burza pocisków z karabinów maszynowych. Na początku nie widać żadnych rezultatów.

A potem ludzie, konie i ciężarówki rozbiegają się w popłochu. Największe zamieszanie panuje na samych mostach. Drużyny rozpadają się i skaczą do rzeki. Jesteśmy zaledwie 200 stóp nad ziemią i widać każdy szczegół.

Dwukrotnie karabiny maszynowe ostrzeliwują kolumny poniżej, aż do wyczerpania prawie wszystkich nabojów. Po powrocie na lotnisko w celu uzupełnienia amunicji ponownie ruszamy do ataku. Ponownie odnosimy taki sam sukces”. Rozbicie wroga na lądzie często prowadzi do wzięcia jeńców, ale piloci nie mają takiej możliwości.

Ich jedynym celem jest zabijanie i niszczenie. Weteran II wojny opisał: „Kiedy dotarliśmy na miejsce, znów nie mogliśmy uwierzyć własnym oczom. Wieść się rozniosła i dołączyły inne grupy, a samoloty krążyły wszędzie, przylatując tu i tam w szaleńczym pędzie, zabijając, niszcząc. Zauważyłem skrzyżowanie dróg zablokowane przez czołgi i ciężarówki.

Zleciałem nisko z napalmem, a kiedy cel zniknął pod nosem, odliczyłem trzy sekundy i wypuściłem ładunek. Napalm spadł dokładnie na środek skrzyżowania. Mieliśmy dwa problemy. Po pierwsze, lufy karabinów ciągle się przegrzewały.

Nie chcieliśmy zwalniać i chłodzić broni. Cele były zbyt kuszące. Po drugie, na niebie było tak wiele samolotów, że dochodziło do niebezpiecznych sytuacji, gdy niemal dochodziło do kolizji”. Misje na niskim pułapie oznaczały ogromne zagrożenie.

Desmond Scott w „Typhoon Pilot” zapisał: „Szanse na przeżycie misji przez pilota Bomber Command były już dobrze znane, ale w przypadku pilotów Typhoonów wykonujących loty na niskich wysokościach były jeszcze mniejsze. W Normandii wiele naszych lotów trwało tylko 10 do 15 minut, a za każdym razem nasze samoloty były na łasce lekkiej artylerii przeciwlotniczej. W przypadku trafienia pilot znajdował się zazwyczaj zbyt nisko, aby wyskoczyć ze spadochronem”. Ta mieszanka poczucia siły i zagrożenia tworzyła niebezpieczny koktajl buzujący w żyłach pilotów.

Drugi typ misji, czyli „armed reconnaissance”, polowanie na cele okazjonalne, otwierał przed pilotami sadystyczne możliwości. Podporucznik Paul z Luftwaffe opowiadał: „Drugiego dnia wojny w Polsce musiałem zrzucić bomby na dworzec w Poznaniu. Osiem z 16 bomb spadło na miasto, prosto na domy. Nie podobało mi się to.

Trzeciego dnia było mi już wszystko jedno, a czwartego miałem już z tego przyjemność. Atakowaliśmy cywilne kolumny na drogach. Latałem w kluczu. Maszyna dowódcy rzucała bomby na drogę, a dwóch pozostałych z klucza do rowów, bo tam zawsze były takie rowy.

Maszynę podrzucało za każdym razem, a potem wchodziło się w lewy zakręt i grzało się równo ze wszystkich karabinów maszynowych. Widzieliśmy, jak konie fruwały na wszystkie strony. Koni to mi było żal, ale ludzi w ogóle. Atakowaliśmy z 10 metrów, a jak ci idioci zaczynali uciekać, to ciągle miałem ładny cel”.

Mówimy o pierwszych dniach wojny i o bardzo szybkim, ledwie kilkudniowym procesie zbrutalizowania młodego Niemca. Wojna oglądana z tej perspektywy wydawała się po prostu zabawna. Oczywiście to Niemcy byli napastnikami, a Amerykanie i Anglicy każdą misją skracali wojnę. Ale z perspektywy dzisiejszego materiału mniej interesuje nas racjonalizacja przemocy, a właśnie to spójne doświadczenie, do którego albo się nie przyznawano, albo przyznawano się tylko w rozmowach potajemnych, nieprzeznaczonych do publikacji, albo długo po wojnie.

Ho wspominał: „Wszystko, co poruszało się po drogach, było dozwolonym celem, ponieważ tylko wojsko miało benzynę. Czasami jednak pojazdy wojskowe mieszały się z uchodźcami podróżującymi wozami konnymi. Widziałem otwarte ciężarówki wypełnione piechotą z nieszkodliwymi wozami zaprzęgniętymi w woły przed i za nimi. Oczywiście zabijaliśmy cywilów, nie mogliśmy tego uniknąć.

Czasami widziało się zbyt wiele podczas nalotu. Jednocześnie dzięki instynktowi łowcy serce podskakiwało z ekscytacji na widok celu poniżej”. Pewien porucznik Luftwaffe ujął to prosto: „Zacząłem odczuwać potrzebę zrzucenia bomb. To nieźle rajcuje”.

A szukanie tej frajdy prowadziło do wyszukiwania celów za wszelką cenę, do naciągania celów cywilnych pod potrzeby wojskowe. Pilot Luftwaffe tak opisywał ataki w czasie bitwy o Anglię: „Są także loty nękające. Wtedy wszystko jedno, czy ostrzelasz wioskę rybacką, czy jakieś małe miasto. Mieliśmy właściwie zaatakować takie jedne zakłady w Norwich, ale nagle zaczęło padać.

Widać może na jakieś 200 metrów. To polecieliśmy prosto. Ostrzelaliśmy miasto. Waliliśmy we wszystko, co się rusza.

W krowy i konie. Strzelaliśmy do tramwaju. We wszystko. Była zabawa na całego”.

Podoficer Fischer latający na Messerschmittcie 109 opisywał: „Mówię ci, ile ja nazabijałem ludzi w Anglii. W naszej eskadrze nazywali mnie zawodowy sadysta. Rozwalałem wszystko. Autobus na ulicy, pociąg cywilny, strzelałem do każdego rowerzysty”.

Amerykanin Pitts prowadził dziennik na bieżąco. Po jednej z misji, na której wywalił podobno 2400 nabojów, napisał: „Naprawdę fajnie było na tej misji. Prawdopodobnie zabiłem wielu niemieckich cywilów. Cóż, pech”.

Zwróćmy uwagę, że po obu stronach frontu te misje opisywane są jako coś zabawnego. Do tego powietrzni myśliwi, odczuwając nietykalność, wyraźnie czuli się lepsi od wroga. Pitts zostawił taki wpis: „Do tego zostałem wyszkolony. Jestem lepszy od nich.

Mój samolot jest lepszy. Bierzmy się do roboty”. Niemieckie naloty na Polskę, a później alianckie na Niemcy mają wspólny mianownik: piloci coraz mniej mogli obawiać się rywalizacji w powietrzu. Dominacja pozwalała oddawać się destrukcji z niskiego pułapu, a tylko artyleria przeciwlotnicza była psującym zabawę elementem.

Niektórzy wyrażali wręcz dziecinną frustrację. Niemiecki pilot Paul opisywał, jak został zestrzelony nad Polską: „Tak się wtedy zirytowałem, kiedy nas zestrzelili. Zanim przegrzał się też drugi silnik, nagle zobaczyłem, że mam pod sobą polskie miasto, no to jeszcze zrzuciłem tam bomby. Chciałem zrzucić na miasto wszystkie 32 bomby.

Chciałem zrzucać bomby na rynek, bo tam było pełno ludzi. Zamierzałem zrzucać co 20 metrów, tak żeby pokryć 600 metrów. Ale byłaby frajda, jakby się udało”. Amerykański kapitan Richard Turner wspominał, że wroga artyleria przeciwlotnicza należała do osobistych wrogów pilotów: „Kiedy docieramy na miejsce i mamy okazję ostrzelać pozycje przeciwlotnicze szkopów, to już jest sprawa osobista.

To jedyna szansa, żeby się zemścić na artylerzystach przeciwlotniczych”. Podsłuchane opowieści Niemców są znacznie bardziej brutalne i pełne sadyzmu, bo bazują na podsłuchanych rozmowach, a nie na oczyszczonych wspomnieniach. Tym bardziej musimy docenić szczerość niektórych weteranów. W tych misjach szokuje też bliskość śmiertelnego widowiska.

Fragmenty wybuchających celów latały na wysokości samolotu, stanowiąc zagrożenie. Ale też bardzo łatwo było pilotom rozpoznać cele wojskowe i cywilne. Cała obrona Colgana, że piloci mieli pełną kontrolę, oznacza, że trudno mówić o pomyłkach przy namierzaniu celów. Niemcy wspominali przełom 44 i 45 roku jako czasy bardzo niebezpieczne, nawet w niepozornych wsiach i miasteczkach.

Przed ogniem myśliwców uciekały dzieci, studenci na rowerach i chłopi w polu. Alianci tłumaczyli tę brutalność tym, że to Niemcy rozpoczęli krwawą wojnę, i mieli w tym sporo racji. Ale okazuje się, że po obu stronach frontu sytuacja psychologiczna pilotów myśliwców bombardujących była ostatecznie bardzo podobna. Ta dowolność obierania celów prowadziła do kolejnych setek i tysięcy ukrytych śmierci II wojny światowej.

Pod koniec wojny odczuwali to sami Amerykanie, a właściwie amerykańscy jeńcy. Pewien 19-letni Teksańczyk wspominał, jak wraz z kolegami trafił pod ogień P-47: „Nie wiem, dlaczego pilot nagle zdecydował się ostrzelać niewielką grupę amerykańskich jeńców wojennych. Być może był to dla niego nudny dzień”. Nic dziwnego, że Amerykanie temat psychologii takich aktów przemocy zaczęli badać dopiero w czasie wojny w Wietnamie.

To wtedy nowe media, w tym telewizja, potrafiły dotrzeć bezpośrednio do uczestników starć i zdobyć od nich natychmiast kompletnie nieprzefiltrowane opinie. Wojna w Wietnamie wyostrzyła problem określenia, co jest dozwolonym celem. Amerykanie stosowali model misji „znajdź i zniszcz”, który przerzucał na pojedynczych żołnierzy ciężar oceny, co jest celem dozwolonym, a co nie. Niejasny system raportowania strat wroga prowadził do niekończącej się listy omyłkowych, ale też sadystycznych zbrodni.

Jeden z amerykańskich doradców w Wietnamie podsumował przypadek ostrzelania i zabicia kilku cywilów przez amerykańskie śmigłowce: „Piloci śmigłowców bojowych byli zbyt gorliwi i nie przestrzegali instrukcji”. Japoński korespondent opisywał scenę, kiedy powracające do bazy amerykańskie śmigłowce ostrzelały chłopów w polu: „Wydawało się, że strzelali kapryśnie i mimochodem, mimo że nie byli ostrzeliwani z ziemi i nie mogli zidentyfikować tych osób jako członków Wietkongu. Robili to impulsywnie dla zabawy, traktując rolników jak cele, jakby byli w nastroju myśliwskim. Być może powodem tak kapryśnego ostrzału o zachodzie słońca było to, że żołnierze chcieli zużyć wszystkie przydzielone im na ten dzień naboje, zanim wrócą do bazy”.

Odpowiedzi na pytanie o przyczyny tej losowej przemocy szukano w różnych kontekstach: zemsta, dehumanizacja ofiary, ideologia, traktowanie zabijania jako pracy. W przypadku pilotów myśliwców, ale także innych ataków z powietrza na cele naziemne z niskiego pułapu, dochodziła często bezkarność w używaniu najnowocześniejszej technologii, technologii, z którą kontakt był po prostu zabawny. Porucznik Jack Pitts po latach tłumaczył się zawstydzony swoim dziennikiem wojennym: „Miałem zaledwie 22 lata. To była świetna zabawa.

Większość małych chłopców lubi niszczyć rzeczy. Największą frajdę sprawiało nam nie budowanie wiatraka, ale jego burzenie. Cóż, z małych chłopców staliśmy się dużymi chłopcami, ale nadal lubiliśmy niszczyć rzeczy, zwłaszcza że tego właśnie od nas oczekiwano. Ogromną frajdę sprawiało nam oglądanie wybuchającej lokomotywy lub eksplodującej ciężarówki z amunicją, której części latały w powietrzu”.

W połączeniu z dowolnością obierania celów, bardzo osobistym podejściem do sterowanej maszyny, poczuciem pełnej sprawczości i bliskim kontaktem z zabijanym przeciwnikiem, dochodziło do procesu tworzenia z pilotów ludzi traktujących zabijanie nie jako pracę, ale jako zabawę. Do wszystkich innych motywacji możemy dorobić jakąś ponurą teorię, ale najbardziej przerażającą wizją jest jednak ta, że dla żołnierzy zabijanie nie tylko wrogich żołnierzy, ale też cywilów może być, z pomocą technologii, świetną zabawą. Nic dziwnego, że jest to rzecz, do której nie chcą przyznawać się weterani II wojny światowej ani wojny w Wietnamie. Tylko dzięki wyjątkowym źródłom możemy dziś czytać takie zwierzenia niemieckiego oficera: „Brałem udział w dwóch atakach nękających.

Znaczy się chodziło o ostrzeliwanie domów. Wszystko, co nam się napatoczyło, na przykład takie wille na wzgórzu, to były najpiękniejsze cele albo naloty na wioski. Tam na rynku było jakieś zgromadzenie, kupa ludu, przemówienia. Tam dopiero dołożyłem seriami.

Ale frajda”.