2 maja 1945 roku bosman japońskiej marynarki Saburo Chiba napisał do rodziców: “Kiedy zastanawiam się nad zaszczytem, który mnie dzisiaj czeka – oddaniem życia za cesarstwo – z głębokim wzruszeniem odczuwam od dawna pielęgnowane pragnienie odwdzięczenia się moją śmiercią za wielką dobroć cesarza, dziadków, ojca i matki. Pozostańcie w dobrym zdrowiu. ”
Chiba był jednym z pilotów kaitenów – specjalnie zmodyfikowanych torped, które mogły pomieścić pilota. 27 maja doczekał się swojego zaszczytu: został wystrzelony z potężnym ładunkiem wybuchowym w kierunku amerykańskiego konwoju.

Jego zadaniem było pokierowanie pojazdem tak, by zderzyć się z wrogim okrętem. Kosztem jednego człowieka i zmodyfikowanej torpedy japońska marynarka chciała zadać Amerykanom poważne straty, a w najlepszym scenariuszu zatopić lotniskowiec. Jak doszło do powstania tej broni? Jak wyglądała jej historia i jaki był jej prawdziwy efekt?
Koncepcja żywych torped była znacznie starsza. W 1918 roku Włosi powołali cztery jednostki szturmowe marynarki, składające się z płetwonurków, którzy mieli własnoręcznie zakładać ładunki na statki przeciwnika. Było to nieefektywne, bo ograniczało nurków do małych ładunków. Stąd pomysł skorzystania z torped, aby pomóc nurkom przetransportować dwa ładunki po 170 kg każdy.
Ten improwizowany pojazd nazwano “mignatta” – pijawka. Nowej broni użyto tuż przed końcem I wojny światowej przeciwko okrętom austro-węgierskim. W nocy z 31 października na 1 listopada 1918 roku w porcie w Puli włoscy nurkowie zatopili pancernik Viribus Unitis. W czasie II wojny światowej Włosi używali już powszechnie takich oddziałów, z których najbardziej znana była flotylla dowodzona przez księcia Borghese.
Działania jednostek specjalnych zawsze obarczone są ogromnym ryzykiem, ale te oddziały nie były oddziałami kamikaze – żywe torpedy były zbyt dobrze wyszkolone i zbyt drogie w utrzymaniu, aby nie przygotowywać ich na powrót do bazy. Nieco inaczej żywe torpedy postrzegano w Polsce. W 1939 roku, w obliczu rosnącego zagrożenia atakiem niemieckim, starano się mobilizować ludność do obrony. Jedną z inicjatyw był nabór ochotników do projektu żywych torped, ale pojęcie to traktowano bardzo szeroko i nigdy nie został on wprowadzony w życie.
Gazety z epoki przekazywały motywację ochotników. “Ilustrowany Kurier Codzienny” z 6 maja 1939 roku pisał: “Każda zmotoryzowana torpeda, bomba i mina kosztuje dużo pieniędzy, których nadmiaru nie mamy. Człowiek w torpedzie zawsze znajdzie ten cel, w który zechce trafić, i tym samym zaoszczędzi życie innym żołnierzom, zniszczy zaś wielu wrogów. Do tego celu nie są potrzebni ludzie zupełnie zdrowi z kategorią A, B czy C, lecz może to być nawet człowiek ułomny, lecz silny duchem.
Właśnie tacy ludzie są nam potrzebni. Te tysiące żywych pocisków będą kosztowały wroga miliony złotych i setki tysięcy ludzi. ”
Wizja precyzji ręcznie sterowanej torpedy działała także nad Wisłą, ale do wprowadzenia takiego projektu w życie potrzeba było czegoś więcej niż zapału – odpowiedniej technologii, zasobów ludzkich i podejścia psychologicznego. Teoretyczny ochotnik z maja pewnie do września nieraz zastanowił się nad swoją decyzją i odetchnął z ulgą, że jego ofiara nie jest jednak potrzebna w takiej postaci.
Ale na drugim końcu świata sytuacja była kompletnie inna. W połowie 1944 roku sytuacja Japonii wyglądała ponuro. W listopadzie 1943 roku alianci uzgodnili na konferencji w Kairze sposób pokonania Japonii. Japonia musiała przetrwać kolejne ciosy padające niemal z każdej strony – na lądzie, na morzu i w powietrzu.
Amerykanie zdobywali wyspy Gilberta i Marshalla, co pozwoliło im później zdobyć Mariany, skąd możliwe stało się bombardowanie japońskich miast, przede wszystkim Tokio. Straty japońskiej marynarki piętrzyły się niebezpiecznie, a amerykańskie okręty podwodne od 1944 roku zadawały niewyobrażalne straty japońskiej flocie handlowej. Japońscy dowódcy dobrze rozumieli skalę zagrożenia – potrzebne były nowe metody walki. Od lutego 1944 roku dowódcy marynarki rozpoczęli przegląd istniejących projektów zbrojeniowych.
Jednym z nich był projekt specjalnych torped zaprojektowanych przez młodych oficerów. Twarzą tego pomysłu stał się Hiroshi Kuroki, którego zespół otrzymał zielone światło, aby na poważnie rozpocząć pracę nad tymi pojazdami. Tak powstała Druga Szturmowa Eskadra Specjalna japońskiej marynarki. W marcu 1944 roku zespół trafił do bazy marynarki w Kure, na południe od Hiroszimy.
To w tamtejszej stoczni powstał między innymi Yamato. Broń nazwano Kaiten – co trudno przetłumaczyć na polski. Steven Zaloga twierdzi, że był to skrót tłumaczony jako “wielkie przedsięwzięcie”. Spotkałem się też z tłumaczeniem jako “odwrócenie losu wojny”, “zwrot ku niebu” czy “niebiański wstrząs”.
Projekt pierwszego modelu Kaiten nie spadł z nieba. Już w czasie ataku na Pearl Harbor w grudniu 1941 roku japońska flota użyła miniaturowych okrętów podwodnych typu A. Łączyły one koncepcję skrytego działania komandosów i okrętu podwodnego. Miały podchodzić niezauważenie do najlepiej strzeżonych okrętów przeciwnika, by zadawać poważne straty nieadekwatnie wysokie do zużytych środków.
Okręty typu A przenosiły dwie torpedy 457 mm z ładunkiem wybuchowym o wadze 350 kg. Specyficzne potrzeby wyrzutni miniaturowych okrętów sprawiały jednak, że wymagano specjalnie dostosowanych torped, które wykazały się dość niską skutecznością. Rozczarowanie na tym miniaturowym froncie prowadziło na skróty do innej koncepcji: co jeśli rozbudować już istniejącą supertorpedę? Japończycy dysponowali torpedą typu 93 z ładunkiem wybuchowym o wadze 500 kg, opartym na szimozie.
Była ona bardziej wydajna od trotylu, ale też bardziej ryzykowna w transporcie. Zauważono, że torpedy typu 93 mogą wybuchać od poważnych wstrząsów, narażając przenoszące je okręty. Nie da się kłócić ze specyficzną logiką konstruktorów kaitenów, którzy zakładali, że takie wady nie mają żadnego znaczenia w wypadku broni taranującej. Torpedy Kaiten miały być używane w sposób skryty, teoretycznie wykluczono więc ryzyko, że w czasie nawodnej bitwy japoński okręt mógłby eksplodować od wstrząsów działających na żywe torpedy.
A eksplozja Kaitena miała być znacznie poważniejsza, bo ładunek wybuchowy zwiększono trzykrotnie – do półtorej tony. Modyfikacje torpedy musiały daleko wykraczać poza oryginalny zamysł. Potrzebne było stworzenie przedziału dla pilota, dodanie odpowiedniej śluzy, elektroniki i przyrządów pozwalających na sterowanie torpedą. Dołożono też peryskop, aby pilot mógł namierzyć cel.
Prototypy pierwszej wersji Kaiten powstały dość sprawnie już w czerwcu 1944 roku. Na tym etapie żywym torpedom brakowało jeszcze jednego – samych żywych pilotów. Aby wyprzedzić nadchodzące zapotrzebowanie, 10 lipca na wysepce Otsu-shima w zatoce Tokuyama powołano specjalny ośrodek szkoleniowy. Na Otsu-shimę mieli trafiać tylko ochotnicy, przeważnie młodsi oficerowie marynarki.
Od sierpnia produkowano pierwszy właściwy model Kaitena, a jego produkcję rozrzucono po stoczniach w Kure, Yosu i Hikari. Ostateczne parametry pierwszego modelu Kaiten były następujące: torpeda mogła zanurzyć się maksymalnie na głębokość 60 metrów, osiągać prędkość 30 węzłów (55 km/h), a maksymalny zasięg wynosił nawet 78 km. Zasięg był niby czterokrotnie większy niż normalnej torpedy typu 93, ale wymagał utrzymania dość niskiej prędkości. Możliwość kontroli prędkości dawała potencjał zarządzania dostępnym paliwem.
Zasięg był więc wystarczający, aby zaatakować odległe cele, ale nawigacja na otwartym morzu nie należy do najłatwiejszych, więc konieczne było dobre rozpoznanie pozycji przeciwnika. Opracowano taki sposób działania: żywe torpedy miały zostać dowiezione w rejon ataku przez okręty podwodne albo mniejsze okręty nawodne, na przykład niszczyciele czy krążowniki. Od września rozpoczął się właściwy proces przygotowywania oddziałów i testów. Już w czasie jednego z pierwszych rejsów, 6 września 1944 roku, doszło do tragedii.
Jeden z oficerów chciał odwołać ćwiczenia, zwracając uwagę na poważne fale na otwartym morzu, ale sam pomysłodawca Hiroshi Kuroki miał odpowiedzieć, że Kaiten będzie bezużyteczną bronią, jeśli nie poradzi sobie z falami. Jeden ze świadków przywoływał słowa: “Wróg nie będzie czekać tylko dlatego, że pogoda jest zła. ” Kuroki postanowił towarzyszyć kapitanowi Higudemowi i popołudniem tego dnia wypłynęli na Kaitenie w morze, w kierunku wyspy Yashima. O 18:12 torpeda zanurzyła się pod falami i miała więcej nie wypłynąć.
Dopiero następnego dnia rano udało się odnaleźć torpedę wbitą dziobem w dno oceanu i wydostać ją na powierzchnię. Obaj oficerowie byli już martwi z powodu braku tlenu. Co jednak znaleziono razem z ciałami? Zapiski Kurokiego z instrukcjami, co należy zrobić, aby uniknąć podobnych błędów w przyszłości.
Brzmi to niewiarygodnie, jak specyficzna legenda czy mit założycielski kaitenów, ale faktycznie atmosfera wokół tej broni była podniosła i pełna entuzjazmu. Młodzi Japończycy zgłaszający się na ochotnika do tych oddziałów podchodzili do sprawy jak najbardziej poważnie. Musieli, bo same szkolenia były bardzo niebezpieczne – w sumie zginęło w nich 15 pilotów. Zwracano uwagę, że w tym fachu konieczne było odpowiednie przygotowanie mentalne.
Raz wystrzelona torpeda musiała wcześniej czy później trafić w cel, inaczej po spaleniu całego paliwa po prostu zostałaby utracona razem z pilotem. Taki rozczarowujący scenariusz szczególnie zaprzątał myśli pilotów. Jeden z nich miał zakładać dość bzdurny scenariusz: “Jeśli kiedykolwiek zabrakłoby mi paliwa, wypłynąłbym na powierzchnię i tam bym poczekał. Wiedzieliśmy, że Amerykanie są łowcami pamiątek.
Wydawało się bardzo prawdopodobne, że spróbują odzyskać mój Kaiten, aby ich eksperci od uzbrojenia mogli go obejrzeć. Gdyby spróbowali, planowałem pozostać nieruchomy, pozwoliłbym im wyciągnąć mnie z wody. Następnie, gdy tylko poczułbym, że mój pojazd dotyka pokładu, ruszyłbym specjalny przełącznik, który posiada każdy Kaiten na wypadek, gdyby detonator dziobowy nie zadziałał, i zabrałbym ze sobą do wieczności wszystkich na amerykańskim okręcie. ”
W takiej atmosferze przez kolejne dwa miesiące kontynuowano naukę na błędach, ale też rozszerzano szkolenia, otwierano je w kolejnych miejscowościach.
Program kaitenów zmierzał ku prawdziwemu testowi bojowemu. Szczególnie że japońska marynarka miała już doświadczenia w tym temacie. 25 października 1944 roku amerykański lotniskowiec Saint Lo został zaatakowany w niespodziewany sposób przez myśliwce A6M Zero z podpiętymi bombami, które zmierzały do staranowania amerykańskich okrętów. Jeden z takich samolotów trafił w pokład lotniskowca, a eksplozja doprowadziła do jego zatonięcia.
Spełniała się obietnica, że poświęcenie przyniesie nagrodę – zatopienie lotniskowców tworzących trzon współczesnych marynarek wojennych. Nic dziwnego, że Japończycy z wielkim entuzjazmem ruszali na pierwszą akcję wykorzystania kaitenów. 8 listopada sformowano pierwszy właściwy bojowy oddział składający się z 12 kaitenów, a do ich transportu wybrano okręty podwodne I-36, I-37 i I-47. Każdy z nich zabierał ze sobą cztery kaiteny, a specjalny właz pozwalał pilotowi na wejście do torpedy prosto z wnętrza okrętu.
Za cel pierwszego ataku żywych torped obrano rejon na północ od wyspy Palau, gdzie jesienią 1944 roku doszło do zgrupowania poważnych sił amerykańskiej floty w okolicy atolu Ulithi. Jeden z pilotów przed wejściem do torpedy zostawił zapisek: “Obserwacja w świetle dziennym ujawniła ponad 100 statków na redzie w Ulithi. Chociaż stwarza to doskonałą okazję do użycia naszych ludzkich torped, mamy tylko dwa okręty podwodne i osiem ludzkich torped. Sprawa godna wielkiego ubolewania.
”
Ale pierwsze problemy czekały Japończyków już 19 listopada. Tego dnia Amerykanie namierzyli i zatopili okręt I-37 razem z czterema żywymi torpedami. Pozostałym dwóm okrętom udało się podejść do amerykańskiej floty i wypuścić swoje kaiteny 20 listopada o 4:30 rano. Dzień ujawnił jednak kolejne kłopoty.
Pomimo że postój amerykańskiej floty wyglądał sielankowo, był dobrze chroniony przed nagłymi atakami. Eskortowce namierzyły już wystrzelone żywe torpedy i część z nich na pewno zatopiły, jeszcze bez świadomości, że w środku znajdują się żywi ludzie – co oczywiście nie miałoby żadnego znaczenia. Tylko jedna z torped miała trafić w cel: w statek USS Mississinewa. Amerykanie zaraportowali, że był to zaopatrzeniowiec wypełniony od burty do burty beczkami z paliwem.
W wyniku trafienia doszło do poważnego pożaru, a w niebo uniosły się kłęby czarnego dymu. Z perspektywy odległych japońskich obserwatorów wyglądało to zachęcająco, ale nikt nie miał jak zaraportować faktycznych trafień. Jakże wymownym przykładem zawyżania strat przeciwnika jest fakt, że japoński sztab doliczył się trzech trafionych amerykańskich lotniskowców. W ten fantastyczny sposób sprawdzał się desperacki scenariusz: kosztem jednego okrętu podwodnego i 12 kaitenów Amerykanie mieli ponieść straty w lotniskowcach porównywalne do tych z wielkiej bitwy w zatoce Leyte.
Tyle że efekt nieprawdziwych informacji jest zawsze taki sam – wyciąga się wnioski na bazie nieprawdziwych informacji. Japońskie dowództwo chciało podbić stawkę i na styczeń planowało zmasowany atak żywymi torpedami w kilku miejscach na raz. W tym celu złożono zespół sześciu okrętów podwodnych, w który wszedł także słynny okręt I-58 pod dowództwem Mochitsury Hashimoto. Dzięki wspomnieniom Hashimoto otrzymujemy zarówno obraz działań w tym desperackim okresie, jak i kolejny dowód na to, że taranujące jednostki otoczone były powszechnym szacunkiem.
Hashimoto długo po wojnie pisał o żywych torpedach z mieszanką żalu i podziwu. Jego książka pełna jest partykuły “niestety”, ale też zrozumienia kontekstu desperackiej walki. Cytując: “Choć bolało mnie na myśl o wysłaniu tych ludzi na te wyprawy, czasy były takie, że liczba tych, którzy ginęli, szybko rosła też poza jednostkami specjalnymi, i zarówno starzy, jak i młodzi odchodzili z tego świata. W takiej sytuacji prędzej czy później ich los był nieunikniony.
”
Japończycy spodziewali się, że każde kolejne użycie kaitenów będzie coraz trudniejsze, bo Amerykanie będą coraz lepiej przygotowani na odparcie ataku. Była to słaba wróżba w kontekście realnie rozczarowującego pierwszego ataku. Hashimoto opisuje przeprawę z przełomu grudnia i stycznia jako mrożącą krew w żyłach, polegającą na unikaniu amerykańskich samolotów i okrętów podwodnych. Na pokładzie I-58 panowała jednak sympatyczna atmosfera – złamano między innymi zasadę o abstynencji alkoholowej, a piloci kaitenów integrowali się z załogą i oficerami.
Celem I-58 były amerykańskie okręty przy wyspie Guam, utraconej przez Japończyków w sierpniu 1944 roku. Pozostałe okręty miały inne cele: Ulithi, Palau, Manus i wyspę Hollandię, dziś znaną jako Jayapura. Do skoordynowanego ataku miało dojść 12 stycznia, ale znamienne jest to, że jeden z okrętów, I-48, został wcześniej zatopiony. Z relacji Hashimoto wyczytać można też, jak trudne pod względem taktycznym było właściwe wykorzystanie żywych torped w obszarze właściwie nieustannie patrolowanym przez amerykańskie lotnictwo.
Samo przetrwanie w pozycji wyczekującej do ataku było nielada wyzwaniem. Do tego trzeba było wybrać odpowiedni moment przeprowadzenia ataku. Arsenał czterech kaitenów nie pozwalał na pomyłki. A jednak pomyłki musiały być popełniane.
Hashimoto z żalem meldował, że w porcie na wyspie Guam brakowało wartościowych celów – były tam tylko statki transportowe, kiedy piloci kaitenów liczyli na staranowanie lotniskowców. “Kazałem im poszukać największego transportowca. Także wyjaśniłem, że dok pływający jako cel nie jest pozbawiony zalet. Pocieszał ich także mówiąc, że do czasu przeprowadzenia ataku może pojawić się lotniskowiec.
” Szczerze – niepozorny, ale chyba najsmutniejszy cytat z całej książki. Oczywiście lotniskowce się nie pojawiły. Torpedy mimo to wypuszczono o 3:00 rano 12 stycznia, tak żeby w momencie dojścia do celu piloci mogli skorzystać już z pierwszych promieni wschodzącego słońca. O 4:30 I-58 sam miał jednak sporo na głowie – musiał znów ukrywać się przed amerykańskimi samolotami.
Przechwycone komunikaty sugerowały, że Amerykanie wiedzieli, czego szukają. Tym samym niemożliwa była obserwacja efektów ataku. Hashimoto zapisał tylko: “Próbowaliśmy hydrofonami nasłuchiwać odgłosu torped uderzających w cel. Oczywiście wypłynęliśmy na głębokość peryskopu i zaczęliśmy obserwację na wschód, ale zauważyliśmy jedynie coś przypominającego ciemną chmurę lub dym.
Nic, co można by potwierdzić. ”
16 stycznia Hashimoto zameldował przeprowadzenie ataku. Inne trzy okręty też donosiły o wypuszczeniu kaitenów. I-48 przepadł, a I-56 po kilkukrotnym nieudanym podejściu do ataku powrócił z nadal żywymi torpedami do portu.
Jedno w tej operacji było wspólne: żaden z japońskich dowódców okrętów podwodnych nie mógł realnie potwierdzić zatopienia żadnego amerykańskiego statku czy okrętu. Dopiero po wojnie, dzięki perspektywie amerykańskiej, miało się okazać, że zatapianie żywych torped nie było arcytrudnym zadaniem. Był to w końcu pojazd o długości 15 metrów. Alianci do tej pory opracowali też bardzo skuteczne metody zwalczania wrogich okrętów podwodnych, co oczywiście uderzało w samo źródło żywych torped, ale też pozwalało wykryć zbliżające się kaiteny.
Problemy były też natury technicznej – kaiteny okazały się nie w pełni szczelne. Nieznana pozostaje oczywiście perspektywa samych pilotów, którzy raz wystrzeleni nie mogli opowiedzieć swojego doświadczenia, ale z obserwacji wynika, że ludzki aspekt torpedy mógł też być zawodny. Część z wystrzelonych kaitenów chybiała celu. Co musiało się dziać w środku tych pojazdów?
Czy fakt, że można było sterować tymi torpedami, nie był tak naprawdę słabą stroną tego projektu? Czy w klaustrofobicznych warunkach i nieraz pod ostrzałem piloci po prostu popełniali błędy, także błędy nawigacyjne? Michael Mair i Joy Waldron w swojej książce napisali, że ostatecznie sterowanie torpedą było tak trudne jak sterowanie myśliwcem, ale trzyosobowym. Zwracają uwagę, że pilot właściwie miał samodzielnie robić coś, do czego potrzebnych było sześć rąk.
A namierzenie celu przez peryskop w złym momencie ujawniało pozycję Kaitena, co nieraz okazywało się po prostu wyrokiem śmierci – to znaczy wyrokiem śmierci bez wbicia się w cel. Entuzjazm pewnych kręgów japońskiego dowództwa jednak nie malał. Czy to z wiary w przewagę duchową nad przeciwnikiem, czy też z niewiary w to, że taka ofiara nie będzie w jakiś sposób nagrodzona, projekt Kaiten miał zostać jeszcze bardziej rozbudowany. Okręty podwodne modyfikowano, aby mogły brać ze sobą jeszcze więcej żywych torped – aż sześć.
Jednocześnie planowano ulepszenia torped i konstrukcję kolejnych wersji. Już w grudniu testowano model drugi Kaitena z lepszym napędem. Wiosną pracowano też nad modelami potencjalnie szybszymi oraz kompletnie nową edycją tańszą w produkcji, chociaż dysponującą mniejszym ładunkiem wybuchowym. Te projekty nie wyszły jednak poza fazę testowych produkcji i do końca wojny Japończycy pozostali przy Kaitenach.
Operacja żywych torped przeprowadzona na przełomie lutego i marca 1945 roku okazała się wielkim rozczarowaniem. 1 i 2 marca spośród ośmiu wysłanych żywych torped nie wystrzelono żadnej. Szkoda, że nawet przy wystrzeleniu Kaitena dowódcy nadal nie byli w stanie naprawdę określić skuteczności ataku. Mylił się nawet sam Hashimoto: “Zatopienia dokonane przez kaiteny były zgłaszane za każdym razem, ponieważ kapitan torpedy mógł używać peryskopu.
Tak płynąc prędkością 30 węzłów, trafienie było raczej łatwą sprawą. Cel, którego prędkość była mniejsza niż 20 węzłów, nie mógł uciec, nawet jeśli dojrzał zbliżającą się torpedę. ” Niefortunny optymizm to jedno, ale koszt użycia kaitenów znacznie wykraczał poza ofiarę samych pilotów. Zapewne zauważyliście już fakt, że działania podwodne japońskiej floty były prowadzone w tych czasach w warunkach totalnej dominacji powietrznej, nawodnej i podwodnej aliantów, przede wszystkim Amerykanów.
Słabość japońskiej doktryny podwodnej i coraz większe sukcesy alianckich metod zwalczania okrętów podwodnych prowadziły do kombinacji, w której używanie kaitenów było znacznie utrudnione. Jednym słowem rosły straty w używanych w akcjach kaitenów okrętach podwodnych. Okręty I-368 i I-370 zostały zatopione jednego dnia, 26 lutego. I-47 został uszkodzony 29 marca.
I-44 i I-56 przepadły w kwietniu. Od maja do sierpnia 1944 roku statystyka skuteczności samego wystrzelenia żywych torped była przez to wyjątkowo niska. Spośród 50 przygotowanych kaitenów wystrzelono ich zaledwie 22, z czego dzisiaj ostatecznie można potwierdzić tylko jedno, choć efektowne trafienie amerykańskiego niszczyciela USS Underhill, zaliczone 24 lipca 1945 roku, z tym że dyskusyjne jest, czy było to faktycznie czyste trafienie. USS Underhill wraz z mniejszym PC-803 podjął się próby zatopienia zauważonych japońskich okrętów podwodnych.
W czasie starcia kilka kaitenów w wyniku głębinowych eksplozji zostało wyrzuconych na powierzchnię. Weteran tych wydarzeń Harold E. Matt wspominał w 2004 roku, że dowódca niszczyciela nakazał staranowanie jednego z japońskich pojazdów i po charakterystycznym odgłosie zderzenia wydawało się, że zadanie zostało wykonane. Wtedy też miało dojść do potężnej eksplozji.
Trudno powiedzieć, czy wybuchł taranowany Kaiten, czy niszczyciel sam został staranowany przez inną żywą torpedę. Być może pilot Kaitena wykorzystał wspomniany wcześniej przełącznik. Faktem jest, że USS Underhill szybko poszedł na dno. Tym samym operacja żywych torped zaliczyła drugie i też ostatnie potwierdzone trafienie.
Ironią jest fakt, że okręt I-58 kilka dni później miał zatopić krążownik USS Indianapolis przy użyciu dwóch klasycznych, “martwych” torped. Tak wspominał swoje decyzje i rozterki Hashimoto: “Jeśli chodzi o Kaiten, byłem tak zajęty zwykłymi torpedami, że nie wydałem rozkazu przygotowania kaitenów do ich wystrzelenia, pomimo pytań ze strony pilotów. Atak kaitenów w tej fazie księżyca byłby trudny i postanowiłem ich nie używać, chyba że nie powiódłby się zwykły atak torpedowy. ” Wiele o pilotach kaitenów mówi fakt, że nawet po trafieniu krążownika chcieli być wystrzeleni, aby dobić ten okręt.
Hashimoto nie wyraził jednak zgody: “Pomimo ciemności wróg z pewnością stanowił dla nich łatwy cel. Ale co by było, gdyby zatonął, zanim dotarłyby do niego kaiteny? Po wystrzeleniu traciło się je na dobre i szkoda było ryzykować. Dlatego też tym razem zdecydowałem się ich nie używać.
”
Jak widzicie, użycie podwodnych kamikaze było znacznie trudniejsze od użycia tych powietrznych. Logistyczna, technologiczna i taktyczna trudność w wysłaniu do ataku znacznych liczb kaitenów ostatecznie podkopała sens tej broni. Kiedy Amerykanie mieli użyć broni atomowej, tak Japończycy starali się odwrócić losy wojny ostatecznie dość prymitywną metodą ręcznie sterowanej torpedy. Japoński komandor porucznik Torisu Kosuke, jeden ze sztabowców Szóstej Floty Cesarskiej Marynarki Wojennej, podsumował: “Uważam, że taka broń jak Kaiten, pilotowana przez człowieka, który ruszał na pewną śmierć, nie powinna być traktowana jak broń, ale jak akt desperacji.
”
Dającym do myślenia podsumowaniem całej sprawy kaitenów jest fakt, że 11 sierpnia 1945 roku, już po przeprowadzeniu ataków atomowych na Hiroszimę i Nagasaki, Japończycy zaatakowali po raz ostatni z pomocą żywych torped. W tym ataku kumulują się wszystkie absurdy tej broni: dwa z pięciu kaitenów nie zostały wystrzelone z powodu usterek, a pozostałe trzy prawdopodobnie nie dopłynęły do celu. Okręt podwodny zaraportował jednak konkretne trafienia. Steven Zaloga wyliczył, że wystrzelono w sumie 79 żywych torped i w ten sposób zaliczono pewne dwa zatopienia, choć możliwe jest, że kilka okrętów i statków amerykańskich zostało w jakiś sposób uszkodzonych, a uszkodzenia te zapisano zwykłym torpedom.
Nawet przy tym bardziej optymistycznym liczeniu efekt działania kaitenów nie był powalający. Nie sprawdziła się wizja prosto z polskich gazet 1939 roku, gdzie kosztem kilkunastu czy kilkuset zabitych da się pociągnąć ze sobą na dno setki tysięcy wrogów. Przy zatopieniu Underhilla i Mississinewy zginęło 175 marynarzy i oficerów. Koszt był szalenie wysoki: 79 zmarłych pilotów kaitenów, 15 pilotów, którzy zginęli w czasie ćwiczeń, kolejnych 12, którzy poszli na dno wraz z zatopionymi okrętami podwodnymi, a tych utracono osiem w czasie prób użycia żywych torped, co przekłada się w sumie na kolejne 846 ofiar.
Może szokować, że tylko w zachodnim podejściu ta technologiczna i koncepcyjna porażka oznaczała ofiarę pilotów kompletnie bez znaczenia. Zakończmy cytatem Hashimoto: “Pośród łez przeczytałem na głos depeszę cesarską ogłaszającą koniec wojny. Bez słowa wszedłem z posłańcem na pokład łodzi motorowej i zszedłem na brzeg, aby złożyć starszemu oficerowi raport na temat walecznych czynów naszych wspaniałych wojowników Kaiten. Nie dożyli, by cierpieć z powodu upokorzenia porażki.
Niechaj duchy 80 zmarłych wojowników Kaiten będą świadkami. Nasz kraj będzie musiał podążać trudną drogą, a męka narzucona przez niebo naszemu narodowi i naszym ludziom trwa nadal. ”
Wygląda na to, że wedle Japończyków piloci kaitenów wybrali tę bardziej chlubną, ale też łatwiejszą ścieżkę.


