„Nie bądź panikarzem, te znaki są tylko dla naiwnych turystów” – rzucił Jacek, wjeżdżając czerwonym kabrioletem w sam środek zabytkowego rynku w Toskanii. Stał tam w samych hawajskich…

„Nie bądź panikarzem, te znaki są tylko dla naiwnych turystów” – rzucił Jacek, wjeżdżając czerwonym kabrioletem w sam środek zabytkowego rynku w Toskanii. Stał tam w samych hawajskich...

Tegoroczne wakacje we Włoszech miały być dla całej naszej rodziny cichą przystanią po wyczerpującym roku. Wyjechaliśmy w pięcioosobowym składzie: ja z siedmioletnim synem, moja siostra Kasia oraz jej mąż Jacek z ośmioletnią córką. Gdyby o przebiegu wyprawy decydował rozsądny człowiek, spędzilibyśmy czas na błogim relaksie wśród toskańskich wzgórz. Niestety skład uzupełniał Jacek, szwagier, którego pewność siebie zawsze przewyższała wiedzę o dziesięć klas.

Thumbnail

Jacek uważał się za specjalistę od absolutnie wszystkiego, a każdą życzliwą radę traktował jak osobistą zniewagę. Jeszcze w Polsce sugerowałem, że po zatłoczonych włoskich miastach najlepiej przemieszczać się pociągami. Szwagier skwitował to protekcjonalnym śmiechem i oświadczył, że pociągami jeżdżą wyłącznie bezradni amatorzy, a on jako doświadczony światowiec zorganizuje nam transport najwyższej klasy. Zamiast pojemnego wana zarezerwował czerwony sportowy kabriolet.

Fakt, że pięcioro ludzi musiało gnieździć się na czterech fotelach, a bagaże upychaliśmy kolanem, wcale nie psuł mu humoru. Twierdził z dumą, że prawdziwy włoski styl wymaga poświęcenia. Tuż po wyjeździe z lotniska Jacek wcielił się w rodowitego mieszkańca Półwyspu. Jego znajomość języka ograniczała się do doklejania litery o do każdego polskiego słowa i gwałtownego machania rękami.

Na domiar złego, ignorując upał sięgający trzydziestu pięciu stopni, rozebrał się do hawajskich kąpielówek i zrzucił koszulkę oraz klapki do bagażnika. Prawdziwy szczyt jego drogowej pychy nastąpił przy wjeździe do zabytkowego centrum uroczego miasteczka. Na ciasnych kamiennych uliczkach od razu dostrzegłem tablice z czerwonym okręgiem i napisem Zona a Traffico limitato. Wiedziałem, że wjazd do strefy ograniczonego ruchu bez przepustki oznacza fotoradary i potężne mandaty.

– Jacek, zatrzymaj się. Tutaj nie wolno wjeżdżać bez zezwolenia, kamery nagrywają każdy samochód – ostrzegłem głośno. Szwagier poprawił tanie okulary przeciwsłoneczne i machnął ręką. – Maciek, nie bądź panikarzem.

Te znaki służą tylko do wyciągania pieniędzy od naiwnych turystów. Włosi mają teraz siestę, nikt tego nie sprawdza. Jestem mistrzem kierownicy i wiem, jak rozmawiać z tutejszą policją. Wjechał w sam środek historycznego rynku i zaparkował kabriolet dokładnie na kopercie dla dostawców chleba.

Przed wysiadką wrzucił do bagażnika portfel, komplet dokumentów, drogi zegarek, markowe buty i telefon, bo nie zamierzał nosić zbędnych rzeczy do lodziarni. Został w samych kąpielówkach z kluczykiem w kieszeni. Po czterdziestu minutach spaceru wróciliśmy na plac. W miejscu, gdzie stał lśniący kabriolet, ziała pustka.

Na rozgrzanym asfalcie leżał tylko mały żółty bloczek od straży miejskiej. Jacek stanął na środku zabytkowego rynku w samych majtkach kąpielowych, boso, bez grosza, bez dokumentów i bez telefonu, obserwowany przez tłum rozbawionych turystów. Widok pustego miejsca parkingowego uderzył go jak obuchem w głowę. Bladł i czerwieniał na przemian, a zagraniczni turyści z wyraźnym rozbawieniem przyglądali się półnagiemu mężczyźnie.

Jego pierwsza reakcja była zaprzeczeniem rzeczywistości. Zgrzytał zębami, wymachiwał rękami i wrzeszczał, że padliśmy ofiarą włoskiej mafii, która ukradła samochód w biały dzień. Podniosłem jednak z bruku żółtą karteczkę i spokojnie odczytałem nagłówek z godłem policji. Auto nie zostało skradzione.

Zostało odholowane na miejski parking policyjny w strefie przemysłowej, dokładnie trzy kilometry za centrum. Sytuacja stała się absurdalna. Słońce prażyło bezlitośnie, temperatura czarnego asfaltu sięgała czterdziestu stopni, a Jacek nie miał butów ani koszulki. Jego portfel, dokumenty i telefon spoczywały w bagażniku odholowanego pojazdu.

Zamówienie taksówki bez pieniędzy nie wchodziło w grę, a żaden kierowca nie chciałby zabrać bosego, półnagiego obcokrajowca wymachującego rękami. Nie mieliśmy wyjścia. Ruszyliśmy pieszo. Ja, siostra i dzieci maszerowaliśmy w cieniu drzew, w wygodnych sandałach, popijając schłodzoną wodę.

Tymczasem Jacek przeżywał prawdziwą drogę przez mękę. Każdy krok po rozpalonej nawierzchni był dla niego katuszą. Wyglądał jak groteskowy bocian, przeskakujący z nogi na nogę, szukający cienia pod płotami i stający na kępkach wysuszonej trawy. Próbował nawet stanąć na porzuconym kartonie po pizzy, co wywoływało salwy śmiechu u przejeżdżających włoskich kierowców.

Po niemal godzinie upokarzającego marszu dotarliśmy na zapylony parking ogrodzony wysoką siatką. W małej klimatyzowanej stróżówce siedział starszy, niezwykle powolny urzędnik, sącząc malutką filiżankę espresso. Jacek wpadł do środka z desperacją w oczach, wymachując kluczykiem i krzycząc swoim koślawym językiem, że żąda natychmiastowego wydania pojazdu. Włoski funkcjonariusz spojrzał na niego z góry, powoli założył okulary i chłodnym tonem oświadczył, że wydanie auta wymaga okazania dowodu tożsamości, paszportu, umowy wynajmu oraz uiszczenia opłaty karnej w wysokości trzystu pięćdziesięciu euro gotówką.

Gdy Jacek próbował wytłumaczyć, że wszystko to leży w bagażniku auta stojącego dziesięć metrów dalej, urzędnik wskazał na mosiężną tabliczkę z regulaminem. Wjazd na teren parkingu bez weryfikacji tożsamości był surowo zabroniony. Powstała absolutnie patowa sytuacja. Aby dostać się do dokumentów w samochodzie, trzeba było najpierw okazać dokumenty przy bramie.

Jacek zbladł do reszty i zwrócił się do mnie z błagalnym wzrokiem, bo wiedział, że jedynym ratunkiem jest moja gotówka i mój paszport. Patrzyłem na bezradnego szwagra z nieskrywaną satysfakcją. Człowiek, który jeszcze dwie godziny temu wyśmiewał moje rady, nazywał mnie panikarzem i pouczał całą rodzinę z wyższością, teraz stał przed włoskim urzędnikiem w samych kąpielówkach, ze stopami pełnymi pęcherzy, błagając mnie wzrokiem o ratunek. Wstrzymałem się z odpowiedzią, pozwalając mu poczuć ciężar własnej głupoty.

– Jacek – powiedziałem cicho, ale wyraźnie. – Pomogę ci pod trzema warunkami. Po pierwsze, oddajesz mi kluczyki i do końca wyjazdu to ja prowadzę. Po drugie, oddajesz mi co do grosza całą kwotę, gdy tylko wyjmiesz portfel z bagażnika, powiększoną o koszt moich zniszczonych nerwów.

Po trzecie, ani razu do końca wakacji nie usłyszę od ciebie słowa o twoim drogowym geniuszu. Szwagier nie miał pola do negocjacji. Pokiwał głową tak gorliwie, jakby od tego zależało jego życie. Wyciągnąłem z kieszeni paszport i plik euro, które w przeciwieństwie do niego zawsze nosiłem przy sobie.

Po kilkunastu minutach biurokratycznej wymiany zdań i wypełnieniu formularzy urzędnik przeliczył opłatę, pokręcił głową ze współczuciem i otworzył potężną mosiężną bramę. Dopiero po otwarciu bagażnika Jacek mógł założyć buty i wciągnąć koszulkę. Jego duma była jednak zniszczona doszczętnie. Gdy tylko wyjechaliśmy z parkingu, bez słowa sprzeciwu przesiadł się na tylne siedzenie, lądując między dziećmi, które przez całą drogę do hotelu bezlitośnie wyśmiewały jego nową rolę mistrza jazdy na boso.

Ja zająłem miejsce za kierownicą czerwonego kabrioletu i wreszcie mogliśmy cieszyć się widokami toskańskich wzgórz bez gderania nieproszonego eksperta. To jednak nie był koniec tej nauczki. Prawdziwa wisienka na torcie czekała na Jacka dokładnie trzy tygodnie po powrocie do Polski. Zaczęły nadchodzić polecone przesyłki z Włoch.

Okazało się, że nasz niezwykły kierowca, zanim został odholowany, zdołał wjechać w zamkniętą strefę ograniczonego ruchu aż pięć razy w ciągu jednej godziny. Automatyczny system fotoradarów skrupulatnie uwiecznił każdy manewr. Łączna suma mandatów przekroczyła tysiąc dwadzieścia euro. Gdy listonosz wręczył mu stertę urzędowych wezwań do zapłaty, Jacek o mało nie zemdlał na wycieraczce.

Łączny koszt jego taniego, genialnego wyjazdu i udawania światowca przewyższył cenę dwutygodniowych wczasów w pięciogwiazdkowym hotelu z pełną obsługą. Od tamtej pory, gdy tylko na rodzinnych spotkaniach pojawia się temat podróży, Jacek natychmiast milknie i potulnie wbija wzrok w podłogę.