Siedziałem spokojnie na pokładzie, gdy nagle usłyszałem ten odgłos – seria z broni ręcznej odbijająca się od nadbudówki. Włoscy jeńcy przedarli się na pokład, a polscy strażnicy próbowali ich…

Siedziałem spokojnie na pokładzie, gdy nagle usłyszałem ten odgłos – seria z broni ręcznej odbijająca się od nadbudówki. Włoscy jeńcy przedarli się na pokład, a polscy strażnicy próbowali ich...

17 września 1942 roku Karl Dönitz, ówczesny dowódca sił podwodnych Kriegsmarine, wydał rozkaz, który na zawsze miał zmienić charakter wojny na morzach. Należało zaniechać wszelkich prób ratowania załóg zatopionych statków, wyławiania rozbitków z wody, umieszczania ich w łodziach ratunkowych, stawiania przewróconych szalup oraz przekazywania im żywności i wody. Musimy być twardzi na tej wojnie – brzmiało uzasadnienie. Niecałe dwa tygodnie później Adolf Hitler narzekał Dönitzowi, że na morzach ginie zbyt mało alianckich marynarzy, przez co mogą wracać do służby.

Thumbnail

Skutki tych nacisków nie kazały na siebie długo czekać. W nocy z 6 na 7 grudnia 1942 roku Werner Henke, kapitan U-Boota U515, podjął decyzję o zaatakowaniu pojedynczego statku pasażerskiego używanego przez aliantów do transportu żołnierzy. SS Ceramic miał na pokładzie 656 osób i dla doświadczonej załogi U515 stanowił łatwy cel. Niemieccy podwodniacy przy pogarszającej się pogodzie sztormowej byli świadkami rozpaczliwej walki setek rozbitków o życie.

Jedynie w celach wywiadowczych wyłowili pospiesznie jednego z nich i natychmiast się oddalili. Okazało się, że tylko ten jeden szczęśliwiec przeżył zagładę Ceramica. Był nim Eric Monday, saper z brytyjskiej piechoty morskiej. Kilkuset rozbitków nie doczekało ratunku, a sztorm wywrócił wszystkie łodzie ratunkowe.

Wojna morska zawsze nosiła w sobie bezwzględność związaną z żywiołem. Już w czasie bitwy pod Salaminą Persowie mieli ponieść ogromne straty między innymi dlatego, że ich żołnierze nie umieli pływać. Doświadczenia pierwszej wojny światowej pokazywały, jak cienka potrafi być granica między dozwoloną kampanią morską a zbrodniczą rzezią. Jak doszło do tego, że nawet dla Niemców wojna na morzach stała się zbyt brutalna?

Co zmieniła jedna kuriozalna akcja ratunkowa i rozkaz Carla Dönitza, którego wielu kapitanów nie chciało wykonać? Aby to zrozumieć, trzeba cofnąć się do początku. Trauma pierwszej wojny światowej nie była traumą wyłącznie żołnierzy na lądzie. Działania niemieckich U-Bootów trafiały na pierwsze strony gazet, a podwodna wojna totalna, z zatapianiem cywilnych statków, wydawała się najbardziej podstępną formą walki.

Kulturowego kontekstu dopełniała pamięć o katastrofie Titanica, wielkim medialnym wydarzeniu 1912 roku. Akcje bojowe U-Bootów tworzyły kolejne katastrofy działające na wyobraźnię, jak choćby zatopienie Lusitanii. Nic dziwnego, że to właśnie zwycięskie państwa ententy próbowały stworzyć zasady prowadzenia wojny podwodnej. W 1930 roku pięć mocarstw – Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Francja, Japonia i Włochy – podpisało traktat londyński, który miał określić limity uzbrojenia morskiego.

Najistotniejsza była jednak próba zdefiniowania zasad wojny podwodnej. Anglosaskie potęgi początkowo zakładały całkowity zakaz budowy i utrzymania okrętów podwodnych. Brytyjczycy argumentowali, że z natury rzeczy nie są one humanitarne, ale Amerykanie, patrząc zwłaszcza na rozwój japońskiej floty, wycofali poparcie dla tego stanowiska. Ostatecznie zdecydowano się jedynie na określenie, co może być dozwolonym celem skrytego ataku podwodnego.

Ustalono, że bez ostrzeżenia można atakować tylko wrogie okręty wojenne oraz transportowce jawnie wykorzystywane w operacjach militarnych. Okręty podwodne, podobnie jak nawodne, miały stosować prawo pryzowe, czyli zatapiać statki handlowe dopiero po ich przeszukaniu i zapewnieniu bezpieczeństwa załogom, mając na uwadze, że na otwartym morzu szalupy ratunkowe są jedynie rozwiązaniem tymczasowym. Pojawiały się jednak pytania. Co jeśli statek pasażerski przewozi żołnierzy?

Co jeśli statek handlowy utrzymuje wrogie państwo przy życiu? Zasady były tak nieprecyzyjne, że aż śmieszne. Dyplomaci mogli poklepywać się po plecach, wierząc, że problem pozostaje czysto teoretyczny. Z czasem do traktatów włączano państwa pokonane w pierwszej wojnie światowej.

18 czerwca 1935 roku przedstawiciele III Rzeszy i Wielkiej Brytanii podpisali układ morski. Oficjalnie uznawał on ograniczenie rozwoju Kriegsmarine, która miała osiągać najwyżej 35 procent tonażu floty brytyjskiej. Był jednak niuans – w wypadku okrętów podwodnych limit podniesiono do 45 procent. Nie był to przejaw dobrej woli.

Okrętom podwodnym pozostawiono więcej swobody z jednego prostego powodu – wszystkie potęgi morskie wątpiły, czy w dobie radia i lotnictwa niewielkie okręty zdołają podejść niezauważenie do znaczących celów militarnych. Bezpieczeństwo floty cywilnej miało natomiast gwarantować uznanie przez Niemców artykułu traktatu londyńskiego zakazującego nieograniczonej wojny podwodnej. Hitler w tym czasie wierzył w perspektywę trwałego sojuszu z Wielką Brytanią i rozwój Kriegsmarine widział w kontekście wielkich okrętów, takich jak Bismarck czy Tirpitz. Mimo to siły podwodne powstawały.

Ironią losu było, że pierwszy okręt podwodny III Rzeszy, U1, zwodowano na trzy dni przed podpisaniem traktatu z Brytyjczykami. W 1938 roku Niemcy poważnie przyspieszyli w morskim wyścigu zbrojeń, przyjmując tak zwany plan Z, zakładający rozbudowę Kriegsmarine niezależnie od dyplomatycznych limitów tonażu. Zdecydowano o budowie 249 U-Bootów o łącznej wyporności około 200 tysięcy ton, choć ich zastosowanie nie było do końca jasne. Kontradmirał Werner Föringer przygotował opinię, w której stwierdzał, że szanse na powodzenie blokady Anglii przez U-Booty są bardzo małe, a angażowanie cennych załóg w taką wojnę byłoby nieodpowiedzialne.

Oficerowie Kriegsmarine zakładali zatem ścisłe trzymanie się prawa pryzowego. Dla wielu z nich stało się to wręcz kluczowym elementem tożsamości. Marynarka, także w oczach Niemców, miała reprezentować inne wartości niż pozostałe gałęzie Wehrmachtu. Nawet Goebbels powtarzał w dziennikach popularne porzekadło: mamy narodowo-socjalistyczne lotnictwo, pruskie wojska lądowe i cesarską marynarkę.

Powoli rozkręcająca się wojna morska od września 1939 roku pozwalała trzymać się tych złudzeń. 5 września 1939 roku, dwa dni przed kapitulacją Westerplatte, kapitan Herbert Schultze, dowodząc U48, zatopił brytyjski statek Royal Sceptre kilkaset kilometrów na północny zachód od Hiszpanii. Do zatopienia doszło jednak w sposób, który w późniejszych latach wojny wydawał się nie do pomyślenia. William L.

Shirer, amerykański korespondent w III Rzeszy, wspominał rozmowę z Schultzem. Kapitan opowiedział, jak storpedował brytyjski statek, ryzykując własną skórę, zorganizował ratunek dla rozbitków przez inną brytyjską jednostkę, Browning. Wspomniał także, że to on jako dowódca U-Boota przesłał bezczelną wiadomość radiową do Winstona Churchilla z pozycją zatopienia, aby pierwszy lord mógł uratować załogę. Brytyjczycy później potwierdzili tę historię.

Sprawa była mało krwawa jak na późniejsze standardy – zginęła tylko jedna osoba z 33 członków załogi. Wcześniej, 3 września, symboliczną pierwszą ofiarą U-Bootów w tej wojnie był statek pasażerski Athenia, pomylony przez kapitana U30 z okrętem wojennym. Śmierć 118 osób, w tym 28 Amerykanów, była dla Niemiec poważnym ciosem wizerunkowym. Już dzień później naczelne dowództwo marynarki zakazało atakowania jakichkolwiek statków pasażerskich, co jeszcze bardziej zagmatwało kwestię dozwolonych celów wojny podwodnej.

7 września Günther Prien, dowodząc U47, zaatakował brytyjski frachtowiec Gartavon. Według niemieckiej wersji wydarzeń załoga statku przed opuszczeniem szalup tak ustawiła maszynerię, aby frachtowiec staranował U-Boota. Prien zapewnił rozbitkom zaopatrzenie, ale wykluczył nadanie radiowego komunikatu o pomocy w odpowiedzi na wrogie, choć jednocześnie dość bohaterskie zachowanie załogi. Widać jednak, że w pierwszym miesiącu wojny kapitanowie U-Bootów wierzyli, iż ich celem jest niszczenie statków, a nie zabijanie ludzi.

Działało to też w drugą stronę. We wrześniu Niemcy stracili dwa U-Booty, U39 i U27, bez straty ani jednego człowieka. Wszyscy członkowie załóg wydostali się na powierzchnię i trafili do niewoli, wyłowieni przez Brytyjczyków. Pierwsze śmiertelne ofiary wśród podwodniaków Niemcy ponieśli 8 października przy utracie U12.

W podobnym czasie doszło do pierwszego zaostrzenia zasad. Od 24 września kapitanowie U-Bootów otrzymali zgodę na atakowanie wszystkich alianckich statków handlowych, które nadały sygnał alarmowy. Nadal zastrzegano jednak, że należy próbować ratować załogę. Określono też dziwne kryterium ataku na statki pasażerskie – te mające na pokładzie mniej niż 120 osób uznawano za statki transportowe i traktowano jako dozwolone cele.

Zasady te, rzecz jasna, dosłownie pływały i rozmywały się we mgle chłodnego poranka, gdy U-Booty faktycznie musiały wkraczać do akcji. Szybkie korekty niemieckich planów wojny podwodnej ujawniały potrzebę atakowania alianckich statków w regionach, gdzie akcja odwetowa, a tym samym ratunkowa, byłaby niemożliwa. W połączeniu z przedłużającą się wojną także i ta cesarska Kriegsmarine miała się radykalizować. Na przełomie listopada i grudnia dowódcy otrzymali rozkaz numer 154.

Nie ratujcie nikogo, nie zabierajcie nikogo ze sobą, nie dbajcie o żadne szalupy zatopionego statku. Warunki pogodowe i bliskość lądu nie mają żadnego znaczenia. Skupcie się wyłącznie na bezpieczeństwie własnego okrętu oraz na działaniach mających na celu jak najszybsze osiągnięcie kolejnych sukcesów. W tej wojnie musimy być bezwzględni.

Wróg rozpoczął wojnę, aby nas zniszczyć. Dlatego nic innego nie ma znaczenia. Sprawa wydawała się jasna, ale kontakt z rozbitkami utrudniał w praktyce wykonywanie tego brutalnego rozkazu. Przez właściwie cały 1940 rok takie okręty jak U23, U26, U30 czy U65 przyłapywano na zaopatrywaniu rozbitków w wodę, jedzenie i papierosy, ułatwianiu rozstawiania łodzi ratunkowych i podobnych gestach.

Nie miejmy jednak złudzeń – załogi cywilnych statków atakowanych przez U-Booty ponosiły ogromne straty. Najbardziej krwawy okazał się rok 1941, w którym straty brytyjskich marynarzy sięgały 39 procent, co było rekordem wojny. Ta faza bezradności po stronie alianckiej prowadziła do zaostrzenia metod niszczenia U-Bootów. W kluczowym roku 1942, gdy kończył się tak zwany drugi wesoły czas U-Bootów, Kriegsmarine w lipcu straciła dwanaście okrętów podwodnych.

Przeżyło ledwie siedem osób na 571 członków załóg. Zatopienie U-Boota przeżywał zaledwie jeden procent podwodniaków. Te statystyki kontrastowały z niezbyt krwawym początkiem wojny podwodnej. 27 lipca Dönitz stwierdził, że wojna podwodna stanie się ciężka.

Do tej pory alianci zdobyli doświadczenie, nowoczesne narzędzia i wiedzę o działaniu niemieckiej Enigmy. Tymczasem świeże, niesprawdzone niemieckie załogi wypływały na coraz trudniejsze dziewicze patrole w realiach kompletnie innych niż rok wcześniej. I w tej atmosferze 12 września 1942 roku ostatecznie miała wygasnąć humanitarna epoka wojny podwodnej. To właśnie 12 września na południowym Atlantyku kapitan Hartenstein, dowodzący U156, namierzył statek pasażerski wykorzystywany do transportu wojska.

Lakonia. Hartenstein podążał za ofiarą do zapadnięcia nocy i wtedy wypuścił w nią dwie torpedy. Obie sięgnęły celu. Niemiec mógł cieszyć się nielada zwycięstwem – zatopieniem jednostki o wyporności niemal 20 tysięcy ton.

Lakonia w wyniku przechyłu straciła wiele łodzi ratunkowych. Szybko stało się jasne, że nie znajdzie się w nich miejsce dla wszystkich rozbitków. Rozpętało się piekło. Hartenstein, obserwując z wynurzonego okrętu to ponure widowisko, usłyszał, że nieszczęśnicy wołają o pomoc po włosku.

Lakonia przewoziła około 2700 osób, wśród których największą grupę stanowili włoscy jeńcy – w sumie 1800 żołnierzy. Pilnowali ich między innymi polscy żandarmi. Wśród rozbitków były też kobiety i dzieci. Anglik Jim McLachlan, znajdujący się na pokładzie Lakonii, tak wspominał te wydarzenia.

Hałas był ogłuszający. Zgasły światła i zapadła niesamowita cisza, trwająca może kilka sekund. Wszyscy przepychali się, deptali i przeklinali w ciemnościach, próbując dotrzeć do schodów. McLachlan dostał się do drabiny.

Wspiął się prosto w górę jak małpa. Ludzie zaczęli podążać za nim, chwytając go za nogi, ale niektórzy spadali z powrotem w ciemność, cały czas krzycząc. Trudno było wyrwać się z uścisku tych wszystkich szponiastych rąk. W chaosie zwrócił uwagę na dziwne, gwałtowne wybuchy, niepodobne do odgłosów tonącego statku.

Jakby strzelano fajerwerkami. To była seria z broni ręcznej odbijająca się od nadbudówki. Włoscy więźniowie przedarli się na pokład, a polscy strażnicy próbowali utrzymać ich w ryzach. To było zupełnie nieoczekiwane zagrożenie.

A tymczasem państwa osi miały się całkiem nieźle. Armia pancerna Rommla czuwała pod El Alamein, a zdobycie Tobruku przykryło wcześniejsze upokorzenia w Afryce. Włoscy żołnierze służyli na froncie dońskim. Hartenstein, wbrew pozorom i wbrew nazwisku, nie miał w sobie tyle bezwzględności, aby po prostu zostawić setki rozbitków na otwartym morzu.

Wysłał zapytanie do centralnego dowództwa: co dalej? Tak rozpoczęła się wyjątkowa akcja ratunkowa. Dönitz zgodził się wysłać w ten region kolejne siedem U-Bootów, ku oporom Hitlera i Ericha Raedera, głównodowodzącego Kriegsmarine. 13 września Hartenstein z własnej inicjatywy nadał nieszyfrowany komunikat w języku angielskim.

Jeśli jakiś statek udzieli pomocy załodze zatopionej Lakonii, nie będę go atakował, pod warunkiem że sam nie zostanę zaatakowany przez okręt lub samolot. Wyłowiłem 193 ludzi. Najbliższym brytyjskim portem był Freetown w Sierra Leone, ale nie może dziwić podejrzliwość aliantów. Na prośbę Niemców z miejsca ruszyły za to okręty Francji Vichy z kolonii w Gwinei i z Dahomeju.

Ta akcja ratunkowa na wielu poziomach była wyjątkowa i kompletnie kuriozalna. Kapitanowie U-Bootów, korzystając z wielkiej odległości od Berlina, dosłownie ignorowali instrukcje płynące z najwyższego dowództwa, na przykład tę o porzuceniu łodzi ratunkowych z brytyjskimi i polskimi żołnierzami. Jim McLachlan trafił na pokład U156 i tam poznał kapitana Hartensteina. Tak opisywał podejście Niemca.

Z tymi łodziami ratunkowymi będziemy pracować na zmiany. Niektórzy z was, którzy są tutaj na okręcie podwodnym, będą na zmianę wracać do łodzi ratunkowych, aby tamci w zamar mogli wejść na pokład i odpocząć. Tak będziemy działać, dopóki nie przybędą Francuzi. Byłem pod ogromnym wrażeniem.

Naprawdę troszczył się o dobro ludzi w łodziach, nawet wrogów. Wiedział, że są wśród nich kobiety i dzieci narażone na działanie żywiołów. W koszmarnym galimatiasie komunikacyjnym ważyły się losy setek rozbitków. Brytyjczycy w końcu ostrożnie zdecydowali o przygotowaniu do akcji ratunkowej statku Empire Haven.

Tak się złożyło, że niedaleko, na wyspie Wniebowstąpienia, stacjonowały już niewielkie amerykańskie siły lotnicze. To stamtąd, dla eskorty Empire Haven, miał polecieć na miejsce zatopienia Lakonii jeden B-24 Liberator. 16 września załoga bombowca zauważyła dziwny obrazek – wynurzony U-Boot z mostkiem przykrytym flagą Czerwonego Krzyża, holujący cztery wypełnione po brzegi łodzie ratunkowe. Kapitan samolotu zdębiał, odleciał na bezpieczną odległość i poprosił o instrukcję.

W odpowiedzi otrzymał komunikat: zatopić okręt podwodny. Liberator zrzucił między innymi dwie bomby, które wywróciły kilka szalup i uszkodziły U156. Jim McLachlan wspominał: nie mogłem uwierzyć w to, co się działo. Potem nastąpił kolejny wybuch, a okręt podwodny znów podskoczył i zatrząsł się.

W uszach mu dzwoniło, a strach niemal go dusił. Bombardowano nas. Raus, raus! – zaczęli krzyczeć Niemcy.

Załoga popychała rozbitków po drabinie wewnątrz wieży dowodzenia. McLachlan nie mógł szybko się poruszać z powodu bólu w nodze, ale jakoś dotarł na górę. Tam stał Hartenstein. Nie mogę narażać okrętu – powiedział.

Rzeczywiście miał dość. Usunął z pokładu wszystkich rozbitków, pozostawił łodzie ratunkowe i oddalił się. Wszyscy biorący udział w tej akcji ratunkowej wcześniej czy później budzili się z koszmarów. Francuzom udało się uratować część rozbitków i usłyszeli od Włochów o barbarzyństwie aliantów, którzy świadomie mieli nie wypuścić z ładowni setek jeńców, przez co poszli na dno razem z Lakonią, a później zaatakowali U-Booty starające się zsynchronizować akcję ratunkową.

Francuzi ostatecznie wyłowili około tysiąca osób, w większości Brytyjczyków, ale też 373 Włochów i 70 Polaków. W tym czasie Amerykanie rozkręcili polowanie na zauważone U-Booty. Narzekania niemieckich dowódców, z których część ledwo uszła z życiem, zostały ucięte komunikatem Karla Dönitza. Podjęcie akcji było błędem.

Okręt został wysłany, by ratować włoskich sojuszników, a nie Anglików i Polaków. W samym środku brutalnego konfliktu niemieckie dowództwo musiało zatem przypominać to, co wydaje się oczywistością. Znając historię ataków na statki handlowe w latach 1941 i 1942, może szokować ten nagły przypływ humanitaryzmu u kapitanów U-Bootów. Przecież odpowiadali już za dziesiątki tysięcy ofiar cywilnych i wojskowych.

A jednak część z nich operowała w dość bezosobowej wojnie, w której sukcesy mierzono tonami wyporności, a nie liczbą zabitych. Wrzesień 1942 roku przypominał o prawdziwym koszcie każdej celnej torpedy. Przekrój ofiar na pokładzie Lakonii musiał budzić konsternację. Kobiety, dzieci, Brytyjczycy, Polacy, Włosi.

Nic dziwnego, że właśnie losy Lakonii stały się pretekstem dla Dönitza do podkreślenia zasad prowadzenia wojny podwodnej. 17 września 1942 roku rozesłał rozkaz, który z czasem stał się znany jako Laakonia-Befehl. Należało zaniechać wszelkich prób ratowania załóg zatopionych statków, wyławiania ludzi pływających w wodzie i umieszczania ich w łodziach ratunkowych, stawiania przewróconych szalup oraz przekazywania rozbitkom żywności i wody. Ratunek ten był sprzeczny z elementarnymi zasadami wojny nakazującymi niszczenie nieprzyjacielskich statków i ich załóg.

Ratowanie rozbitków mogło mieć miejsce tylko wtedy, gdy ich zeznania mogły być ważne dla U-Boota. Bądźcie twardzi, pamiętając, że nieprzyjaciel nie troszczy się o kobiety i dzieci w atakach bombowych na niemieckie miasta. Z niemieckiej, skrzywionej perspektywy był to całkiem mocny argument, choć fałszywy, bo to Niemcy wywołali wojnę i zabijali cywilów od 1 września. Kapitanowie U-Bootów mimo wszystko długo żyli w swoim świecie i potrafili trzymać się niepisanych zasad.

W rozkazie o Lakonii Dönitz właściwie nie powiedział nic nowego w porównaniu z rozkazem 154. Jednak konieczność powtórzenia tych instrukcji jest najlepszym dowodem, że przez te niecałe trzy lata kapitanowie po prostu nie chcieli ich wykonywać w stu procentach. Przypadek Lakonii stał się pretekstem do odnalezienia w sobie nowego fanatyzmu. Nie chodziło już tylko o zatapianie okrętów, ale o zabijanie wrogich marynarzy.

To wtedy Niemcy coraz wyraźniej zdawali sobie sprawę, że dotychczasowe sukcesy wojny podwodnej nie zdołały zagłodzić Wielkiej Brytanii ani pozbawić zaopatrzenia Związku Radzieckiego, a wkrótce nie zatrzymają lądowania aliantów w Afryce Północnej. Niemieckie załogi U-Bootów ruszały do boju coraz gorzej przygotowane, a wojna podwodna w Berlinie odbierana była jako wojna totalna, w której przejmowanie się rozbitkami stanowi przykład niepoważnej dziecinady. 28 września 1942 roku w kancelarii Rzeszy doszło do spotkania Hitlera z admirałami. Karl Dönitz później przytaczał sedno rozmowy.

Führer zwrócił uwagę, że na niekorzyść Niemiec przemawia fakt, iż duży procent załóg zatopionych statków może ponownie wypłynąć na morze na nowych jednostkach. Od tej pory wielu kapitanów U-Bootów stawało przed dylematem, czy rozkaz o Lakonii mówi tylko o nieratowaniu rozbitków, czy może również o ich zabijaniu. W grudniu Niemcy szacowali, że dotychczasowe działania doprowadziły do śmierci około 63 tysięcy cywilnych marynarzy aliantów z puli około 190 tysięcy. Obie liczby nie pasowały jednak do rzeczywistości.

Straty wynosiły raczej około 50 tysięcy ludzi, a handlowa flota aliantów, zwłaszcza po dołączeniu Amerykanów do wojny, była ponad dwukrotnie większa, niż zakładali Niemcy. Te kalkulacje zweryfikowano w kwietniu 1943 roku, kiedy wywiad Kriegsmarine przechwycił brytyjski raport, w którym Brytyjczycy szacowali, że 87 procent załóg przeżywa zatopienie statku handlowego. Ta sama komórka wywiadu podkreślała jednak, że rozkaz podejmowania działań przeciwko łodziom ratunkowym i dryfującym rozbitkom jest z powodów psychologicznych nie do przyjęcia dla załóg okrętów podwodnych, ponieważ stoi w sprzeczności z najgłębszymi przekonaniami wszystkich marynarzy. Takie działania, o których wieść szybko się rozniesie, sprowadzą na podwodniaków najsurowsze represje ze strony wroga, zarówno teraz, jak i w przyszłości, gdy znajdą się w jego rękach.

Nieodpowiedzialne jest podejmowanie działań o wątpliwej skuteczności, które niosą najpoważniejsze konsekwencje. Pięknie ujęte i bardzo logiczne, ale nowe pokolenie marynarzy i oficerów mogło być lepiej przygotowane przez nazizm do wykonywania nawet niepisanych rozkazów. Kapitan Karl-Heinz Moehle jeszcze w lutym 1945 roku przekazywał nowym dowódcom U-Bootów bardziej brutalne interpretacje Laakonia-Befehl. Być może właśnie takie instrukcje doprowadziły kapitana Heinza-Wilhelma Ecka z U852 do ostrzelania marynarzy z zatopionego statku Peleus.

Przeżyły tylko trzy osoby, które później stały się świadkami w kluczowym powojennym procesie. Eck za tę zbrodnię został skazany na karę śmierci. Do dziś losy Peleusa uznawane są za jedyny pewny przypadek tak jawnego pogwałcenia zasad wojny morskiej po stronie niemieckiej. Może to świadczyć o tym, że etos marynarski potrafił przetrwać nawet w tak brutalnej wojnie.

Tak jak łatwo było rozkręcić spiralę przemocy, tak czasem pozornie nielogiczne humanitarne gesty miały długofalowy efekt. Co działo się w głowach Anglików, gdy poznali historię osoby, która przeżyła zatopienie Lakonii? Podano nam gorącą herbatę i kawę, czarny chleb z masłem, sucharki i dżem. Niemieccy oficerowie oddali nam swoje koje, a wielu członków załogi oddało swoje naszym ludziom i Włochom.

Niemcy przez cały czas traktowali nas z życzliwością i szacunkiem. Naprawdę współczuli nam z powodu naszej trudnej sytuacji. Ile niemieckich rozbitków przeżyło dzięki takiemu postrzeganiu honorowej wojny morskiej? Wspólnota losów ludzi służących na morzu domyka się tutaj symbolicznie.

U156 Hartensteina został zatopiony 8 marca 1943 roku przez Amerykanów. Załoga amerykańskiego bombowca zrobiła porażające zdjęcie lotnicze kilku Niemców na niewielkiej tratwie na tle bezkresnego oceanu. Na pomoc rozbitkom wysłano niszczyciel USS Barney, bezskutecznie. Dopiero 12 marca odwołano operację ratunkową.

Ten gest trzeba odnotować, nawet jeśli nie przyniósł efektu. Losy U515, od których zaczynaliśmy, dopełniają obrazu. Okręt został uszkodzony 9 kwietnia 1944 roku. Spośród 60 osób przeżyły 44, wyłowione przez alianckie niszczyciele.

Wrażenie robi to, że w realiach tak brutalnej wojny okazywano jakiekolwiek względy. Być może sama trudność służby na morzu, wizja śmierci w głębinach, uwięzienia w kadłubie czy dryfowania na tratwie po otwartym oceanie pomagały obu stronom zachować się w miarę możliwości po ludzku. Określanie zasad wojny podwodnej nie było jedynie utopijną mrzonką. Sami podwodniacy tego brutalnego nazistowskiego reżimu długo wierzyli, że mogą prowadzić wojnę przeciwko sprzętowi i tonom wyporności, a nie przeciwko ludziom.

Echa akcji ratunkowej Lakonii mogły utwardzać stanowisko niemieckiego dowództwa, ale też udowadniały, że wcześniejszy rozkaz 154 po prostu nie był w pełni przestrzegany. Na Pacyfiku sprawy wyglądały jednak nieco inaczej, ale to temat na inną opowieść.