O świcie zadzwonił telefon. Numer zastrzeżony. W słuchawce usłyszałam głos mojego syna, komisarza policji kryminalnej: „Mamo, mamy dwa ciała Nowaka. Ten sam człowiek, ta sama godzina śmierci, dwa…

O świcie zadzwonił telefon. Numer zastrzeżony. W słuchawce usłyszałam głos mojego syna, komisarza policji kryminalnej: „Mamo, mamy dwa ciała Nowaka. Ten sam człowiek, ta sama godzina śmierci, dwa...

Telefon zadzwonił o 5:17 nad ranem. Nie miałam wątpliwości, że to nie może być nic dobrego – zwłaszcza dla emerytowanej prokuratorki w październiku, miesiącu, który zawsze przynosił mi kłopoty. – Kowalska – powiedziałam odruchowo do słuchawki. – Mamo, to ja.

Thumbnail

Głos Adama brzmiał napięto, oficjalnie. Od razu wiedziałam, że mój syn nie dzwoni jako syn, ale jako komisarz policji kryminalnej. – Coś się stało? – zapytałam, siadając na łóżku.

– Nowak nie żyje. Serce zabiło mi szybciej. Andrzej Nowak. Biznesmen, były polityk, człowiek, którego przez całą karierę próbowałam wsadzić za kratki – bezskutecznie.

– Kiedy? Jak? – To skomplikowane, mamo. Jestem na miejscu zbrodni w jego willi na Wilanowie.

Dostałem właśnie telefon od Magdy. Ona jest w hotelu Marriott. – Innego ciała? – zapytałam, bo coś w jego głosie mówiło mi, że to dopiero początek.

– Mamo, mamy dwa ciała Nowaka. Dwa identyczne ciała w dwóch różnych miejscach, o tej samej porze. Zamarłam z papierosem w połowie drogi do ust. To było niemożliwe.

A jednak Adam mówił dalej, szybko, jakby sam nie wierzył w słowa, które wypowiadał. Ten sam człowiek, ta sama godzina śmierci według wstępnych oględzin. Poprosił, żebym włączyła telewizor – za chwilę miało być w wiadomościach. I było.

Prezenterka potwierdziła śmierć Nowaka w jego rezydencji na Wilanowie. O drugim ciele nie wspomniała ani słowem. – Nie podają informacji o drugim ciele – powiedziałam do Adama, który wciąż był na linii. – I nie podadzą, dopóki nie zrozumiemy, co się dzieje.

Mamo, potrzebuję twojej pomocy. Te słowa zaskoczyły mnie bardziej niż cała reszta. Adam nigdy nie prosił mnie o pomoc w pracy. Zawsze udowadniał, że radzi sobie sam, bez wsparcia słynnej matki.

– Byłaś ostatnią prokuratorką, która prowadziła sprawę przeciwko Nowakowi. Znałaś go lepiej niż ktokolwiek inny. Masz w domu kopię akt, notatki – wszystko to, czego nie mogłaś oficjalnie zachować. Spojrzałam na drzwi do gabinetu, gdzie w starym sejfie trzymałam dokumenty, które oficjalnie nie istniały.

Moja prywatna obsesja. Sprawa, która nie dawała mi spać po nocach, która wracała w snach, która stała się moim cieniem. – Przyjadę do ciebie, jak tylko się stąd wyrwę – dodał Adam. – I mamo, nikomu ani słowa, nawet Magdzie.

Jeszcze nie wiemy, komu możemy ufać. Połączenie zostało przerwane. Wstałam i podeszłam do okna. Warszawa budziła się do życia.

Miasto, które zmieniło się nie do poznania od czasów mojej młodości. Ale niektóre rzeczy nigdy się nie zmieniają. Zbrodnia, korupcja, tajemnice. Usiadłam przy starym dębowym biurku w gabinecie, z kluczykiem do sejfu ukrytego za obrazem Warszawy z lat 70.

Wewnątrz, starannie ułożone, leżały dokumenty, które zbierałam przez lata. Oficjalne akta sprawy przeciwko Nowakowi zostały dawno zniszczone albo zniknęły w archiwach. Te były moje prywatne kopie, notatki, materiały, które nigdy nie trafiły do sądu. Moja osobista obsesja.

Wyciągnęłam pożółkłą teczkę z napisem „Prywatyzacja FW 1993”. Fabryka Wyrobów Łódzkich – niegdyś duma polskiego przemysłu włókienniczego, zatrudniająca tysiące pracowników. Po upadku komunizmu, jak wiele państwowych zakładów, miała przejść w prywatne ręce. I wtedy pojawił się Nowak.

Pamiętam to lato doskonale. Byłam wtedy czterdziestolatką, prokuratorem z dziesięcioletnim stażem, świeżo awansowaną do wydziału przestępstw gospodarczych. Dostałam sprawę, która miała być rutynowa. Zwykłe postępowanie sprawdzające prawidłowość procesu prywatyzacyjnego.

Nikt nie spodziewał się, że odkryję to, co odkryłam. Pierwsze podejrzenia pojawiły się, gdy ustaliłam, że wartość fabryki została zaniżona o siedemdziesiąt procent. Majątek warty miliony wyceniono na grosze. Potem wyszły na jaw dziesiątki fikcyjnych faktur za usługi konsultingowe, które miały uzasadnić wyprowadzenie pieniędzy tuż przed prywatyzacją.

I wreszcie lista pracowników Nowatexu – firmy Nowaka. Trzy nazwiska przykuły moją uwagę. Trzy nazwiska, które znałam z zupełnie innego kontekstu. W teczce znalazłam kserokopię, ledwo czytelną, z pieczątką „tajne” przekreśloną czerwonym długopisem.

Lista funkcjonariuszy SB z wydziału gospodarczego z 1986 roku. A na niej – trzy nazwiska z Nowatexu. Byli funkcjonariusze służb specjalnych PRL, którzy nagle stali się ekspertami od zarządzania przedsiębiorstwem. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że weszłam na pole minowe.

Nie rozumiałam, w co się wpakowałam. W sierpniu 1993 roku zdecydowałam się postawić zarzuty Nowakowi i jego wspólnikom. W teczce miałam protokoły przesłuchań świadków, którzy potem wycofywali zeznania, opinie biegłych, które znikały z akt, analizy finansowe wskazujące na wyprowadzenie ponad dwudziestu milionów dolarów. I zdjęcie, małe, niewyraźne, zrobione z ukrycia – Nowak wchodzący do eleganckiej restauracji Bristol z mężczyzną, którego rozpoznałam jako wiceministra przekształceń własnościowych.

Henryk, mój mąż, ostrzegał mnie:

– Janina, odpuść. Ci ludzie mają plecy. Nie słuchałam. Byłam zbyt pewna siebie, zbyt przekonana o swojej misji.

Myślałam, że prawo jest po mojej stronie. Jak bardzo się myliłam. We wrześniu 1993 roku dostałam pierwszy telefon. Męski głos, spokojny, rzeczowy:

– Pani prokurator, czy wie pani, że Adaś wraca sam ze szkoły o 15:30?

Potem były kolejne – o Magdzie, o Henryku, o moich rodzicach w Krakowie. Nigdy ich nie zgłosiłam. Wierzyłam, że to tylko zastraszanie. W październiku z akt zniknęły kluczowe dokumenty.

Świadkowie wycofywali zeznania. Biegli zmieniali opinie. Zostałam wezwana do prokuratora wojewódzkiego:

– Kowalska, to ślepa uliczka. Odpuść.

Nie odpuściłam. A potem przyszedł listopad i wypadek Henryka. Samochód, który zjechał z drogi na trasie do Płocka. Policja uznała, że zasnął za kierownicą.

Nigdy w to nie wierzyłam. Henryk nigdy nie prowadził zmęczony. Nigdy nie udowodniłam, że to nie był przypadek, ale od tamtej pory moja walka z Nowakiem stała się osobista. W 1995 roku sprawę umorzono z braku dowodów.

Andrzej Nowak został doradcą ministra gospodarki. A ja zostałam z poczuciem porażki, z podejrzeniami, których nigdy nie mogłam udowodnić, i z pustym miejscem przy stole, gdzie kiedyś siedział Henryk. Zamknęłam teczkę i odłożyłam ją na biurko. Dziwne uczucie – jakby te wszystkie lata nie minęły.

Jakby to było wczoraj. Teraz rozumiałam, dlaczego telefon od Adama tak mną wstrząsnął. To nie był tylko zawodowy interes. To była osobista wendeta – szansa, by wreszcie rozwikłać tajemnicę człowieka, który zniszczył moje życie.

Dzwonek do drzwi przerwał moje rozmyślania. Spojrzałam na zegarek – 11:20. Za wcześnie na Adama. Przez wizjer zobaczyłam kobietę, której nie widziałam od lat.

Elżbieta Morawska, była funkcjonariuszka UOP, która kiedyś dostarczyła mi informacje o przeszłości Nowaka. – Słyszałaś wiadomości? – zapytała bez przywitania, wchodząc do środka. – Tak, ale nie wiem wszystkiego.

– Wiem więcej, niż myślisz. To, co się stało z Nowakiem, to dopiero początek. Zgodziliśmy się spotkać w restauracji Pod Bazyliszkiem na Starym Mieście – naszym rodzinnym miejscu od lat. Adam zjawił się pierwszy, punktualnie o 13:00.

Widać było, że nie spał całą noc – podkrążone oczy, napięte rysy twarzy. – Magda się spóźni. Ciągle jest w laboratorium. Zamówiłam żurek i pierogi.

Adam uśmiechnął się lekko, ale uśmiech nie sięgnął jego oczu. – Co wiesz? – zapytał cicho, rozglądając się dyskretnie. – Mniej niż ty, jak podejrzewam.

Oficjalnie wiem tylko to, co było w wiadomościach. Nieoficjalnie – wiem, że jego ciało znaleziono również w hotelu Marriott i że obaj Nowakowie są identyczni. Adam skinął głową. – Co jeszcze pamiętasz o Nowaku z czasów śledztwa?

– Nowak miał powiązania ze służbami. Najpierw z SB, potem z UOP. Chronił go ktoś z najwyższych szczebli władzy. To dlatego sprawa została umorzona.

– Myślisz, że jego śmierć ma związek z tamtymi wydarzeniami? – Dobre pytanie. Nad tym właśnie rozmyślałam od rana. Piętnaście lat to dużo czasu.

Większość ludzi zaangażowanych w sprawę już nie żyje albo jest na emeryturze jak ja. Ale pieniądze, które zniknęły…

W drzwiach restauracji pojawiła się znajoma sylwetka. Magda, moja córka, antropolożka sądowa. Trzydzieści pięć lat, ciemne włosy związane w niedbały kucyk, okulary w grubych oprawkach.

Była tak podobna do mnie z młodości, że czasem bolało na nią patrzeć. Ta sama determinacja, ta sama pasja do sprawiedliwości i to samo przekonanie, że prawda jest ważniejsza niż bezpieczeństwo. – Przepraszam za spóźnienie – powiedziała, całując mnie w policzek. – Laboratorium.

Wiecie, jak jest. Kelnerka przyniosła zamówienie. Żurek w chlebie, talerz pierogów ruskich, karafka wody. Zapach przywołał wspomnienia niezliczonych rodzinnych posiłków.

– Mamo – zaczęła Magda, nalewając sobie wody. – Adam powiedział, że rozmawiałyście o Nowaku. Muszę wiedzieć, czy w swoich badaniach kiedykolwiek natknęłaś się na coś nietypowego w jego życiorysie. Coś mi mówiło, że to pytanie nie jest przypadkowe.

– Co masz na myśli? Adam i Magda wymienili spojrzenia. Ta ich cicha komunikacja, wypracowana w dzieciństwie, zawsze działała na mnie jak płachta na byka. – Mamo – Adam odchrząknął.

– To, co teraz powiemy, jest objęte ścisłą tajemnicą śledztwa. – Rozumiem. Nie jestem już prokuratorem, ale wciąż pamiętam zasady. Magda nachyliła się nad stołem i ściszyła głos do szeptu:

– Badałam oba ciała.

Są identyczne. Nie podobne – identyczne. Ten sam wzrost, waga, grupa krwi, odciski palców, nawet blizna po wyrostku, nawet znamię na plecach w kształcie Polski. – To niemożliwe – wyszeptałam.

– A jednak – dodał Adam. – Dwa identyczne ciała, dwa identyczne DNA. Ale jest coś jeszcze, mamo. Czekałam, nie dotykając jedzenia, które stygło przede mną.

Za oknem niebo nagle pociemniało, jakby nadciągała burza. – W kieszeni jednego z Nowaków znaleźliśmy zdjęcie – powiedział Adam. – Stare, z lat osiemdziesiątych. Przedstawia trzech mężczyzn w mundurach wojskowych.

Jeden z nich to młody Nowak. Drugi to jego brat bliźniak, o którym nie ma wzmianki w żadnych oficjalnych dokumentach. A trzeci…

– Trzecim jest ojciec – dokończyła Magda, patrząc mi prosto w oczy. Moja łyżka z brzękiem upadła na stół.

Poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy. – To niemożliwe – wyszeptałam. – Henryk był w jednostce wojskowej w Rembertowie w latach 1988-89 – powiedział Adam. – Specjalna sekcja badań naukowych.

Żadnych dokumentów, żadnych śladów w oficjalnych aktach. Ale był tam, mamo. Z Nowakiem i z jego bratem. Świat wokół mnie wirował.

To nie mogła być prawda. Henryk, mój mąż, ojciec moich dzieci, człowiek, którego kochałam przez trzydzieści lat – zaangażowany w cokolwiek z Nowakiem? Z człowiekiem, którego ścigałam? Z człowiekiem, którego podejrzewałam o spowodowanie wypadku Henryka?

– Skąd – mój głos załamał się – skąd to wiecie? Magda wyciągnęła telefon i pokazała mi zdjęcie. Trzech młodych mężczyzn w wojskowych mundurach bez dystynkcji. Po lewej Nowak, łatwy do rozpoznania mimo młodego wieku.

Ten sam ostry profil, te same zimne oczy. W środku mężczyzna łudząco podobny do Nowaka – zapewne jego bliźniak. A po prawej Henryk. Młody, uśmiechnięty, z ręką na ramieniu Nowaka.

Jak przyjaciele. Jak bliscy współpracownicy. – W tle widać fragment budynku – powiedział Adam. – Udało nam się ustalić, że to Instytut Badawczy w Rembertowie.

Oficjalnie zajmowali się tam technologiami medycznymi dla wojska. Nieoficjalnie… eksperymenty genetyczne. – Mamo, to, co znaleźliśmy w ciałach Nowaka, wykracza poza współczesną naukę – dokończyła Magda. – To nie są naturalni bliźniacy.

To coś innego. Wpatrywałam się w zdjęcie, czując, jak fundamenty mojego świata pękają. Wszystko, w co wierzyłam. Wszystko, co myślałam, że wiem o swoim mężu, o sprawie, która zniszczyła moją karierę.

Wszystko to mogło być kłamstwem. – Dlaczego mi nie powiedziałeś? – szepnęłam, nie do dzieci, ale do Henryka, którego już nie było. – Dlaczego zabrałeś te tajemnice do grobu?

– Jest jeszcze coś – powiedział Adam, wyrywając mnie z zamyślenia. – Ktoś włamał się do bazy danych policji. Usunięto wszelkie informacje o drugim ciele. Oficjalnie badamy tylko jedno miejsce zbrodni – willę na Wilanowie.

Hotel Marriott to teraz zwykłe samobójstwo, niepowiązane z Nowakiem. – Ktoś sprząta – powiedziałam, czując znajome mrowienie na karku. To samo, które czułam piętnaście lat temu, gdy zaczynałam rozumieć, z czym mam do czynienia. – Ktoś nie chce, żeby ta historia wyszła na jaw – dodała Magda.

– Ktoś ma dostęp do policyjnych systemów, do laboratorium, do akt, do wszystkiego. Popatrzyłam na swoje dzieci, na ich twarze tak podobne do mojej i Henryka, na ich oczy pełne pytań. I podjęłam decyzję. – Musimy znaleźć prawdę – powiedziałam cicho.

– Dla Henryka. Dla nas. Dla wszystkich, którzy przez lata byli okłamywani. – Mamo, musisz to zobaczyć na własne oczy – powiedział Adam, prowadząc samochód przez zatłoczone ulice Warszawy.

Milczałam, wpatrując się w krople deszczu spływające po szybie. Szarość dnia idealnie pasowała do mojego nastroju. Odkrycie, że Henryk mógł być zaangażowany w tajny projekt z Nowakiem, było jak uderzenie w twarz. Czy kiedykolwiek naprawdę znamy osoby, które kochamy?

Samochód zatrzymał się przed niepozornym budynkiem niedaleko Placu Unii Lubelskiej. Szara bryła bez charakteru, jakich pełno w Warszawie. Nikt nie zwróciłby na nią uwagi. I o to chodziło.

– Archiwum IPN? – zapytałam, gdy Adam wyciągnął przepustkę. – Specjalna sekcja. Dokumenty, które oficjalnie nie istnieją.

Weszliśmy bocznym wejściem. Korytarz, winda, kolejny korytarz. Drzwi zabezpieczone czytnikiem kart. Metaliczne kliknięcie.

Podziemne archiwum było ogromne – rzędy regałów ciągnące się w półmroku, chłodne, sterylne powietrze i zapach starego papieru. Świat zatrzymany w czasie, zahibernowany, czekający na odkrycie. – Jak znalazłeś to miejsce? – zapytałam, gdy prowadził mnie między regałami.

– Przypadek. Albo przeznaczenie. Po znalezieniu zdjęcia zacząłem szukać informacji o jednostce w Rembertowie. Trafiłem na wzmiankę o tajnym projekcie o kryptonimie „Lustro” i na nazwisko ojca.

Zatrzymał się przed metalową szafką z numerem 1721. Wyciągnął klucz i otworzył ją. Wewnątrz znajdowała się pojedyncza niebieska teczka z pieczątką „ściśle tajne”. – To wszystko, co zostało – powiedział, kładąc teczkę na pobliskim stole.

– Reszta została zniszczona w 1989 roku podczas transformacji, wywieziona do Moskwy albo ukryta gdzieś indziej. Otworzyłam teczkę drżącymi rękami. Na pierwszej stronie widniało logo Wojskowego Instytutu Medycznego i napis: „Projekt Lustro. Raport końcowy 1984”.

Pod spodem lista nazwisk uczestników projektu. I tam, czarno na białym, nazwisko mojego męża: „Doktor Henryk Kowalski, specjalista genetyki molekularnej”. Henryk – genetyk. Znałam go jako inżyniera elektronika.

Czy to możliwe, że przez całe nasze małżeństwo ukrywał przede mną swoją prawdziwą profesję, swoją przeszłość? – Przewróć stronę – powiedział cicho Adam. Na drugiej stronie znajdowało się zdjęcie dwóch mężczyzn w białych fartuchach laboratoryjnych. Identycznych mężczyzn.

Pod spodem podpis: „Obiekty A1 i A2. Bracia Nowak. Stan na 17. 06.

1984”. – Bliźniacy – wyszeptałam. – Nie do końca – Adam wskazał na notatkę pod zdjęciem. – Przeczytaj.

„Obiekt A2 (Aleksander Nowak) wykazuje 100% zgodności genetycznej z obiektem A1 (Andrzej Nowak). Mimo braku naturalnego pokrewieństwa bliźniaczego, eksperyment należy uznać za sukces. ”

– Co to znaczy? – zapytałam, czując suchość w ustach.

– Jeśli nie byli naturalnymi bliźniakami, to… klonowanie? W 1984 roku? To niemożliwe nawet teraz. – Spójrz na kolejne strony – przerwał mi Adam.

Przewróciłam kartkę. Szczegółowy opis procedury, pełen specjalistycznych terminów z dziedziny genetyki i embriologii. Ale jeden akapit był podkreślony czerwonym długopisem:

„Obiekt A2 został stworzony z materiału genetycznego obiektu A1 przy użyciu zmodyfikowanej techniki transferu jądrowego. Celem było uzyskanie genetycznej kopii o pełnej zgodności tkanek przy zachowaniu odrębnej świadomości.

W przeciwieństwie do wcześniejszych prób, gdzie obiekty wykazywały znaczące deficyty poznawcze lub skróconą żywotność, obiekt A2 funkcjonuje prawidłowo. Prognozowana długość życia: normalna. ”

Pod spodem dopisek ręczny: „Henryk miał rację. Metoda działa.

Przez długą chwilę żadne z nas nie odezwało się ani słowem. Na ostatniej stronie teczki znajdowała się lista. Nazwiska i daty: obiekt A2 – A. Nowak, 1984; obiekt B1 – J.

Wiśniewski, 1985; i kolejne aż do 1989 roku. Osiem nazwisk. Osiem eksperymentów. – Stworzyli więcej takich kopii?

– zapytałam. – Wygląda na to, że tak – Adam zamknął teczkę. – Ale co się z nimi stało? Gdzie są teraz?

I dlaczego po tylu latach dwa ciała Nowaka pojawiają się w tym samym czasie? – Henryk musiał wiedzieć, że kiedyś to odkryję – powiedziałam cicho. – Musiał wiedzieć, że będę drążyć sprawę Nowaka do końca. – Myślisz, że dlatego… – Adam zawahał się.

– Dlatego zginął – dokończyłam za niego. – Nie wiem. Ale zamierzam się dowiedzieć. Tej nocy telefon zadzwonił o czwartej nad ranem.

Numer zastrzeżony. – Kowalska – powiedziałam, próbując ukryć zmęczenie w głosie. – Janina, musisz wyjechać z Warszawy. Teraz – głos Elżbiety Morawskiej brzmiał napięto, pozbawiony typowej dla niej pewności siebie.

– Spotkajmy się w Zakopanem. Moja chata na Gubałówce. Przyjdź sama. – Elżbieta, o co chodzi?

Połączenie zostało przerwane. Znasz to uczucie, gdy budzisz się w środku nocy i wiesz, że coś jest nie tak? Adrenalina krąży w żyłach, zmysły są wyostrzone, instynkt podpowiada, żeby uciekać. Właśnie to czułam, pakując w pośpiechu małą torbę: kilka ubrań, szczoteczkę do zębów, paszport, gotówkę i zdjęcie Henryka, które zawsze nosiłam przy sobie.

Nie powiedziałam Adamowi i Magdzie, dokąd jadę. Zostawiłam tylko krótką wiadomość: „Muszę coś sprawdzić. Odezwę się. Bądźcie ostrożni.

Pociąg do Zakopanego odjechał o szóstej rano. Przez okno obserwowałam, jak Warszawa znika w szarości poranka, ustępując miejsca pokrytym szronem polom i lasom. Im dalej na południe, tym więcej było śniegu. Gdy dotarliśmy do podnóża Tatr, świat był już całkiem biały.

Chata Elżbiety stała na uboczu, otoczona sosnami uginającymi się pod ciężarem śniegu. Drewniana, niewielka, z kamiennym kominem, z którego unosił się dym. Elżbieta otworzyła drzwi, zanim zdążyłam zapukać. Sześćdziesięcioletnia kobieta o szarych włosach i ostrych rysach twarzy – kiedyś jedna z najlepszych agentek wywiadu, teraz na emeryturze.

Przynajmniej oficjalnie. – Wejdź szybko – powiedziała, rozglądając się nerwowo. – Mamy mało czasu. Wnętrze chaty było przytulne: drewniane ściany, stary kominek, w którym trzaskał ogień.

Na stole leżały dokumenty i laptop. – Wiedzą, że znaleźliście teczki – powiedziała Elżbieta, nalewając herbatę do dwóch kubków. – Wiedzą, że odkryliście projekt „Lustro”. – Kto wie?

– Ludzie, którzy nigdy naprawdę nie odeszli. Byli agenci, byli wojskowi, byli politycy. Ludzie, którzy mają zbyt wiele do stracenia, jeśli prawda wyjdzie na jaw. – Co to za prawda?

– zapytałam, choć część mnie bała się odpowiedzi. Elżbieta otworzyła laptopa i pokazała mi zdjęcie. To samo, które widziałam w archiwum: Henryk, Andrzej Nowak i jego bliźniak. Ale teraz było więcej.

Cała seria zdjęć przedstawiających laboratorium, sprzęt, próbki w szklanych pojemnikach. – Projekt „Lustro” nie był zwykłym eksperymentem – powiedziała cicho. – To był przełom, o którym świat nie był gotów usłyszeć. Twój mąż i zespół naukowców odkryli sposób na tworzenie idealnych kopii ludzi.

Nie klonów w tradycyjnym rozumieniu, ale dokładnych duplikatów z pamięcią, osobowością, wszystkim. – To niemożliwe – wyszeptałam, choć dwa identyczne ciała Nowaka przeczyły moim słowom. – W 1984 roku było niemożliwe. A jednak zrobili to, przy użyciu technologii, której do dziś nikt nie powtórzył.

– Dlaczego Henryk nigdy mi nie powiedział? – Bo obiecał milczeć – odpowiedziała Elżbieta, przeglądając kolejne dokumenty. – Wszyscy złożyli taką przysięgę. Ale teraz, gdy Nowak nie żyje – obie jego wersje – ktoś postanowił zatrzeć ślady.

– Obie jego wersje – powtórzyłam, czując, jak zimny dreszcz przebiega mi po plecach. – Andrzej i Aleksander. Bliźniacy, którzy nie byli bliźniakami. Elżbieta spojrzała mi prosto w oczy:

– A co, jeśli powiem ci, że jeden z nich wciąż żyje?

Wróciłam z Zakopanego następnego dnia z głową pełną pytań i teczką dokumentów od Elżbiety. Nie spodziewałam się, że moje dzieci również nie próżnowały. Adam i Magda czekali na mnie w mieszkaniu, podekscytowani jak wtedy, gdy byli nastolatkami i odkryli coś, czym koniecznie chcieli się pochwalić. – Znaleźliśmy coś, mamo – powiedział Adam, gdy tylko przekroczyłam próg.

– Współrzędne. – Współrzędne? – powtórzyłam, ściągając płaszcz pokryty topniejącym śniegiem. – W dokumentach z archiwum – wyjaśniła Magda.

– Na marginesie jednej ze stron Henryk zapisał ciąg liczb. To współrzędne GPS. Prowadzą do Puszczy Kampinowskiej. Dwie godziny później jechaliśmy leśną drogą, coraz głębiej w puszczę.

Marcowe słońce przebijało się przez nagie gałęzie drzew, tworząc na śniegu fantastyczne wzory. Dla przypadkowego obserwatora wyglądalibyśmy jak rodzina na niedzielnej wycieczce. Ale nasza wyprawa była daleka od rekreacyjnej. – Tutaj – powiedział Adam, zatrzymując samochód na małej polanie.

– Stąd musimy iść pieszo. Szliśmy w milczeniu, każde zatopione we własnych myślach. Ja zastanawiałam się, co naprawdę robił Henryk w tamtych latach, gdy mówił, że wyjeżdża w delegacje. Czy kiedykolwiek naprawdę go znałam?

Po dwudziestu minutach marszu dotarliśmy do miejsca, które na pierwszy rzut oka wyglądało jak niewielkie wzniesienie porośnięte krzakami i młodymi sosnami. Dopiero gdy podeszliśmy bliżej, dostrzegliśmy metalowe drzwi, prawie całkowicie zasypane ziemią i igliwiem. – Bunkier? – zapytałam, czując, jak serce bije mi szybciej.

– Raczej wejście do podziemnego kompleksu – odparł Adam, odgarniając ziemię łopatką. – Takich miejsc jest pełno wokół Warszawy. Pozostałości po zimnej wojnie. Drzwi otworzyły się z przeraźliwym zgrzytem.

Zapach stęchlizny i wilgoci uderzył nas w nozdrza. Adam włączył latarkę, oświetlając wąski korytarz prowadzący w dół. – Jesteście pewni, że to dobry pomysł? – zapytałam, nagle czując się jak w filmie grozy.

– Musimy wiedzieć, mamo – powiedziała Magda, włączając swoją latarkę. – Dla taty. Zeszliśmy po metalowych schodach w głąb ziemi. Korytarz rozszerzył się, ukazując przestronne pomieszczenie wypełnione sprzętem laboratoryjnym pokrytym grubą warstwą kurzu.

Stoły, mikroskopy, komputery z lat osiemdziesiątych, szkło laboratoryjne. Wszystko pozostawione w pośpiechu, jakby naukowcy musieli nagle ewakuować się z tego miejsca. Na ścianie wisiała tablica z równaniami i schematami. – To niemożliwe – wyszeptała Magda, przesuwając palcami po zakurzonych zapisach.

– To wyprzedzało naukę o dekady. – Co tam jest? – zapytał Adam, oświetlając tablicę. – Formuła transferu pamięci – Magda odwróciła się do nas z niedowierzaniem w oczach.

– Oni nie tylko stworzyli genetyczną kopię Nowaka. Oni znaleźli sposób na transferowanie wspomnień, doświadczeń, osobowości. Stworzyli prawdziwego duplikata. Poczułam, jak zimny dreszcz przebiega mi po plecach.

Przenoszenie wspomnień brzmiało jak science fiction. A jednak znajdowaliśmy się w laboratorium, które najwyraźniej pracowało nad czymś takim. Adam otworzył metalową szafkę stojącą pod ścianą. W środku znajdowały się teczki z dokumentami, podobne do tych, które widzieliśmy w archiwum IPN.

– Lista obiektów, 1984-1989 – przeczytał, otwierając jedną teczkę. Wewnątrz znajdowała się lista nazwisk. Ale ta była pełniejsza – zawierała nie tylko nazwiska, ale także fotografie i krótkie biografie. – Osiem osób – powiedziałam, przeglądając dokumenty.

– Osiem duplikatów. Nagle coś przykuło moją uwagę. Fotografia mężczyzny, którego rozpoznałam natychmiast: Jan Wiśniewski, wiceminister spraw wewnętrznych na początku lat dziewięćdziesiątych. Człowiek, który nadzorował reformę służb specjalnych po upadku komunizmu.

Człowiek, który miał dostęp do wszystkich tajnych akt i który zginął w tajemniczym wypadku samochodowym w 1994 roku. – Wiśniewski też był duplikatem – wyszeptałam, patrząc na Adama i Magdę. Magda wzięła fotografię i przyjrzała się jej uważnie. – Spójrzcie na datę – powiedziała, wskazując na małą adnotację pod zdjęciem.

– Aktywacja: 10. 03. 89. – Co to znaczy „aktywacja”?

– zapytałam. – To znaczy, że oryginał został zastąpiony – odpowiedział głos zza naszych pleców. Odwróciliśmy się gwałtownie. W wejściu do laboratorium stał mężczyzna, którego sylwetka odcinała się na tle bladego światła z korytarza.

Nie widziałam jego twarzy, ale coś w jego posturze wydawało mi się dziwnie znajome. – Kim jesteś? – zapytał Adam, robiąc krok do przodu. Mężczyzna wszedł do pomieszczenia, pozwalając, by światło naszych latarek padło na jego twarz.

I wtedy go rozpoznałam. Andrzej Nowak. Żywy. Chociaż dwa jego ciała leżały w kostnicach Warszawy.

– Jestem Aleksander Nowak – powiedział mężczyzna, stojąc nieruchomo. – Brat bliźniak Andrzeja. A raczej… jego kopia. – Obaj Nowakowie są martwi – powiedział w końcu Adam.

– Kim więc jesteś? – Trzecią kopią – odpowiedział mężczyzna z uśmiechem, który nie sięgał jego oczu. – Eksperyment był bardziej zaawansowany, niż sądzicie. Nie dwie, ale trzy wersje Andrzeja Nowaka.

Dwie aktywne, jedna w rezerwie. Na wypadek komplikacji. Wyjaśnił nam, że był uśpiony przez dekady, stworzony jako zapasowa kopia, przechowywany w specjalnym ośrodku, monitorowany przez garstkę wtajemniczonych, aktywowany dopiero po śmierci obu jego braci. Jego historia brzmiała jak science fiction.

A jednak stał przed nami – żywy, oddychający dowód na to, że granice nauki zostały przekroczone na długo przed tym, zanim świat był na to gotowy. – Dlaczego nam to mówisz? – zapytałam, nie dowierzając, że tak łatwo dzieli się tymi informacjami. – Bo potrzebuję waszej pomocy.

I bo Henryk był moim przyjacielem. Wzmianka o moim mężu z jego ust była jak uderzenie. Poczułam, jak Magda ściska moją dłoń, jakby wiedziała, co czuję. – Musimy jechać do Gdańska – powiedział Aleksander, patrząc na mnie intensywnie.

– Tam jest ostatni żyjący członek zespołu projektu „Lustro”. Człowiek, który wie, co naprawdę stało się z Henrykiem. Nie mieliśmy powodu, by mu ufać. Ale nie mieliśmy też powodu, by nie jechać.

Tajemnica śmierci Henryka prześladowała mnie od trzynastu lat. Jeśli istniała choćby cień szansy, by poznać prawdę, musiałam ją wykorzystać. Następnego ranka byliśmy już w drodze do Gdańska. Cztery osoby w jednym samochodzie: ja, Adam, Magda i mężczyzna z twarzą Andrzeja Nowaka.

Gdańsk przywitał nas szarym marcowym niebem i chłodnym wiatrem od morza. Miasto, które zawsze kojarzyło mi się z początkiem końca komunizmu, z Solidarnością, ze strajkami w stoczni. Ironia losu – właśnie tutaj miałam odkryć tajemnicę, która sięgała głęboko w mroczne zakamarki tej samej historii. Aleksander poprowadził nas do apartamentowca na Długim Pobrzeżu z widokiem na Motławę i charakterystyczne żurawie portowe.

Apartament na najwyższym piętrze należał ponoć do profesora Kazimierza Lewandowskiego, ostatniego żyjącego naukowca z projektu „Lustro”. – Powinien na nas czekać – powiedział Aleksander, gdy winda wiozła nas na górę. Gdy drzwi windy się otworzyły, od razu wiedziałam, że coś jest nie tak. Drzwi apartamentu były uchylone.

Adam instynktownie sięgnął po broń. – Zostańcie tutaj! – powiedział, wymieniając spojrzenia z Aleksandrem. Weszli do środka, a my z Magdą czekałyśmy w korytarzu, nerwowo nasłuchując jakichkolwiek dźwięków.

Po chwili Adam zawołał nas do środka. Apartament był przestronny i elegancki. Minimalistyczne meble, nowoczesne obrazy, panoramiczne okna z widokiem na portowe dźwigi. Na środku salonu, w fotelu, siedział starszy mężczyzna.

Wyglądał, jakby spał – głowa przechylona na bok, dłonie spoczywające na podłokietnikach. Ale wystarczyło jedno spojrzenie na jego twarz, by wiedzieć, że już nigdy się nie obudzi. – Profesor Lewandowski, jak zakładam – powiedział Adam, sprawdzając puls na szyi mężczyzny. – Nie żyje.

I to od kilku godzin. – Ktoś nas ubiegł – stwierdziła Magda, rozglądając się po apartamencie. – Szukali czegoś. Miała rację.

Choć na pierwszy rzut oka apartament wydawał się nietknięty, dokładniejsza inspekcja ujawniła ślady przeszukania: lekko przesunięte książki na półkach, szuflady nie do końca domknięte, poduszki na kanapie nie na swoich miejscach. – Wiedzieli, że tu przyjedziemy – powiedziałam, patrząc oskarżycielsko na Aleksandra. – Skąd? Nie zdążył odpowiedzieć.

Z sypialni dobiegł trzask tłuczonego szkła. Adam natychmiast ruszył w tamtym kierunku z bronią w ręku. Nastąpiła seria szybkich wydarzeń: kroki, krzyk, odgłos szamotaniny. Gdy wpadliśmy do sypialni, Adam siłował się z zakapturzonym mężczyzną.

W pewnym momencie kaptur zsunął się, odsłaniając twarz napastnika. Stanęłam jak wryta. Ta twarz była identyczna z twarzą Aleksandra. Identyczna z twarzą Andrzeja Nowaka.

– To niemożliwe! – wyszeptała Magda obok mnie. Napastnik wykorzystał moment zaskoczenia, odepchnął Adama i wyskoczył przez rozbite okno na zewnętrzny taras. Zanim zdążyliśmy zareagować, zniknął.

– Czwarta kopia – zapytałam, patrząc na równie zszokowanego Aleksandra. – Nie wiedziałem – odpowiedział blady jak ściana. – Przysięgam, nie wiedziałem. Adam wrócił do salonu i pochylił się nad ciałem profesora.

– Co teraz? – zapytała Magda. – Nasz ostatni trop właśnie umarł. Wtedy zauważyłam coś dziwnego.

Dłoń profesora była lekko zaciśnięta, jakby coś w niej trzymał. Delikatnie otworzyłam jego palce. W środku znajdował się mały pendrive z napisem „HK”. Henryk Kowalski.

Mój mąż zostawił wiadomość zza grobu. Laboratorium genetyczne na Uniwersytecie Warszawskim było puste o tej porze. Magda miała tu dostęp dzięki swojej współpracy z wydziałem antropologii. Siedziałam w półmroku, wpatrując się w monitor komputera, na którym moja córka otwierała pliki z pendrive’a znalezionego w dłoni martwego profesora.

– To dziennik taty – powiedziała Magda. – Zapiski z lat 1984-94. I filmy. Magda kliknęła na pierwszy plik wideo.

Na ekranie pojawił się Henryk. Młodszy, niż go pamiętałam, z ciemnymi włosami, bez siwizny, ale z tymi samymi przenikliwymi oczami, które tak kochałam. Siedział w laboratorium podobnym do tego, które znaleźliśmy w Puszczy Kampinowskiej. – Dzień 237 projektu „Lustro” – powiedział do kamery.

– Transfer pamięci obiektu A2 zakończony sukcesem. Aleksander Nowak funkcjonuje prawidłowo. Wszystkie wspomnienia Andrzeja zostały zaimplementowane. To przełom.

Kolejne nagranie. Henryk wyglądał na zmartwionego:

– Obiekt A2 wykazuje rozbieżności osobowości. Wspomnienia są identyczne, ale reakcje emocjonalne różnią się od oryginału. To nie wada, to ewolucja.

Aleksander staje się kimś więcej niż kopią. Staje się sobą. Jeszcze jedno, z 1988 roku:

– Kierownictwo projektu zdecydowało o stworzeniu trzeciej kopii. Mimo moich protestów.

Nie rozumieją, że tworzymy ludzi, nie narzędzia. A1, A2, a teraz A3. Gdzie jest granica? Magda zatrzymała nagranie i otworzyła plik tekstowy.

Ostatni wpis z dziennika, datowany na kwiecień 1994:

„Odkryłem prawdę o projekcie »Lustro«. Nigdy nie chodziło o badania medyczne czy przełom naukowy. Chodziło o władzę, o stworzenie idealnych agentów – genetycznie identycznych, ale mentalnie niezależnych jednostek, które mogłyby infiltrować najwyższe szczeble władzy. Po upadku komunizmu projekt miał zostać zamknięty, a wszystkie kopie zlikwidowane.

Ale niektórzy w służbach widzieli szansę na utrzymanie wpływów. Osiem duplikatów, osiem osób na kluczowych stanowiskach. A teraz odkryłem, że stworzono więcej kopii bez mojej wiedzy. Świat musi się dowiedzieć.

Janina musi się dowiedzieć, nawet jeśli oznacza to, że nigdy mi nie wybaczy milczenia. Jutro wszystko jej powiem. ”

Następnego dnia Henryk zginął w wypadku. – Zabili go – wyszeptałam, czując, jak łzy spływają mi po policzkach.

– Zabili go, bo chciał ujawnić prawdę. Aleksander podszedł bliżej. – Janino, jest więcej – powiedział cicho. – Widziałaś listę ośmiu nazwisk.

Ale projekt został wznowiony po cichu w ostatnich latach. Nie przez rząd czy służby, ale przez prywatną korporację biotechnologiczną. Nowatech – firma Nowaka, jego ostatnie dzieło. Andrzej i ja, czyli A1 i A2, współpracowaliśmy, choć oficjalnie byliśmy konkurentami biznesowymi.

A1 zajmował się polityką i publicznym wizerunkiem. Ja działałem w cieniu, rozwijając biznes. Ale kiedy odkryliśmy, że tworzą więcej kopii… – zawahał się. – Musiałem działać.

Ale ktoś mnie ubiegł. Obaj zostaliśmy zabici. Spojrzałam na niego ze zdumieniem. – Jak to możliwe, że tu jesteś?

– Procedura reaktywacyjna – wyjaśniła Magda, otwierając kolejny plik. – Spójrzcie na to. To protokół na wypadek śmierci. Pamięć, wspomnienia, osobowość.

Wszystko jest regularnie zapisywane i przechowywane. Gdy obiekt umiera, dane zostają przesłane do uśpionej kopii. – Ja nie jestem oryginalnym A3 – powiedział Aleksander. – Jestem aktualizacją.

Mam wspomnienia A2 aż do momentu jego śmierci. Adam, który dotychczas milczał, oparł się o stół laboratoryjny. – Więc kim był ten czwarty w Gdańsku? – zapytał.

– Musi być jednym z nowych – odpowiedział Aleksander. – Stworzonych przez Nowatech. I najwyraźniej nie jest sam. Magda otworzyła ostatni plik – listę.

Dziesięć nowych nazwisk, dziesięć kopii różnych osób, wszystkie stworzone w ciągu ostatnich pięciu lat. A obok każdego nazwiska – pozycja i wpływ. Politycy, biznesmeni, wojskowi. – Mają ludzi wszędzie – powiedziała cicho.

– Albo raczej swoje kopie. Przez okno laboratorium widać było panoramę współczesnej Warszawy. Wieżowce lśniące w słońcu, nowe mosty nad Wisłą, miasto, które wyrosło z popiołów historii, by stać się europejską metropolią. A pod tą błyszczącą powierzchnią krył się spisek, który mógł podważyć fundamenty naszej rzeczywistości.

– Co teraz? – zapytał Adam, patrząc na nas po kolei. – Ujawniamy prawdę. I tak stanęliśmy przed najtrudniejszym wyborem.

Ujawnić światu, że niektórzy z najbardziej wpływowych ludzi w kraju mogą być wynikiem tajnego eksperymentu? Że technologia pozwalająca na tworzenie idealnych kopii ludzi istnieje i jest używana? Narazić się na niebezpieczeństwo, a może i coś gorszego? A może zachować tajemnicę, pozwolić, by świat żył w nieświadomości, by spisek trwał i rozwijał się w cieniu?

Spojrzałam na zdjęcie Henryka, które zawsze nosiłam przy sobie. Człowieka, który zginął, bo chciał ujawnić prawdę. Człowieka, który mimo swoich błędów wierzył w sprawiedliwość. – Świat musi wiedzieć – powiedziałam w końcu.

– Nie dla zemsty, nie dla sprawiedliwości, ale dla prawdy. Bo bez prawdy nie ma wolności. A dla prawdy Henryk oddał życie. Adam skinął głową.

– Przygotujemy się. Zabezpieczymy dane i ujawnimy wszystko. W laboratorium genetycznym Uniwersytetu Warszawskiego czwórka ludzi podjęła decyzję, która mogła zmienić bieg historii. Spisek trwający dekady miał zostać ujawniony.

Tajemnica zapisana w genach miała ujrzeć światło dzienne. Ale wiedzieliśmy, że ci, którzy strzegą tej tajemnicy, nie cofną się przed niczym, by ją zachować. To nie był koniec.

To dopiero był początek.