– Muszę wyjść wcześniej. – Bianka starała się, żeby jej głos brzmiał obojętnie. – Mam randkę. Słowa zawisły w gabinecie jak niewypowiedziane przekleństwo.

Przez trzy lata pracy jako osobista asystentka Mariusa Orłowa Bianka nauczyła się czytać jego nastroje. Ale ta cisza, która zapadła po jej słowach, była czymś nowym. Marius siedział nieruchomo, z cygarem zawieszonym w pół drogi do ust. Jego ciemne oczy wpatrywały się w nią z intensywnością, która sprawiła, że dreszcz przeszedł jej po kręgosłupie.
– Randkę – powtórzył w końcu, a jego głos był niebezpiecznie miękki. – Z kim? – Z kimś, kogo poznałam – odpowiedziała, unikając szczegółów. – Nazwisko – rzucił.
To nie była prośba, tylko rozkaz. – Marco Benedetti. Jest architektem. Marius powtórzył to słowo, jakby testował jego smak i uznał je za niesmaczny.
– Jaki cywilizowany – mruknął, a w jego głosie zabrzmiała pogarda. – Więc to cię podnieca? Miły mężczyzna? Bianka poczuła rumieniec gniewu na policzkach.
Nie miał prawa oceniać jej wyborów. Ale zanim zdążyła odpowiedzieć, Marius wstał. Był wysoki, a jego obecność wypełniła cały pokój. – Pracujesz dla mnie od trzech lat – powiedział, podchodząc bliżej.
– Znasz rzeczy, które mogłyby posłać mnie do więzienia. I myślisz, że to, z kim spędzasz czas, nie jest moją sprawą? – Moje życie osobiste nie ma nic wspólnego z pracą. – Wszystko, co robisz, ma związek z pracą.
Czy myślisz, że moi wrogowie nie wiedzą, kim jesteś? Że nie obserwują każdego mojego ruchu? Stanął tuż przed nią. Bianka musiała odchylić głowę, żeby spojrzeć mu w oczy.
– Więc co? Mam zostać sama na zawsze, bo dla ciebie pracuję? Coś błysnęło w jego spojrzeniu. Podniósł rękę, jakby chciał dotknąć jej twarzy, ale w ostatniej chwili opuścił ją wzdłuż boku.
– Ten Marco Benedetti zostanie sprawdzony – powiedział w końcu, odwracając się do okna. – Każdy aspekt jego życia. Jeśli jest czysty, możesz iść na randkę. – Nie potrzebuję twojego pozwolenia.
Marius spojrzał na nią przez ramię. – Więc idź. Nic cię nie powstrzymuje. Ale oboje wiedzieli, że to nieprawda.
Zanim Bianka zdążyła odpowiedzieć, drzwi otworzyły się z impetem. Do środka wszedł Dante, główny ochroniarz. – Szefie, mamy problem. Rodzina Duca właśnie przejęła nasz magazyn w Scampii.
Atmosfera zmieniła się natychmiast. Wszelkie wcześniejsze emocje zniknęły z twarzy Mariusa, zastąpione zimną, twardą maską. – Ilu ludzi? – zapytał.
– Dziesięciu, może dwunastu. Ciężko uzbrojeni. Trzech naszych rannych, żadnych zgonów. Marius skinął głową.
Odwrócił się do Bianki, a jego wzrok złagodniał na ułamek sekundy. – Idź do domu – powiedział. – I anuluj tę randkę. – Marius, to nie jest prośba.
Rodzina Duca gra twardo. Jeśli wiedzą o tobie, mogą próbować wykorzystać cię, żeby do mnie dotrzeć. Nie będę ryzykował. Podszedł do niej blisko.
– Jeden telefon, Bianko, i Marco Benedetti będzie miał najgorszy dzień w swoim życiu. W jego oczach widziała coś więcej niż groźbę. Desperację. Strach przed tym, że ją straci.
– Dlaczego? – szepnęła, czując łzy pod powiekami. – Dlaczego ci na tym zależy? Przez długą chwilę milczał.
Potem tak cicho, że ledwo mogła go usłyszeć:
– Bo gdybym cię stracił, straciłbym jedyną dobrą rzecz w moim życiu. Słowa uderzyły ją jak pięść w brzuch. Zanim zdążyła odpowiedzieć, wyszedł. Została sama w ciszy.
Telefon zabrzęczał w jej kieszeni. Marco pytał, o której się spotkają. Bianka patrzyła na wiadomość przez długi czas. Wiedziała, że powinna iść na tę randkę.
Powinna uciec od niebezpiecznego przyciągania do Mariusa. Ale jej palce same wpisały odpowiedź:
„Przepraszam, Marco. Coś wypadło. Może innym razem.
”
Gdy nacisnęła wyślij, wiedziała, że przekroczyła linię, z której nie ma powrotu. Wyszła z budynku w deszcz. W garażu zatrzymała się na chwilę. Jej telefon znowu zabrzęczał – tym razem z nieznanego numeru.
„Powinna pani była posłuchać swojego szefa, signorina Russo. Ale skoro pani nie posłuchała, pozwolę sobie pomóc pani zrozumieć konsekwencje. ”
Do wiadomości dołączono zdjęcie. Marco wychodzący z biura, nieświadomy mężczyzny w czarnym samochodzie, który go śledził.
Serce Bianki zamarło. Ktoś obserwował ją. Ktoś wiedział o jej randce. I Marco był w niebezpieczeństwie przez nią.
Nie zastanawiając się, wybrała numer Mariusa. Odebrał po pierwszym sygnale. – Dostałam wiadomość. Zdjęcie Marka.
Ktoś go śledzi. – Gdzie jesteś? – W garażu. – Zostań tam.
Wysyłam Roberta. Pięć minut. – Marco…
– Zajmę się tym. Ale ty wracasz tutaj.
Teraz. Bez dyskusji. Rozłączył się. Pięć minut później czarny mercedes wjechał do garażu.
Roberto otworzył przed nią tylne drzwi. – Signorina. Kiedy samochód zatrzymał się przed willą Mariusa w Posillipo, Bianka wzięła głęboki oddech. Wiedziała, że gdy przekroczy te drzwi, wszystko się zmieni.
Marius stał w progu, jego sylwetka podświetlona światłem z wnętrza. W jego oczach zobaczyła ulgę, złość i strach. I coś jeszcze – coś głębokiego, co sprawiło, że osłabły jej kolana. – Wejdź – powiedział.
Weszła. Drzwi zamknęły się za nią z ostatecznością wyroku. W gabinecie Marius nalał im obojgu drinka. Rozmawiali o wiadomości, o zdjęciu.
Bianka opowiedziała mu wszystko – o kawiarni, o umówieniu się, o tym, jak Marco zapytał, gdzie pracuje. – Jeden szybki research w internecie wystarczy – powiedział Marius. – Twoje nazwisko widnieje w dokumentach firmowych jako moja asystentka. Ktoś, kto cię szuka, mógł to łatwo znaleźć.
– Myślisz, że rodzina Duca to zrobiła? – Nie wiem. Ale ktoś chce wysłać mi wiadomość – jego głos stwardniał. – Żaden z moich ludzi nie jest bezpieczny.
Szczególnie ci, na których mi zależy. Zapadła cisza. Bianka poczuła, jak puls jej przyspiesza. – Co zrobisz z Markiem?
– zapytała. – Już się tym zajmuję. Wysłałem ludzi, żeby go tu przywieźli. Będzie bezpieczny w moim domu, dopóki nie dowiemy się, kto za tym stoi.
– On będzie przerażony. Nie rozumie tego świata. – Wiem – powiedział Marius, a w jego głosie zabrzmiała gorycz. – Właśnie dlatego go wybrałaś, prawda?
Bo jest bezpieczny. I nudny. I dokładnie tym, czym ja nie jestem. – To nie fair.
– Więc powiedz mi, czym to było. Bo z pewnością nie przypadkiem dzień po tym, jak powiedziałem, że sprawdzam każdego, z kim się spotykasz, masz randkę z pierwszym lepszym facetem, który się do ciebie uśmiechnął. Bianka otworzyła usta, ale słowa ugrzęzły jej w gardle. Co mogła mu powiedzieć?
Że była zmęczona czekaniem na coś, co nigdy nie miało nastąpić? Że bycie tak blisko niego, a jednocześnie tak daleko, rozdzierało ją każdego dnia? – Nie mogę tego dalej robić – wyszeptała w końcu. – Czego?
– Tego – machnęła ręką między nimi. – Udawania, że między nami nic nie ma. Udawania, że nie myślę o tobie każdego dnia, każdej nocy, aż to doprowadza mnie do szaleństwa. Słowa popłynęły potokiem.
Lata stłumionego pragnienia znalazły w końcu głos. Marius stał nieruchomo. W jego oczach widziała walkę – szarpaninę między pragnieniem a strachem. – Myślisz, że to jest dla mnie łatwe?
– zapytał w końcu ochrypłym głosem. – Myślisz, że nie wiem, jakim egoistą byłbym, wciągając cię w mój świat? Widziałaś, co się dzieje dzisiaj. Jeden dzień, a już jesteś w niebezpieczeństwie, bo ktoś pomyślał, że możesz dla mnie coś znaczyć.
– Więc co? Mam żyć w zawieszeniu na zawsze? Być sama, bo ty jesteś zbyt tchórzliwy, żeby przyznać, co między nami jest? Coś przełamało się w jego oczach.
W jednej chwili stał kilka metrów od niej, a w następnej był tuż przed nią. Jego ręce chwyciły jej ramiona, twarz znalazła się centymetry od jej twarzy. – Tchórzliwy? Myślisz, że to tchórzostwo mnie powstrzymuje?
Myślisz, że to strach przed opinią innych albo o mój interes? – Więc co? – Strach o ciebie, ty uparta, niemożliwa kobieto. Strach, że jeśli pozwolę sobie cię mieć, nigdy nie będziesz bezpieczna.
Zasługujesz na kogoś dobrego. Kogoś, kto nie sprawdza dachów pod kątem snajperów, zanim wejdziesz do restauracji. Kogoś, kto nie ma krwi na rękach. – Ale ja nie chcę kogoś dobrego – szepnęła, unosząc dłonie do jego twarzy.
– Chcę ciebie, Mariusie. Tylko ciebie. Z całym tym bagażem, z całym tym niebezpieczeństwem. Przez długą chwilę nikt się nie poruszył.
Potem Marius zaklął cicho, świętokradczo, i przyciągnął ją do siebie. Ich usta spotkały się w pocałunku pełnym lat stłumionego pragnienia. To nie był delikatny pierwszy pocałunek – to była eksplozja namiętności tak intensywnej, że Bianka poczuła, jakby płonęła od środka. Gdy w końcu się rozdzielili, oboje ciężko oddychali.
Marius przycisnął czoło do jej czoła. – To szaleństwo – wyszeptał. – Nie powinienem. – Zamknij się – powiedziała, całując go znowu.
– Po prostu się zamknij i pocałuj mnie. I zrobił to. Całował ją, aż zapomniała, gdzie kończy się ona, a zaczyna on. Później, gdy leżeli na sofie przy kominku, a deszcz walił w szyby, Marius objął ją ramieniem.
– Musimy ustalić zasady – powiedział. – Zasady? – Jeśli to robimy, robimy to dobrze. Twoje bezpieczeństwo jest teraz moim priorytetem.
Ochrona całą dobę. Żadnych publicznych wystąpień, dopóki nie będę pewien, że wszyscy wiedzą, że dotknięcie ciebie oznacza wojnę. – Marius… – Bianka przyłożyła palec do jego ust. – Przestań planować i po prostu bądź ze mną.
Przynajmniej dziś wieczorem. Coś złagodniało w jego oczach. – Zostań – powiedział cicho. – Zostań tu, ze mną.
– Zostanę, jak długo będziesz mnie chciał. Jego ramiona zacisnęły się wokół niej. – Zawsze to za krótko. Następne godziny należały tylko do nich.
Ale gdy Bianka dryfowała na granicy snu, usłyszała jego telefon. Poczuła, jak Marius napina się pod nią. – Co jest? – jego głos natychmiast stał się czujny.
Bianka nie słyszała odpowiedzi, ale zobaczyła, jak zaciska szczękę. – Nie trzymajcie go tam. Przyjeżdżam – powiedział. – Jeśli spróbuje uciec, możecie użyć siły, ale nie chcę ani jednego zadrapania na nim.
Zrozumiano? Rozłączył się. – Co się stało? – zapytała, siadając.
– Twój architekt. Moi ludzie go znaleźli. Jest w bezpiecznym domu. – To dobrze, prawda?
Marius wstał. W jego głosie było coś, co ścisnęło jej żołądek. – Podczas sprawdzania przeszłości twojego pana Benedettiego moi ludzie znaleźli coś interesującego. Jego firma została wynajęta przez rodzinę Duca do renowacji ich magazynu.
Krew odpłynęła z twarzy Bianki. – Nie mówisz…
– Nie wiem, co mówię – przerwał jej twardo. – Może to przypadek. Ale nie wierzę w przypadki.
Nie w moim świecie. Spojrzał na nią. – Muszę tam pojechać. – Pojadę z tobą.
– Nie. – Jeśli naprawdę sądzisz, że Marco może być w to zamieszany, muszę tam być. Muszę zobaczyć jego twarz, gdy będziesz go pytał. Marius studiował ją przez długi moment.
W końcu westchnął. – Zostaniesz w samochodzie. To nie podlega dyskusji. – Zgoda.
Podróż przebiegła w napiętej ciszy. Marius trzymał jej dłoń w uścisku, który był zarówno pocieszający, jak i posesywny. Gdy samochód zatrzymał się przed bezpiecznym domem, Marius dotknął jej twarzy. – Cokolwiek się tam wydarzy, pamiętaj, że jesteś bezpieczna.
Rozumiesz? Skinęła głową. Wysiadł. Dwadzieścia minut to były najdłuższe minuty w jej życiu.
Gdy Marius wrócił do samochodu, jego twarz była nieczytelna. – Gdzie jest Marco? – zapytała natychmiast. – Cały, nienaruszony.
Tylko przestraszony. Nie wiedział – Marius potarł twarz dłonią. – Jego firma została podstawiona. Nie miał pojęcia, że pracuje dla Duców.
Ale teraz wie. I jest cholernie przerażony. – Co mu powiedziałeś? – Prawdę.
Że jego życie jest w niebezpieczeństwie i że jedynym powodem, dla którego żyje, jest to, że zgodził się ze mną współpracować. – Będzie twoim informatorem. – Tak. Będzie nadal pracował nad projektem, ale każda rozmowa, każdy e-mail, każde spotkanie z ludźmi Duców będzie mi raportowane.
Bianka poczuła ulgę i winę. Marco żył, ale został wciągnięty w coś o wiele większego, niż mógł sobie wyobrazić. – Chcę go zobaczyć – powiedziała. – Po co?
– Chcę się upewnić, że wszystko z nim w porządku. To nie jego wina. – Powiedz mu to. Masz pięć minut.
Marco siedział przy drewnianym stole. Był blady, oczy miał podkrążone. – Bianka – powiedział łamiącym się głosem. – Boże, przepraszam.
Nie miałem pojęcia. – Wiem. To nie twoja wina. – Jestem uwięziony w tej wojnie.
Gdybym wiedział, że umówienie się z tobą narazi cię na niebezpieczeństwo…
– Marco, to nie ty mnie naraziłeś. Po prostu byłeś w złym miejscu o złym czasie. Położyła rękę na jego ramieniu. – Marius cię ochroni.
Dopóki robisz to, o co prosi, będziesz bezpieczny. Spojrzał na nią. – A co z tobą? Jesteś z nim bezpieczna?
Bianka zawahała się na ułamek sekundy. – Tak – powiedziała w końcu. – Jestem bezpieczna. Wracali do willi w milczeniu.
Bianka spojrzała w tył, widząc samotną sylwetkę Marka w oknie. – Będzie w porządku? – zapytała cicho. – Tak długo, jak będzie mi użyteczny – odpowiedział Marius obojętnie.
– Potem zobaczymy. Zimna brutalność odpowiedzi powinna ją przestraszyć. Ale zamiast tego wtuliła się mocniej w jego bok. To był jej wybór.
Niezależnie od tego, co miało nadejść, wiedziała, że jest tam, gdzie chce być. Następne dwa tygodnie zmieniły jej życie. Marius wysłał ludzi, którzy spakowali jej mieszkanie, i przeprowadziła się do jego willi. Ze wszystkich stron otaczała ją ochrona.
Dni spędzali w biurze, trzymając fasadę profesjonalizmu, choć wszyscy w organizacji wiedzieli prawdę. Wieczory należały tylko do nich. Ale dziś wieczorem, gdy siedziała w gabinecie Mariusa, słuchając, jak planuje operację przeciwko rodzinie Duca, rzeczywistość jego świata uderzyła ją z pełną siłą. Rozmawiali o magazynie, o broni, o liczbie ludzi potrzebnych do ataku.
To nie był biznes. To była wojna. – Zrobimy spotkanie z sojusznikami – zdecydował Marius. – Tutaj, w willi.
Jutro wieczorem. – Szefie, sprowadzenie wszystkich tutaj to ryzyko – zauważył Dante. – Duca nie będą nas tu szukać. Gdy zostali sami, Marius usiadł obok niej.
– Chcę, żebyś była na tym spotkaniu. Jesteś częścią tego. Jesteś częścią mnie. Muszą to wiedzieć.
– Używasz mnie jako oświadczenia. – Używam cię jako prawdy. Że nie jestem już sam. Że mam coś, o co warto walczyć.
– Będę tam – powiedziała stanowczo. Następnego wieczoru, gdy Bianka schodziła po schodach w szmaragdowej sukni i biżuterii, którą jej podarował, wiedziała, że nie ma odwrotu. Gdy Marius przedstawił ją jako swoją partnerkę, poczuła na sobie oczy wszystkich. Antonio Castellano ukłonił się, całując jej dłoń, ale w spojrzeniach innych mężczyzn widziała sceptycyzm i pytania.
Po spotkaniu młody Marco Castellano podszedł do Mariusa. – Niektórzy z rodzin obawiają się, że signorina Russo może być twoją słabością. Punktem, który Duca mogą wykorzystać. – I co ty myślisz?
– głos Mariusa był cichy. – Myślę, że człowiek, który ma coś do stracenia, walczy zacieklej. Jeśli Duca będą wystarczająco głupi, aby zaatakować ją, rozpętają wojnę, której nie wygrają. W oczach Mariusa błysnęło coś w rodzaju aprobaty.
– Bianka nie jest moją słabością. Jest moją siłą. Każdy, kto spróbuje wykorzystać ją przeciwko mnie, przekona się, jak bardzo się myli. Gdy zostali sami, Bianka zapytała go o to, czego się obawiała.
– Ilu ludzi może zginąć w tym ataku? Marius obserwował ją przez chwilę. – Dwudziestu, może trzydziestu. Może więcej, jeśli Duca będą się spodziewać.
– I jesteś w stanie to zaakceptować? – Nigdy nie jestem. Ale jeśli tego nie zrobię, jeśli pozwolę Duca przejąć port, to będzie wojna totalna. Zginą setki.
To jest mój świat, Bianko. Jeśli nie możesz z tym żyć, powiedz mi teraz. Wyślę cię gdzieś bezpiecznie. Bianka spojrzała w jego oczy.
Kochała go. Nawet ciemne części. Zwłaszcza ciemne części. – Nie opuszczę cię – powiedziała stanowczo.
– Jestem z tobą. Bez względu na wszystko. W noc ataku Marius sprawdzał swoją broń. Bianka patrzyła na niego, serce waliło jej jak młotem.
– Jeśli coś mi się stanie – powiedział, nie podnosząc wzroku – masz dokumenty w sejfie. Wszystko jest twoje. Pieniądze, nieruchomości. Będziesz bezpieczna.
– Nie obchodzą mnie pieniądze. Obchodzisz mnie ty. Obiecaj, że wrócisz. – Obiecuję, że zrobię wszystko, żeby wrócić.
Na odchodnym pocałował ją długo i czule. – Kocham cię – powiedział. – Bez względu na to, co się stanie, pamiętaj o tym. – Kocham cię też – szepnęła.
– Więc lepiej wróć. Bo jeśli nie, zejdę do piekła i ściągnę cię z powrotem. Uśmiechnął się. Prawdziwy uśmiech, który rozjaśnił mu oczy.
– Nie wątpię. Cztery godziny później Bianka usłyszała w oddali eksplozję. To nie był grzmot. To była bomba.
Telefon zadzwonił. Nieznany numer. – Signorina Russo – usłyszała zimny głos. – Marius jest otoczony.
Miał sześćdziesięciu ludzi. My mieliśmy stu. Matematyka jest prosta. Ale mam dla pani ofertę.
Siebie. W zamian za życie Mariusa. Przyjedzie pani sama. Masz trzydzieści minut.
Bianka rozłączyła się. Jej nogi się ugięły, ale nie upadła. – To pułapka – powiedział Roberto. – Zabiją panią i jego.
– A jeśli to jedyna szansa? Jeśli odmówię, a on umrze, wiedząc, że mogłam go uratować? – Marius zabiłby mnie za to. – To nie pozwól mi iść.
Ale ja idę. Pobiegła do garażu. Silnik zawył. Jazda była zamazana – czuła tylko adrenalinę i strach.
Gdy dotarła do magazynu, zobaczyła spalone auta i poświatę ognia. Dwudziestu uzbrojonych mężczyzn otaczało klęczącego Mariusa. Był zakrwawiony, ale żył. – Bianko!
– krzyknął ochryple. – Nie! Uciekaj! To pułapka!
Nie uciekła. Szła przed siebie z wysoko uniesioną głową. – Pozwól mu odejść – powiedziała. – Taka była umowa.
– Umowa się zmieniła – zaśmiał się mężczyzna z jasnymi włosami, wyłaniając się z cienia. Ktoś ją chwycił i rzucił na ziemię obok Mariusa. – Idioto – warknął Marius, ale jego oczy były pełne strachu o nią. – Wspaniała, dzielna, niemożliwa idiotko.
Dlaczego przyszłaś? – Bo cię kocham. Wolałabym umrzeć u twojego boku, niż żyć bez ciebie. Mężczyzna uniósł broń, celując w głowę Mariusa.
– Pożegnaj się. Ale zanim pociągnął za spust, eksplozja światła i dźwięku wypełniła powietrze. Granaty ogłuszające detonowały z każdej strony. Rozległy się strzały, krzyki, chaos.
Bianka poczuła, jak czyjeś silne ręce osłaniają ją ciałem. Kiedy dym opadł, nad nią stał Dante. – Przepraszam za spóźnienie, szefie. Marius miał przecięte więzy.
Przyciągnął Biankę do siebie tak mocno, że aż straciła oddech. – To była pułapka – wyszeptał w jej włosy. – Wiedzieliśmy, że Duca spróbują nas zwabić. Marco dał nam ostrzeżenie.
Mieliśmy ludzi na pozycjach. Twój przyjazd był idealnym odwróceniem uwagi. – Więc wygrałeś? – Wygraliśmy.
Dzięki twojej głupiej, niebezpiecznej odwadze. Pocałował ją, nie zważając na otaczających ich ludzi, na trupy na ulicy, na krew i dym. Kilka tygodni później, gdy wojna z rodziną Duca dobiegła końca, Marius zaprosił ją na kolację na tarasie willi. Przy świecach, widząc Neapol rozpościerający się u ich stóp, uklęknął na jedno kolano.
– Bianko, czy zostaniesz moją żoną? U mojego boku, jako moja równa, we wszystkim? – Tak – wyszeptała. – Tak.
Kiedy wsunął jej na palec pierścionek ze szmaragdem i diamentami, Bianka wiedziała, że to początek nowego życia. Nie idealnego, nie całkowicie bezpiecznego. Ale jej własnego, u boku mężczyzny, którego kochała. Sześć tygodni później wzięła ślub w starym neapolitańskim kościele.
Było prosto i intymnie. Gdy tańczyła z Mariusem pierwszy taniec jako jego żona, on wyszeptał:
– Wiesz, że zbudowałem imperium? To było moje dziedzictwo. Ale teraz wiem, że to wszystko jest bez znaczenia.
Moim prawdziwym dziedzictwem jesteś ty, nasza miłość. Leżąc tej nocy w jego ramionach, Bianka wiedziała, że bez względu na to, jakie burze nadejdą, poradzą sobie razem. Bo w świecie pełnym ciemności mieli siebie nawzajem.
I to było jedyne światło, którego potrzebowali.


