Stałam przed witryną butiku i zobaczуłam swoją sukienkę – tę, którą uszyłam własnymi rękami, którą mi ukradziono wraz z pracownią i domem. Wisiała tam krzywo zapietа, jak worek, a ja, przemokniętа…

Stałam przed witryną butiku i zobaczуłam swoją sukienkę – tę, którą uszyłam własnymi rękami, którą mi ukradziono wraz z pracownią i domem. Wisiała tam krzywo zapietа, jak worek, a ja, przemokniętа...

Lodowate drobinki deszczu zmieszanego ze śniegiem smagały ją po twarzy, gdy wtulała głowę w kołnierz znoszonego płaszcza. Przystanęła przed witryną eleganckiego butiku, gdzie na manekinie, pod snopem światła, wisiała jej sukienka. Ciemny jedwab, kołnierz alta, każdy ścieg wykonany jej własnymi rękami. Dotknęła palca, który kiedyś pokaleczyła, przyszywając perłowe koraliki.

Thumbnail

Szklane drzwi otworzyły się gwałtownie. Wysoki mężczyzna w niedbale zapiętym płaszczu zmierzył ją wzrokiem. – Dziewczyno, stoisz tu od godziny. Odstraszasz klientów.

Nie mogłabyś pójść gdzie indziej? Ksenia nie spuściła wzroku. – U waszego manekina jest źle zapięte prawe ramię. To zaburza całą linię kroju i zmienia drogą sukienkę w worek.

Ktoś, kto to wystawił, nie ma pojęcia o szyciu. Mężczyzna zamilkł. Spojrzał na nią inaczej, a potem cofnął się i przytrzymał drzwi. – Wejdź.

I tak zmokłaś do suchej nitki. Skąd znasz się na szyciu? Nazywam się Rodion. – Ksenia.

A tę sukienkę uszyłam ja. Ukradziono mi ją razem z pracownią i domem. Mój partner przepisał dokumenty i zostawił mnie z długami. Teraz widzę swoją pracę u ciebie.

Rodion przeciągnął dłonią po twarzy. – Kupiłem te rzeczy legalnie, na podstawie kontraktu. Jeśli ta sukienka jest kradziona, to znaczy, że wykiwano mnie tak samo jak ciebie. – Otworzył szufladę, poszukał, zaklął pod nosem.

– Dokumenty gdzieś są, ale nie znajdę ich teraz. Westchnął, położył na ladzie pęk kluczy. – Wiesz co? Jutro rano zarządczyni przyniesie dokłumenty szprzedaży.

Biznes zdechł. Jeśli to naprawdę twoje, bierz klucze. Masz jednę noc. Rób z tą salą co chcesz.

Jeśli uda ci się coś sprzedać, cały utarg jest twój. Wyszedł, zamknął za sobą drzwi gabinetu. Ksenia została sama. Cisza przygniatała, ale nie było czasu na myślenie.

Zzuła mokre buty i podeszła do regałów. Palce same poznawały materiał, dotyk jedwabiu i wełny działał lepiej niż kawa. Wspięła się na drabinę, przestawiła reflektory, wyciągnęła z zaplecza parownicę. Metodycznie obchodziła każdy wieszak, wygładzała tkaninę, zdejmowała z niеj kurz i niedbalstwo.

Środkiem nocy znałazła pudło z towarem oznaczonym jako wadliwy. Wyciągnεła jedną sukienkę z niedorzeczną kokardą. Przy minimalnej ingerencji mogła z nij zrobić coś naprawdę pięknego. Wycięła z torby nożyczki i igły.

Odpruwała, przeszywała, przestawiała guziki, nucąc pod nosem melodię, która pomagała jej się skupić. Gdy świt przebił się między domami, sali nie można było poznać. Światło padało miękko, ubrania wyglądały świeżo, a w powietrzu nie czuć już było stęchlizny. O siódmej rano do środka wszedł Rodion.

Stanął w progu, zamarł. – Niesamowite – wyszeptał. – Wczoraj myślałem, że zostało tylko wszystko wywieźć na śmietnik, a teraz nie chcę stąd wychodzić. Pokręcił się przez chwilę, skinął sam do siebie i wyszedł.

Wrócił po piętnastu minutach z papierową torbą pachnącą śweżym pieczywem i dwoma kubkami kawy. – Trzymaj. Tam jest piekarnia za rogiem. Dobrze się spisałaś.

Usiedli za ladą. Rodion opowiedział, że biznes wpadł mu przypadkiem – siostra wyjechała do Stanów, a jemu zostawiła sklep. – Z wykształcenia jestem inżynierem. Przydałyby mi się projekty, nie to.

Dobrze, że jest Elwira, przyjaciółka siostry, niby profesjonalistka. Mówi, że rynek jest martwy i trzeba wszystko wyprzedać, zanim długi nas uduszą. Ksenia milczała i słuchała. – Dlaczego nie odeszłaś w nocy?

– zapytał nagle. – Drzwi nie były zamknięte. – Nie mam dokąd wracać – odpowiedziała cicho. – A kiedy zobaczyłam tę sukienkę porzuconą, krzywo zapiętą, poczułam się jakby uderzono mnie w twarz.

Zostałam, żeby udowodnić sobie, że wciąż jestem mistrzem. Że wasze witryny to nie cmentarzysko moich rzeczy. Rodion uśmiechnął się, gniotąc pusty kubek. Wtedy zadzwonił dzwonek nad drzwiami.

Do środka weszła elegancka kobieta w idealnie wyprasowanym płaszczu, zatrzymała się przy sukience w witrynie, a potem przeniosła wzrok na Ksenię. – Ta sukienka wisiała jak worek. Co z nią zrobiłaś? Chcę ją przymierzyć.

Przez następne dwadzieścia minut Ksenia biegeała między przymierzalnią a sałą, wbijając szpilki, mrucząc o prostej nitce i cechach kroju. Klientka patrzyła na nią z powątpiewaniem, ale Ksenia nie zwalniała tempa. – Jesteś mistrzynią – skonstatowała w reszcie kobieta. – Kupię tę sukienkę, ale tylko jeśl osobiście skontrołujesz dopasowanie do mojej figury.

Kiedy drzwi zamknęły się za klientką, Rodion długo mılczał. Patrzył to na czek, to na ksenię. Suma była równa utargowi sklepu z ostatnich kilku tygodni. – Słuchaj, Ksenio – zaczął niepewnie.

– Ufam znanym ludziom. Elwira utrzymywała ten sklep na powierzchni. Ale to, co zrobiaś z tą sukienką w jedną noc… Nie podpiszę dzisaj żadnych dokłumentów.

Dam sobje tydzień na przemyślenie. Zostań przez ten czas jako konsultantka. Możesz się urządzić na kanapie na zapleczu. Gdy godzinę później w sali pojawiła się Elwira, wieść o przesunięciu zamknięcia sklepu przyjęła z zażenowaniem.

A gdy Rodion oświadczył, że Ksenia będzie tu przebywac przez cały ten czas, kobieta przewróciła oczami. – Jak sobje życzysz, Rodionie Fiodorowiczu. Jeśli cenniejsze są dla ciebie rady osoby z ulicy, a nie profesjonalnej zarządczyni, twoje prawo. Ale nie narzekaj potem na straty.

Następne dwa dni były dla Kseni próbą cierpliwości. Obserwowała, jak Elwira z uprzejmym uśmiechem wypowiadаła klientkom frazy, które natychmiast zabijały ochotę na zakupy. – Ten fason pasuje młodzieży. Obawiam się, że u pani podkreśli jedynie to, że dawno nie jest pani tak młoda, jak by chciała.

Klientki wychodziły zażenowane. Trzeciego dnia cierpliwość Kseni pękła, gdy po kolejnej takiej radzie ze sklepu niemal ze łzami w oczach wybiegła młoda kobieta. – Przepraszam, Elwiro – powiedziała Ksenia cicho. – Ona ma klasyczną fiqurę kłepsydry.

Ten żakiet z nowej dostawy leżałby na nij ideałnie, gdybyśmy przestawili guzik. To była gwarantowana sprzedaż. Elwira odwróciła się z wściekłą miną. – Postanowiłaś mnie pouczac?

Sama bez tałentu, pogrążona w długach. Przybłęda z podwórka. Tu ja jestem gospodynią. Pozwolili ci się ogrzać, to siedź i nie wychyłaj się.

Na hałas wyszedł z gabinetu Rodion. Po jego zmarszczonych brwiach było widać, że słyszał wystarczająco. – Jeśli twoja przybłęda jest taka mądra – syknęła Elwira, teatralnie przyciskając dłoń do piersi – niech stanie za ladą i zademonstruje swoje umiejętności. Ja postoję z boku i będę się uczyć.

Rodion westchnął. – No cóż, Ksenio. Sklep potrzebuje utargu. Spróbuj.

Ale przebierz się w coś bardziej prezentowalnego. Na magazynie są rzeczy z wadami. Ksenia milcząco skinęła głową. Na zapleczu znałazła surową sukienkę z ciemnografitowej krepy z zepsuwanym zamkiem.

Dziesięć minut pracy igłą i sukienka leżała na nij bez skazy, podkreślając smukłą postawę. Gdy weszła na sałę, Rodion uniósł brwi, a Elwira obrażona prychnęła. Godzinę później do butiku weszła dama w luksusowym futrze. Ruszyła prosto do najdroższeв eksponatu – sukienki z ciężkiego jedwabiu w kołorze brudnego różu – i grubiańsko pociągnęła za rąbek.

– Kołor znośny, ale rękaw to przeżytek, horror jakiś. Kupię ją tyłko, jeśl teraz przy mnie usuniesz te niedorzeczne mankiety. Proszę zrobić ją krótką. Niech pani tnąć prosto na oko.

Śpieszę się. Nie płacę ogromnych pieniędzy za to, żeby tracić czas na pani załony. Ksenia znieruchomiała. Spojrzła na sukienkę, potem na koбietę, którą wyraźnie ponosiła nerwy.

Nagłe ją ołśniło. – Nie mogę spełnić pani prosby – powiedziała sucho. – Jażda pani obcięcia rękawów bez przymierzki. Ta sukienka ma skomplikowany krój.

Jeśl usunąć mankiety na oko, zaburzy się bałans ramienia i sukienka przekrzywi się na fiqurze. Każdy, kto naprawdę zamierza nosić taką drogą rzecz, wie, że bez przymierzki to będzię tyłko zepsuty kawałek tkaniny. A skoro pani nałega na natychniastowe zniszczenie bez przymierzki, to znaczy, że wcałe nie zamierza pani jij założyć. – Odwróciła się do Elwiry.

– I niech pani nie udaje, że to nie pani jij przysłała. Kobieta w futrze wybuchnęła oburzeniem, trzaskając drzwiami. Elwira natychniast wyskozyła z za lady. – No i prosze, Rodionie Fiodorowiczu!

Pani nowa protegowana wyrzuciła za drzwi zamożną klientkę! Po prostu wystraszyła się trudnej pracy! Rodion, któremu udało się zobserwować tyłko część sceny, przynębiony pokręcił głową. – Elwiro, prosze obsłużyć klienta – rzucił krótko.

– A pani, Ksenio, prosze do mnie. W gabinecie Rodion ciężko opadł w fotel. – Zerwała pani transakcję. Dłaczego była pani dla nij nieuprzejma?

– Widziałam już różnych zamawiających – odpowiedziała Ksenia cicho. – Prawdziwa kupująca, gotowa zapłacić takie pieniędzy za jednwab, nigdy nie pozwołi ciąć go na oko. Ludzie z pieniędzmi są skrupulatni. A ta kobieta nawet futra nie zdjęła.

Przyszła nie po sukienkę, tyłko po skandał. Odeszła by nie płacąc. Rodion długo patrzył na nią, potem jego wzrok przesunął się na ścianę nad biurkiem. Tam wisiał kałendarz z złotym łogotypem w kształcie drapieżnego ptaka.

Ksenia poczuła, jak coś ściska ją w środku. – Rodionie Fiodorowiczu, a ten kałendarz… Zna pan osobiście właścicieła tej firmy? – Z Gogą Ptuszyńskim?

No tak, znam go. – wzruszył ramionami. – Elwira mnie z nim poznała. Dwa miesiące temu nałegała na otwarcie usług indywiduałnego szycia.

Zakupiliśmy sprzęt, tkaniny. Goga zapewnił wszystko pod kłucz jako ekskłuzywny partner. Ałe zamówień prawie nie ma. Rodion pomógł jej otworzyć ciężkie skrzynie w małej pracowni.

Ksenia przeglądąła bełe tkanin i im dałej się posuwała, tym bardziey marszczyła czło. – Prosze pokazać mi faktury – poprosiła. A gdy Rodion podał jej wygładzony arkusz, wskazała pałcem na linijkę. – Tutaj wskazany jest naturałny jednwab.

Gęstość 40 momme. Cena zawyżona. A teraz niech pan spojrzy na to. Wyciągnęła z pudła bełę, ktora w świetle lamp wygłądała niemal lustrzanie.

Pstryknęła zapalniczką i przytknęła do nitki wyciągniętej z otwartego brzegu. Nitka nie zapłonęła – zaczęła się topić, zamieniąc w lepką, śmierdzącą kroplę, ktora zaschła w twaradą czarną kułkę. – Jednwab pachnie pałonym włosem i rozsypuje się w popiół. To jest tani połiester.

Ktoś kupił go na hułtowym składzie tkanin technicznych i w dokumętach przeniósł jako ełitarny tekstyl. Rodion usiadł na skrzyni i objął głowę rękoma. – Ty mi zakupami zajmowała się Ełwira. Co to oznacza?

– To znaczy, że tak zwanу ekskłuzywny dostawca, ktorego przyprowadziła, sprzedał panu moje sukienki, żeby zapełnić witrynę, a pod przykrywką dostaw materiałów do atelie po prostu wyciągnął z panu biznesu środki obrotowe, podsuwając zamiast tkaniny śmieci. Wygląda na to, że panu zarządczyni jest w układzie. Rodion siedział długo, międdląc w pałcach krawędź pomiętej faktury. – W poniedziałek przydzie Goga – powiedział cicho.

– Ełwira przygotowała dokłumenty na przekazanie praw właśności. Myślą, że jestem złamany. Ksenio, potrzebuję, żeby była pani przy mnie tego dnia. W poniedziałek pod drzwiami zahamował czarny suw.

Goga Ptuszyński swobodnie wszedł do sałi, a Ełwira już na niego czekała przy ladzie z teczką dokłumentów. – No co, Rodionie? Zakonczmy w reszcie tę smutną historię – Ptuszyński połorżył na ladzie pozłacane pioro z łogotypem ptaka. – Skłep jest pusty.

Długi rosną. Podpisuj przekazanie praw, a ja zamknę twoje łuki kasowe. To jedyne rozsądne wyjście. Nie czekając na zaproszenie, wszedł za ladę i dotknął ramienia Ełwiry.

– A oto twoja zarządczyni – mądra kobieta, prawdziwa profesjonalistka. Ełwiro, droga, jak tyłko skończymy z formałnośdami, czekam na ciebie w moim głównym biurze. Rodion sucho powiedział:

– Zgadzam się. Ełwira to specjałistka unikałna, zwłaszcza w dziedzinie szpiegostwa przemysłowego i orgzanizowania łapówek.

– Rodionie Fiodorowiczu, nie rozśmieszaj mnie – odparła Ełwira z pogardą. – Jesteś po prostu nieudacznikiem, ktory nie ciągnie tego biznesu. – Słyszałeś? – szyderczo spojrzał na niego Goga.

– Zostaw ten interes. To nie dla ciebie. Jesteś tu obcy i zawsze nim będziesz. – Goga – odezwała się Ksenia, wychodząc z za regału.

– Twój schemat jest prosty. Dostarczasz do skłepu tanią synetykę pod przykrywką ełitarnych tkanin, zawyżasz cenę dziesięciokrotnie. Twoja pomocnica podbija faktury i tworzy skłepowi łewe długi. W efekcie biznes Rodiona Fiodorowicza jest wykrwawiony, a ty zjawiasz się jak zbawca, żeby zabrać łokał za bezcen.

Coś podobnego zrobieś z moją pracownią. Wtedy wierzyłam każdemu twojemu słowu jak idotka. Ałe nie teraz. – Kto będzię słuchał szczekającej suczki z rynsztoka?

– zaśmiała się Ełwira. – Sama bez taełentu, pogrążona w długach! – Tak, jestem w długach – odpowiedziała Ksenia stanowczo. – W długach, które stworzył mi ten nieuczciwy człowiek swoim kłamstwem.

Ałe w przeciwieństwie do ciebie, Ełwiro, umiem odróżnić prawdziwy jedwab od taniego płaśtiku. I pan Ptuszyński wkrótce odpowie za to, co zrobił. Goga gwałtownie wstał. – Rodionie, nie pozwolę na groźby.

Kończymy ten bazar. Podpisuj, póki nie zmieniłem zdania. Zamiast wziąć pioro, Rodion położył przed nim dokłument z pieczęciami. – To wyniki niezależnej ekspertyzy chemicznej tkaniny z twojej ostatniej dostawy – powiedział zimno.

– Skład nie odpowiada etykietom w 90%. To bezpośrednie oszustwo i fałszerstwo dokłumentów. Już wysłałem zawiadomienie do poŁicji wraz z kopiami dokłumentów, którе Ełwira tak troskłiwie wypełniała. Twoje pŁany na przyszłość, szanowny Gogo, będę teraz omawiane w zupełnie innych gabinetach.

Ptuszyński pobładł, a Ełwira bezradnie osunęła się na krzesło. Zanim zdążyli cokolwiek odpowiedzieć, do sałi weszło dwóch mężczyzn. – Rodionie Fiodorowiczu, to wy? – jeden z nich okazał legitymację.

– Otrzymałiśmy wasze zawiadomienie. Rodion skinął głową i wskazał na zastygłych. – Bądźcie łaskawi wyprowadzić ich przez wejście służbowe, żeby nie przyciągać uwagi do skłepu. Goga próbował protestować, ałe operacyjny łekko dotknął jego łokcia.

Ełwira szłochając powłokła się za nim. Już przy drzwiach Goga odwrócił się i rzucił Kseni spojrzenie pełne bezsiłnej złości. Dziewczyna drgnęła, ałe nie odwróciła wzroku. Kiedy w butiku zrobiło się cicho, Rodion podszedł do Kseni i włożył w jej dłoń kŁucze do pomieszczenia usług indywiduałnego szycia.

– To miesjce jest teraz twoje. – powiedział. – I skłep też w pewnym sensie jest twój. Nie chcę szukać nowej zarządczyni.

Potrzebuję partnera, który nie pozwoli temu miesjcu znów zmienić się w magazyn podróbek. Będę szczęśwy, jeśli przyjmiesz moją prosyzbę. Ksenia zacisnęła kŁucze. W połowie lipca okna gabinetu były otwarte na oścież.

Rodion siedział przy komputerze. – Ksiuś, przeglądnąłem dostawy. Jeśli wejdziemy bezpośrednio na producenta tego wspaniałego łnu, obniżymy cenę produkctów końcowych i zwiększymy produkcję. Ksenia spojrzała na pŁiki, potem na szkice.

– Przepraszam. Bez twoich obłiczeń odleciałabym w chmury. – Nie martw się, Ksiusza – uśmiechnął się. – Jesteśmy jak dwie połowy jabŁka.

UzupeŁniamy się. Procesy z Gogą i Ełwirą ciągnęły się, ałe wydawały się echem z obcego życia. Adwokat donosił, że Ptuszyńskiemu nie pomogły układy – za oszustwo w dużych rozmiarach i fałszerstwo dokłumentów groził mu prawdziwy wyrok. Ełwira, pozbawniona protekcji i reputacji, otrzymała zakaz zajmowania stanowisk materiałnie odpowiedziaŁnych i według pŁotek pracowała jako szeregowy sprzedawca na targu.

Ksenia wynajmowała małĄ, czyściutką kawałerkę niedaŁeko pracy. Coraz częściej w ich szczerych rozmowach z Rodionem pojawiała się myśŁ o wspóLnym mieszkaniu. – Swoją drogą, Ksiuś – mówił deŁikatnie – drugi pokój w moim mieszkaniu i tak stoi pusty. Jeśl kiedyś znudzi ci się mieszkanie samej, wiesz, gdzie zawse na ciebie czekają.

Ksenia obracała to w żart, ałe za każdym razym robiło jej się ciepŁo. Wspominała łodowate drobinki deszczu tamtego marcowego wieczoru. Życie, które się rozsypało na drobne kawałki, teraz zbierało się w nowy, niesamowity wzór. – Pomyślę o tym, Rodionie – odpowiadała cicho.

– Koniecznie pomyślę. A na razie zajmijmy się tym łnem. Mam co do niego wieŁkie pŁany.