Stałem przed drzwiami domu rodziców Elizy w noc przed ślubem i słyszałem, jak płacze. Serce mi zamarło, zanim zdążyłem zapukać. To nie były łzy ze zmęczenia czy przedślubnych nerwów. To był płacz z samego środka, z takiego miejsca, którego nie pokazuje się ludziom, nawet tym najbliższym.

Nazywam się Paweł. Pracowałem jako dyspozytor ruchu kolejowego. Całe dnie spędzałem przy rozkładach, sygnałach i opóźnieniach, które trzeba było jakoś poukładać. Wiedziałem, co robić, gdy pociąg utknął przed semaforem.
Wiedziałem, że zawsze musi istnieć zapasowy wariant. Tylko tamtej nocy żadnego wariantu nie widziałem. Byłem pewien Elizy. Tak pewien, jak człowiek bywa pewien rzeczy, których nie umie wytłumaczyć.
Poznałem ją na imieninach u znajomych. Stałem w kuchni z kubkiem herbaty, udając, że interesuje mnie rozmowa o remoncie łazienki. Eliza weszła po cukier, spojrzała na mnie i powiedziała: „Pan zawsze taki poważny, czy tylko przy sałatce? ” Roześmiałem się, chociaż naprawdę rzadko śmiałem się przy obcych.
Była graficzką. Potrafiła przez kwadrans opowiadać o odcieniu zieleni na opakowaniu herbaty, a potem śmiać się z samej siebie. Chodziliśmy po Wrocławiu bez większego planu, siedzieliśmy w jej mieszkaniu, a ona pracowała przy laptopie z włosami związanymi byle jak i kubkiem herbaty, o którym zapominała, aż robił się zimny. Zasypiała na kanapie z nogami podwiniętymi jak dziecko, choć rano twierdziła, że wcale nie spała, tylko analizowała projekt z zamkniętymi oczami.
Kochałem ją za te wszystkie drobiazgi, zanim jeszcze umiałem powiedzieć to głośno. A jednak ostatnio coś się zmieniło. Eliza częściej milkła w połowie zdania. Czasem, gdy wchodziłem do pokoju, zamykała laptop szybciej niż trzeba.
Raz zobaczyłem w jej torbie białą kopertę z przychodni, ale zanim zdążyłem zapytać, wsunęła ją głębiej między notesy i powiedziała, że to nic. Innego dnia poprosiła mnie, żebym przeczytał drobny tekst na opakowaniu leku, potem zaśmiała się za szybko i powiedziała, że się starzeje przed ślubem. Tłumaczyłem sobie, że to stres, przygotowania, za dużo decyzji o kwiatach i za mało snu. Tamtej nocy w hotelu nie mogłem zasnąć.
Spojrzałem na zegarek. Było wpół do jedenastej. Powinienem zgasić światło. Rano czekał mnie ślub.
Zamiast tego wstałem, włożyłem kurtkę i wziąłem kluczyki. Powiedziałem sobie, że tylko przejadę pod dom rodziców Elizy, zobaczę światło w oknie, upewnię się, że wszystko jest na swoim miejscu. Może zapukam cicho i powiem tylko: „Kocham cię, do jutra i wrócę”. Tak sobie to tłumaczyłem, jadąc przez nocny Wrocław pustymi ulicami.
Do domu rodziców Elizy dojechałem szybciej, niż powinienem. W kuchni świeciło się domowe, żółtawe światło. Zatrzymałem samochód kawałek dalej. Siedziałem przez chwilę i patrzyłem na ten dom.
„Wracaj, Paweł! ” – powiedziałem sam do siebie. Nie wróciłem. Wysiadłem cicho, przeszedłem przez furtkę.
Deski na ganku skrzypnęły pod butami. Już miałem podnieść rękę i zapukać, kiedy usłyszałem jej głos. Eliza płakała. Cofnąłem rękę.
Potem odezwała się Beata: „Córeczko, nie możesz wejść w małżeństwo z czymś takim. On musi wiedzieć”. Eliza odpowiedziała przez łzy: „Mamo, ja nie umiem. Ja naprawdę nie umiem”.
Roman milczał. W końcu powiedział: „Paweł ma prawo wiedzieć przed ślubem, nie po. Przed”. Oparłem dłoń o framugę, bo nagle zrobiło mi się słabo.
„A jeśli odejdzie? Jeśli spojrzy na mnie inaczej…” – zapytała Eliza. „To znaczy, że nie jest tym człowiekiem, za którego go masz” – odpowiedział Roman. Beata dodała szybko: „Ale on cię kocha.
Przecież to widać”. Eliza zaśmiała się krótko, bez radości, takim śmiechem, który boli bardziej niż płacz. „Miłość jest łatwa, jak wszystko jest normalne”. Nie oddychałem.
Stałem za drzwiami domu, do którego miałem jutro wejść jako zięć, i słuchałem kobiety, którą kochałem, jak mówi o mnie, tak jakbym już ją zawiódł, choć jeszcze niczego nie wiedziałem. „Mamo” – jej głos się załamał – „ja mogę oślepnąć”. Te słowa weszły we mnie bez ostrzeżenia. Nie jak krzyk, raczej jak nagłe zgaśnięcie światła w tunelu.
Eliza mówiła dalej, szybciej, jakby skoro już powiedziała najgorsze, to reszta musiała wypaść z niej od razu. „Lekarka powiedziała, że leczenie może spowolnić chorobę. Może, ale nikt mi nie obiecał, że zatrzyma. To siatkówka, tato.
Ja mogę tracić wzrok kawałek po kawałku”. Zamknąłem oczy. Głupie, prawda? Usłyszeć, że ukochana kobieta może stracić wzrok, i samemu zamknąć oczy.
Ale właśnie tak zrobiłem. „Powiesz mu? ” – wyszeptała Beata. „Jak?
” – Eliza prawie krzyknęła. „Jak mam mu powiedzieć dzień przed ślubem, że może za parę lat będzie miał żonę, która nie zobaczy jego twarzy? Że może nie będę mogła pracować? Że nie wiem, czy dam radę być matką?
Każde zdanie odbijało się we mnie jak metal o metal. „On zasługuje na normalne życie” – powiedziała ciszej. „Nie chcę, żeby brał mnie z litości”. Usiadłem na stopniu ganku.
Nogi po prostu odmówiły mi posłuszeństwa. Nie byłem zły. W tamtej chwili nie było we mnie gniewu. Był strach.
Ogromny, ciężki, wstydliwy strach i ból, że ona nosiła to wszystko sama. Przez miesiące siedziała obok mnie przy stole, wybierała kwiaty, śmiała się z Tomka, przymierzała suknię. A gdzieś pod tym wszystkim liczyła dni, wizyty, wyniki, szansę. Uśmiechała się do mnie, a w środku żegnała się z rzeczami, których ja nawet nie zauważałem.
Nie zapukałem. Nie dlatego, że uciekłem. Zrozumiałem, że jeśli wejdę tam teraz, wpadnę w ich ból, jak człowiek, który nie zdążył zdjąć butów przed wejściem do czyjegoś domu. A to była jeszcze jej chwila, jej płacz, jej ostatnia noc przed prawdą.
Wstałem powoli i wróciłem do samochodu. Jechałem do hotelu przez Wrocław, który nadal spał. Semafory migały pusto. Wszystko miało swój kierunek, tylko ja nie miałem.
W pokoju nie zdjąłem nawet kurtki. Usiadłem na brzegu łóżka i patrzyłem na garnitur. Nie spałem do rana, ale zanim za oknem zrobiło się jasno, wiedziałem już jedno: nie pozwolę Elizie iść do mnie w białej sukni z tym strachem ukrytym pod welonem. Nie sama.
Nad ranem napisałem do Tomka: „Muszę porozmawiać z Elizą przed ślubem sam na sam. To ważne”. Odpisał prawie od razu: „Zwariowałeś? Fryzjerka jest o ósmej, makijaż o dziewiątej, błogosławieństwo przed południem.
Wszystko jest rozpisane”. Napisałem tylko: „Tomek, proszę, muszę”. Po chwili odpisał: „Dobra, nie pytam. Jadę do sali, coś poprzesuwam.
Masz godzinę, tylko nie zrób głupoty”. Do domu Beaty i Romana przyjechałem kilka minut po ósmej. Zadzwoniłem do drzwi. Otworzyła Beata w eleganckiej sukience, jeszcze bez biżuterii, z czerwonymi oczami.
Kiedy mnie zobaczyła, nie zapytała, co tu robię. To mi powiedziało wszystko. „Wejdź, Paweł” – szepnęła. W kuchni Roman stał przy oknie z rękami opartymi o parapet.
Dopiero po chwili zapytał: „Słyszałeś? ” Nie było w tym pytania. „Tak” – odpowiedziałem. Beata usiadła naprzeciwko mnie.
Jej dłonie drżały. „Ile? ” – zapytała. „Wystarczająco, żeby wiedzieć, że muszę porozmawiać z Elizą”.
Roman kiwnął głową i wyszedł na korytarz. Usłyszałem, jak cicho mówi coś na schodach. Czekałem może minutę, może pięć. Czas w takiej kuchni nie idzie normalnie.
Eliza zeszła w szlafroku, z włosami podpiętymi byle jak, bez makijażu, blada. Była piękna w sposób, który bolał. Zobaczyła mnie i zatrzymała się na ostatnim stopniu. „Paweł” – powiedziała moje imię tak cicho, jakby już znała odpowiedź na wszystkie pytania.
„Byłem tu wczoraj wieczorem. Pod drzwiami usłyszałem rozmowę”. Kolor odpłynął jej z twarzy. „Czyli już wiesz” – powiedziała.
„Wiem część. Resztę chcę usłyszeć od ciebie”. Podniosła na mnie oczy. Było w nich tyle strachu, że na chwilę zabrakło mi powietrza.
„Przyszedłeś odwołać ślub? ” „Nie” – odpowiedziałem szybciej, niż zdążyłem pomyśleć, bo akurat tego byłem pewien. „Przyszedłem, bo za kilka godzin mam zostać twoim mężem i nie chcę, żebyś szła do mnie z czymś, co cię dusi”. Wtedy pękła.
Nie głośno. Po prostu spuściła głowę, a łzy zaczęły spadać na jej dłonie. Opowiedziała mi wszystko. Najpierw plamy, takie drobne, dziwne cienie.
Potem błyski, zmęczenie oczu. Poszła do przychodni, potem do okulistki, potem do szpitala. I słowo, którego nie potrafiła wypowiedzieć bez zaciskania palców na brzegu stołu: choroba siatkówki. Leczenie mogło spowolnić zmiany, mogło kupić czas, ale nikt nie powiedział: „Będzie dobrze”.
„Chciałam ci powiedzieć” – mówiła, nie patrząc na mnie. „Najpierw czekałam na wyniki. Potem pomyślałam, że nie przed świętami, potem że nie teraz, bo sala, bo zaproszenia. A potem już nie umiałam.
Im dłużej milczałam, tym większe to było”. Zapytałem, kto z nią jeździł na badania. „Mama, czasem Iwona” – odpowiedziała. To zabolało.
Nie dlatego, że miała matkę i przyjaciółkę. Dobrze, że miała. Zabolało, że ja w tym wszystkim stałem obok i nic nie widziałem. Zadałem pytania o lekarza, o leki, o terminy.
Eliza odpowiadała spokojniej, jakby konkret dawał jej na chwilę oddech. Ale w końcu przestałem pytać o medycynę. Usiadłem bliżej i zapytałem: „Czego boisz się najbardziej? ”
W kuchni zrobiło się tak cicho, że słyszałem zegar nad lodówką.
Eliza długo milczała, po czym wyszeptała: „Że pewnego dnia obudzę się i nie zobaczę twojej twarzy”. Nie miałem na to mądrej odpowiedzi. Żadnej. Mogłem mówić, że medycyna idzie do przodu, że będziemy walczyć.
Wszystko to byłoby za małe albo za puste. Więc powiedziałem prawdę: „Nie wiem, jak będzie, ale nie będziesz w tym sama”. Zasłoniła twarz rękami. Beata zaczęła płakać po cichu.
Roman odwrócił głowę do okna. Wziąłem dłonie Elizy w swoje. „Ślub się odbędzie, jeśli ty nadal chcesz”. Spojrzała na mnie tak, jakby bała się poruszyć.
„Ty nadal chcesz? ” „Chcę. Ale musisz mnie usłyszeć. Nie możemy zaczynać małżeństwa od takiej tajemnicy.
Choroba jest straszna, rozumiem. Ale to milczenie zrobiło z niej coś jeszcze większego”. Skinęła głową. Łzy spływały jej po policzkach.
„Przepraszam. Bałam się, że mnie zostawisz”. Ścisnąłem jej ręce mocniej. „To teraz bój się przy mnie, nie przede mną”.
I pierwszy raz od wczoraj zobaczyłem, że oddycha trochę głębiej. Na salę weselną przyjechałem o czasie. Dla gości to był zwyczajny, piękny dzień. Ciotki w jasnych garsonkach, wujkowie rozmawiający o rosole, dzieci biegające między stołami.
A ja stałem z przodu i słyszałem wszystko podwójnie. Jednym uchem słyszałem szepty gości. Drugim wciąż słyszałem głos Elizy z kuchni: „Ja mogę oślepnąć”. Są zdania, które nie mijają, kiedy człowiek wyjdzie z pokoju.
Idą za nim, siadają obok, wchodzą pod marynarkę, między żebra. Kiedy drzwi się otworzyły i zobaczyłem Elizę, przez chwilę zapomniałem o oddychaniu. Szła z Romanem pod rękę. Suknia była prosta, taka, jak ona chciała.
Uśmiechała się delikatnie, ale ja znałem już ten uśmiech inaczej niż wszyscy. Widziałem w nim poranek, kuchnię, kawę, łzy, strach schowany pod pudrem. Roman podał mi jej rękę, ale nie puścił od razu. Przez sekundę trzymał nas oboje, jakby sprawdzał, czy naprawdę jestem.
Spojrzał mi w oczy i nic nie powiedział. Nie musiał. Ceremonia płynęła dalej. Kiedy przyszła pora na moje słowa, wyjąłem kartkę, ale prawie na nią nie patrzyłem.
Miałem przygotowane coś bardziej eleganckiego, ładniejsze zdania. Wszystko to wydało mi się nagle zbyt lekkie. Powiedziałem więc prościej: „Elio, ja na co dzień pilnuję rozkładów, torów i sygnałów. Lubię wiedzieć, co będzie dalej.
Ale życie nie jest rozkładem jazdy. Czasem zmienia tor bez pytania, czasem gaśnie sygnał. Nie obiecam ci, że zawsze będzie łatwo. Nie obiecam, że nie będę się bał.
Obiecuję tylko, że nie wysiądę na pierwszej trudnej stacji. Będę obok tak długo, jak będziesz mnie chciała”. Eliza zamknęła oczy tylko na moment. Potem spojrzała na mnie tak, że reszta sali zniknęła.
Wesele było piękne. Pierwszy taniec przeżyliśmy bez strat. Eliza śmiała się kilka razy tym swoim dawnym, pełnym śmiechem i za każdym razem czułem, jak coś we mnie miękknie. Ale pod tym wszystkim była prawda, która leżała między nami jak cienka kartka pod obrusem.
Niewidoczna dla gości, ale wyczuwalna przy każdym dotknięciu. Wróciliśmy do naszego mieszkania dwa dni po weselu. Na stole leżała teczka z wynikami badań, którą Eliza położyła tak ostrożnie, jakby była z cienkiego szkła. Zaczęły się wizyty, skierowania, krople, terminy zapisane na lodówce.
Uczyłem się nowych słów, których wolałbym nigdy nie znać. Któregoś popołudnia spotkaliśmy na klatce panią Celinę, naszą sąsiadkę z piętra niżej. Prawie nie widziała, chodziła z białą laską, ale gdyby ktoś nazwał ją biedną staruszką, dostałby od niej takim słowem, że pamiętałby do Wielkanocy. Znała ludzi po krokach.
Stała przy skrzynkach i przekrzywiła głowę. „No młodzi. Po weselu to człowiek powinien brzmieć jak po tańcach, a wy sapiecie jak po wizycie w ZUS-ie”. Eliza parsknęła śmiechem pierwszy raz tego dnia.
Celina nie wiedziała o chorobie. Nie mogła wiedzieć. Po prostu taka była. Słyszała więcej niż inni widzieli i mówiła rzeczy prosto, bez pozwolenia.
Patrzyłem za nią dłużej, niż powinienem. Prawie nie widziała, a jednak znała ten blok lepiej niż ja. Nie była końcem niczego. Była sobą, upartą, czasem nieznośną, żywą.
Minęło kilka miesięcy od ślubu i nauczyłem się, że choroba nie wchodzi do domu z hukiem. Ona raczej siada cicho przy stole i przesuwa przedmioty o centymetr. Eliza widziała. Nie była niewidoma, nie chodziła po omacku.
Ale oczy szybciej się męczyły. Wieczorem świat robił się dla niej mniej pewny. Drobny druk zaczynał ją złościć. Ja widziałem te drobiazgi i udawałem, że nie widzę za bardzo.
Bałem się przesadzić w jedną albo drugą stronę. Jeśli pomagałem za szybko, czuła się traktowana jak dziecko. Jeśli nie pomagałem, zżerało mnie poczucie winy. Tamtego dnia miała kontrolę w przychodni.
Chciałem ją zawieźć, ale odmówiła. „Paweł, to trzy przystanki. Naprawdę jeszcze umiem przejechać trzy przystanki”. Więc odpuściłem.
Poszedłem na popołudniową zmianę i przez pierwszą godzinę patrzyłem w monitory częściej niż trzeba. Zadzwoniła kwadrans po czwartej. „Paweł” – głos miała spokojny, za spokojny. „Wyszłam już.
Tylko chyba wyszłam innym wejściem. I tu jest jakaś ulica, ale nie ta, co zwykle”. Od razu wstałem. „Nie mogę jej teraz dobrze odczytać.
Światło tak odbija. Boże, Paweł, ludzie patrzą. Stoję jak idiotka przed budynkiem, z którego przed chwilą wyszłam, i nie wiem, gdzie mam iść”. Jechałem do niej z zaciśniętymi zębami.
Byłem zły na tę całą bezradność. Zobaczyłem ją od razu. Stała przy bocznym wejściu w jasnym płaszczu, z torebką przyciśniętą do boku. Wyglądała normalnie i właśnie od tego ścisnęło mnie w gardle.
Nikt obcy nie zobaczyłby tragedii. Była tylko dorosła kobieta, która na chwilę zgubiła pewność świata. Podszedłem powoli. „Jestem”.
Spojrzała na mnie i w jednej sekundzie twarz jej się rozsypała. „Widzisz” – powiedziała. „Tak będzie. Będziesz mnie odbierał spod przychodni jak dziecko”.
Miałem na końcu języka „nie będzie tak”. Mężczyzna, kiedy kocha, czasem chce kłamać z dobrych pobudek. Ale nie wiedziałem, czy nie będzie. Więc tylko stanąłem obok niej.
Nie złapałem jej za łokieć. „Jestem tutaj”. Przez chwilę patrzyła przed siebie, po czym kiwnęła głową. „To dobrze, bo ja przez pięć minut nie byłam”.
Panią Celinę spotkaliśmy następnego dnia na klatce. Usłyszała nas od razu. „Pani Elizo, pani dziś idzie tak, jakby podłoga była winna całemu światu”. Eliza zatrzymała się.
„Może trochę jest”. Celina nie zapytała, co się stało. Powiedziała tylko: „Nie musisz mi mówić wszystkiego, dziecko. Ja tylko znam ten ton.
Człowiek tak mówi, kiedy świat nagle robi się większy niż oczy”. Kilka dni później zobaczyłem je razem na ławce przed blokiem. Celina mówiła, Eliza słuchała. Nie podszedłem.
Stałem przy oknie w kuchni i patrzyłem. Potem Eliza wróciła spokojniejsza. Z czasem powiedziała Celinie część prawdy. A Celina nie westchnęła ani razu, tak jakby nad kimś stawiała świeczkę.
„Jak traciłam wzrok, to pierwszy raz naprawdę rozbeczałam się pod apteką” – opowiadała kiedyś przy herbacie. „Wstałam i płakałam jak głupia, a potem jakaś dziewczyna zapytała, czy mi pomóc. I wie pani co? Korona mi z głowy nie spadła, tylko się dowiedziałam, że można zapytać”.
Eliza słuchała z palcami owiniętymi wokół kubka. „Ja nie chcę ciągle pytać”. „To niech pani nie pyta ciągle, tylko wtedy, kiedy trzeba. Różnica jest ogromna”.
Celina uczyła ją rzeczy małych, a dla mnie trudnych do pojęcia: zapamiętywać drogę nie tylko oczami, liczyć kroki od przystanku, słuchać świateł na przejściu, nie przepraszać za to, że potrzebuje chwili. Patrzyłem na nie i czułem ukłucie zazdrości. Brzydkie, ale prawdziwe. Celina dawała Elizie coś, czego ja nie mogłem dać, choćbym ją kochał najmocniej na świecie.
Wiedziała, jak to jest, kiedy człowiek boi się, że własne oczy przestaną być domem. Musiałem się nauczyć, że nie muszę być jedyną odpowiedzią. Któregoś popołudnia Eliza stanęła w przedpokoju i zawołała: „Idę z panią Celiną do sklepu”. Już miałem powiedzieć „pójdę z wami”.
Słowa stały w gardle jak żołnierze na komendę. Ale zobaczyłem jej twarz. Nie prosiła o pozwolenie. Informowała mnie, że idzie.
„Dobrze” – powiedziałem tylko. Stałem przy oknie i patrzyłem, jak idą chodnikiem powoli obok siebie. Pierwszy odruch krzyczał, żebym zszedł za nimi. Nie zszedłem.
Nie dlatego, że przestałem się bać. Bałem się dalej. Tylko po raz pierwszy zrozumiałem, że jeśli naprawdę chcę być przy Elizie, muszę czasem pozwolić jej iść bez mojej ręki i uwierzyć, że jej własna siła też zna drogę. Najważniejszy wieczór przyszedł zwyczajnie.
Bez dramatycznej muzyki. Padał deszcz. W kuchni pachniało szarlotką, którą Beata przyniosła w południe. Na stole leżały okulary Elizy, krople, wyniki z ostatniej kontroli i trzy kubki herbaty.
Celina siedziała przy stole i przesuwała palcem po brzegu spodka. „Wie pani, czego ja się najbardziej bałam? ” – zapytała nagle. Eliza spojrzała na nią uważnie.
„Czego? ” „Że jak przestanę widzieć, to przestanę być sobą. Że ludzie będą mówić ciszej, wolniej, jakbym razem z oczami zgubiła rozum. Że będę już tylko tą biedną Celiną z laską”.
Przez chwilę nikt się nie odezwał. „I co? ” – zapytała Eliza. Celina wzruszyła ramionami.
„I trochę tak było. Ludzie są głupi, ale nie wszyscy ze złej woli. Tylko ja w końcu zrozumiałam, że straciłam jeden sposób widzenia świata. Jeden, nie cały świat.
A siebie to już na pewno nie oddałam chorobie. Jeszcze czego”. Powiedziała to tak zwyczajnie, jakby mówiła o cenie masła. A ja zobaczyłem, jak Eliza powoli wypuszcza powietrze, jakby ktoś poluzował w niej węzeł, którego ja nie potrafiłem nawet dotknąć.
Po herbacie odprowadziłem Celinę do drzwi. Oczywiście oburzyła się, że nie jest królową angielską, ale dała się odprowadzić te kilka kroków. Kiedy wróciłem, Eliza stała przy oknie. Deszcz spływał po szybie cienkimi liniami.
Podszedłem, ale nie objąłem jej od razu. Już wiedziałem, że czasem trzeba dać człowiekowi sekundę, żeby sam zdecydował, czy chce czyjejś ręki. „Paweł” – powiedziała cicho. „Ja nadal się boję”.
Nie powiedziałem, że nie ma czego. Nie powiedziałem, że będzie dobrze. Nie powiedziałem żadnej z tych rzeczy, które brzmią ładnie, ale potrafią zostawić człowieka jeszcze bardziej samego. Wziąłem tylko jej dłoń.
„Wiem. Ale teraz boisz się przy mnie”. Odwróciła głowę i spojrzała na mnie. W jej oczach nadal był strach.
Były też zmęczenie, złość, upór i coś, czego przez długi czas nie widziałem. Miejsce na jutro. Nie wiem, co będzie za rok. Nie wiem, co powiedzą lekarze po następnych badaniach.
Nie wiem, ile światła zostanie Elizie i na jak długo. Kiedyś ta niewiedza doprowadzała mnie do szału. Dziś nadal mnie boli, ale już mną nie rządzi. Wiem coś innego.
Jeśli przyjdzie ciemność, nie będzie oznaczała końca naszej historii. Będzie oznaczała, że musimy nauczyć się opowiadać ją inaczej, wolniej, głośniej, z większą cierpliwością. Może z panią Celiną, stukającą laską na klatce i komentującą, że dramat dramatem, ale ktoś znowu postawił rower pod ścianą. Eliza nie przestała się bać choroby.
Ja też nie. Ale ona już nie stoi przed nią sama. A człowiek, który nie jest sam, nawet w ciemności, potrafi czasem znaleźć drogę.


