Renata stała przy kuchennym blacie, obierając marchewkę do zupy, gdy zadzwonił telefon. Sławomir poprosił o przelanie 300 zł na zakupy. Chwilę wcześniej znalazła w jego kurtce kopertę z 3000 zł, które ukrył przed nią. Gdy powiedziała, że nie ma na koncie, on spytał: „To co przed świętami dostałaś od szefowej?

”. Renata poczuła, jak coś w niej pęka. — Przelałam ci wtedy wszystko. Zostało mi może 100 zł na spłatę pożyczki u mamy.
— No to weź z oszczędności. — powiedział tak naturalnie, jakby to była oczywistość. — Sławomir, ty chyba nie rozumiesz. Z oszczędności nie ma już czego brać.
Zapadła cisza. Renata patrzyła na obieraczkę w swojej dłoni. Ta marchewka miała iść do zupy, którą gotowała dla nich obojga, za swoje pieniądze. A on stał w sklepie z jej telefonem przy uchu, z trzema tysiącami w kieszeni, i prosił ją o trzysta złotych.
— Chyba coś źle liczysz — rzucił po chwili. — Przecież braliśmy od mojej mamy na tę lodówkę. — Ty brałeś. Ja ci te pieniądze oddałam, Sławomir.
Częściami, po 200 złotych, przez kilka miesięcy. Myślałam, że wiesz. — No skąd ja mam pamiętać takie rzeczy? — odpowiedział z irytacją.
— Powinnaś była głośniej powiedzieć. Renata położyła marchewkę na desce. Powoli, spokojnie, jakby bała się, że jeśli zrobi to za szybko, to coś w niej pęknie na dobre. W tle słyszała pikanie skanera, kasjerkę mówiącą coś do klienta, a głos Sławomira brzmiał, jakby prosił ją o coś najzwyklejszego na świecie.
— Skończyły się pieniądze — powiedział. — Trzeba było wziąć mrożoną pizzę zamiast schabu. Renata zacisnęła dłoń na telefonie. Zrozumiała wtedy, że on nie ma pojęcia, ile ich to kosztowało.
I co gorsza, nie chce wiedzieć. — Sławomir, ja ostatnio kupiłam tylko mrożonki i makaron. Ty wziąłeś schab, truskawki z cukrem i te drogie soki, które pijesz codziennie po pracy. — No to co?
Ja też mam prawo coś zjeść — burknął. — Wiesz co, zróbmy tak: ty mi przelasz te 300 zł, a ja ci oddam, jak będę miał. Tylko się nie mądrz. Renata milczała.
Patrzyła na swoje odbicie w szybie okna — kobietę, która od lat zaciska zęby, planuje, oszczędza, daje radę. I nagle zobaczyła coś innego. Zmęczenie, które nosiła tak długo, że przestała je zauważać. — Nie przelam — powiedziała cicho.
— Co? — Powiedziałam, że nie przelam. Masz trzy tysiące w kopercie w kurtce. Znalazłam je dzisiaj rano, szukając rękawiczek.
Cisza. Długa, gęsta, ciężka. — Ty grzebałaś w moich rzeczach? — usłyszała w końcu.
— Szukałam rękawiczek w przedpokoju, a koperta wypadła ci z kieszeni. Nie grzebałam. Ale widziałam, co tam jest. — To premia.
Moja premia. Ja na nią pracowałem. — Tak? A ja pracowałam na to, żebyś miał co jeść.
Ale widzę, że to tylko moja wina. Renata wzięła głęboki oddech. — Wracaj do domu. Porozmawiamy.
Rozłączyła się, zanim zdążył odpowiedzieć. Przez chwilę stała nieruchomo, czując na języku słowa, których nie powiedziała. Potem wróciła do obierania marchewki. Zupa i tak musiała się ugotować.
Ale tym razem, gdy woda zaczęła wrzeć, wiedziała już, że to ona będzie rozdawać karty. Kiedy Sławomir wrócił, na stole stała gorąca zupa. Pachniało domem, ciepłem, ustalonym porządkiem, który właśnie przestał istnieć. Renata siedziała przy stole z kubkiem herbaty.
Na blacie, obok jego talerza, leżała biała koperta. — Co to? — zapytał, rozpinając kurtkę. — Usiądź — powiedziała spokojnie.
— Renata, ja nie mam głowy do gierek. Mam ciężki dzień. — Też mam ciężki dzień. Siadaj.
Usiadł. Spojrzał na kopertę, potem na nią, potem znowu na kopertę, jakby to była pułapka. — Co to jest? — Twoja premia.
3000 zł. Wiedziałeś, że uzbierałam 2000 na lodówkę? Odkładałam po trochu z każdej wypłaty, przez rok. Miałaś mi pomóc, pamiętasz?
Przez rok czekałam, aż powiesz, że coś odłożysz. Nie powiedziałeś ani razu. — Bo nie było z czego. Miałem wydatki.
— Tak? A skąd się wzięły pieniądze na nowy kij wędkarski? Bo wiem, że go kupiłeś. Widziałam paragon w schowku.
Sławomir poczerwieniał. — No to co? Ja też mam prawo do przyjemności. — Masz.
Oczywiście, że masz. Tylko że ja nie mam do niczego. Od roku nie kupiłam sobie nawet nowych butów. A ty wydajesz trzy tysiące na wędkę, nie mówiąc mi nic.
— Bo wiedziałem, że będziesz dramatyzować. — Dramatyzować? — Renata zaśmiała się cicho, bez wesołości. — Ja tu od roku ukręcam sobie łeb, żeby związać koniec z końcem, a ty mi mówisz, że dramatyzuję?
Wstała, podeszła do szafki i wyjęła zeszyt. Otworzyła go na zakładce i położyła przed nim. — To jest nasz budżet. Każda złotówka, którą wydałam w tym roku.
Widzisz te rubryki? Czynsz, prąd, gaz, zakupy, lekarstwa, chemia. To wszystko. Z jednej pensji.
Sławomir popatrzył na zapisane strony. Potem na nią. — I co mi chcesz tym powiedzieć? — To, że ja cię utrzymywałam.
Ty zarabiałeś mniej, ale ja zawsze dokładałam, żeby było do końca miesiąca. I nigdy nie zrobiłam z tego afery. Ale ty wydajesz trzy tysiące na wędkę i mówisz mi, że dramatyzuję? — To nie jest zwykła wędka.
To jest porządny sprzęt, na lata. — Wiem. Widziałam paragon. I wiem, że na tym samym paragonie są przynęty za 400 złotych.
Sławomir westchnął ciężko, oparł łokcie na stole, ukrył twarz w dłoniach. — Dobra, wiem, że zawaliłem. — Nie. Ty nie wiesz.
Renata zaczerpnęła powietrza. Podeszła do stołu, wzięła kopertę i wsunęła ją do kieszeni kurtki, która wisiała na wieszaku. — Oddaj mi połowę tej premii. 1500 zł.
W tej chwili. Sławomir wyprostował się gwałtownie. — Nie gadaj bzdur. To moja premia.
Ja na nią pracowałem. — A ja pracowałam na to, żebyś miał dach nad głową. Ale widzę, że tego nie liczysz. Przez chwilę patrzyli na siebie w ciszy.
W końcu Renata odezwała się spokojnym, cichym głosem:
— Albo oddaj mi połowę, albo wynoszę się z dzieckiem do mamy. Wybieraj. Sławomir spojrzał na nią, jakby usłyszał coś, czego nie rozumie. — Ty byś to zrobiła?
Przez jakieś 1500 złotych? — Nie przez pieniądze, Sławomir. Przez to, że dla ciebie jestem tylko portfelem. A jak odmawiam — wrogiem.
Sławomir długo milczał. Potem wyciągnął telefon, coś kliknął. Po chwili Renacie zawibrował ekran. — Przelane — powiedział szorstko.
— 1500. Zadowolona? — Jeszcze nie. — Czego jeszcze chcesz?
— Chcę, żebyś to zrozumiał. To nie jest tak, że ja chcę twoich pieniędzy. Ja chcę, żebyś wreszcie zobaczył, że ja tu też jestem. Że też pracuję, też się staram, też mam prawo do czegoś swojego.
I że nie jestem twoją własnością. Sławomir patrzył na nią przez długą chwilę. Potem wstał, podszedł do kurtki, wyjął kopertę i położył ją na stole. — Weź.
Cała. Nie chcę jej. Renata spojrzała na kopertę, potem na niego. — Dlaczego?
— Bo widzę, że tobie to potrzebne bardziej niż mnie. — To nie o to chodzi. — Wiem. Ale weź.
Przynajmniej kupisz tę lodówkę i spokój. Renata przełknęła ślinę. Wzięła kopertę, ale nie poczuła triumfu. Poczuła tylko ciszę, która nagle zapadła w tym domu.
Ciszę, która mówiła: coś się skończyło. Może nie to, co ważne, ale to, co było wygodne. — Dziękuję — powiedziała cicho. — Nie dziękuj.
Ja tylko nie chcę, żebyś myślała, że jestem potworem. — Nie myślę tak. — To o czym myślisz? Renata spojrzała na niego.
Na mężczyznę, z którym dzieliła życie, łóżko i rachunki. I nagle zdała sobie sprawę, że nie wie, kim on jest. — Myślę o tym, że przez osiem lat czułam się samotna, nawet kiedy byłeś obok. Sławomir nic nie odpowiedział.
W kuchni zapadła cisza tak gęsta, że słychać było tykanie starego zegara, którego nikt nigdy nie nakręcał. Renata wstała, wzięła zeszyt, schowała kopertę do szuflady. — Idę spać — powiedziała. — A zupa?
— Zjedz, jeśli chcesz. Poszła do sypialni. Zamknęła drzwi. Siedziała na łóżku w ciemności, czując w dłoniach szorstką tkaninę kołdry, która pamiętała tyle wspólnych nocy.
Nie płakała. Czuła tylko dziwny spokój, który przychodzi wtedy, gdy w końcu przestajesz czekać na to, czego nie ma.


