Zawsze myślałem, że największym wrogiem Konfederacji były armie Północy. Dopiero gdy zacząłem grzebać w szczegółach, zrozumiałem, jak bardzo się myliłem. Południe przegrało tę wojnę, zanim jeszcze…

Zawsze myślałem, że największym wrogiem Konfederacji były armie Północy. Dopiero gdy zacząłem grzebać w szczegółach, zrozumiałem, jak bardzo się myliłem. Południe przegrało tę wojnę, zanim jeszcze...

Konfederacja miała od samego początku niezwykle niskie szanse na wygranie wojny. Północ dysponowała czterokrotnie większą liczbą białych mężczyzn zdolnych do służby, a do tego mogła liczyć na formacje z czarnych żołnierzy. Jednak ta zadziwiająca wytrzymałość defensywy na kolejne porażki dotyczyła także Południa. W trudnym 1864 roku, już po Gettysburgu, to siły Unii nagle stanęły przed serią ofensywnych dylematów.

Thumbnail

Północne sukcesy paradoksalnie doprowadziły do militarnej słabości – armie okupacyjne musiały zarządzać setkami tysięcy mil kwadratowych podbitego terytorium, a dodatkowo wydzielać ludzi do ochrony taborów przed rajдами kawalerii i partyzantów. To zmniejszyło przewagę liczebną naprzeciw Konfederatów. Interesującym wskaźnikiem nastrojów w Europie były notowania obligacji wypuszczonych przez francuskich bankierów. Porażki z 1863 roku oznaczały tąpnięcie, ale potem nastąpił wzrost trwający aż do jesieni 1864 roku.

To właśnie wtedy skumulowały się te potencjalne korzyści, które dowódcy CSA do tej pory odrzucali. Wojna defensywna Południa wywróciła statystykę strat. Na Północy entuzjazm opinii publicznej zaczął się rykoszetem odbijać. Lincoln narzekał: “Ludzie są zbyt pełni optymizmu.

Oczekują zbyt wiele na raz”. Nastroje bliskiego końca wojny kontrastowały z rosnącymi, szokującymi listami strat. Konfederackie armie odniosły serię niewielkich strategicznie, ale istotnych pod względem morale zwycięstw. Armia generała Granta w kampanii Wilderness straciła 32 000 ludzi – to był przerażający rekord wojny.

Kosztowna bitwa pod Cold Harbor zakończyła się wielkim kacem na Północy. Ale Północ mogła sobie pozwolić na więcej takich koszmarnych dni. Na Południu politycy w końcu zdecydowali się na zmianę polityki w sprawie bawełny. Z wielkim trzyletnim poślizgiem porzucono embargo i wrócono do otwartego handlu.

Efekty były jednak ograniczone, a postępy sił Unii zagrażały kluczowym portom. Ostatnią nadzieją CSA były zbliżające się wybory prezydenckie na Północy. Demokratycznym konkurentem Lincolna był George McClellan, zwolniony wcześniej głównodowodzący. Szukanie w nim człowieka, który wycofałby Stany Zjednoczone z wojny, to ogromna przesada – McClellan nie zmienił poglądów w kwestii konieczności kontynuowania walki.

Wszelkie wątpliwości rozwiało zdobycie Atlanty 2 września 1864 roku, co zamknęło usta krytykom Lincolna. Stwierdzenie, że zwycięstwo Unii było nieuniknione, to niebezpieczne spłycenie konfliktu. Siły Północy musiały dokonać kolosalnego wysiłku, przełknąć liczne klęski, uczyć się na błędach. Ostatecznie przywódcy Konfederacji musieliby popełnić znacznie mniej błędów w pierwszych latach wojny.

Skonfederowane Stany nie były gotowe na ustępstwa wewnętrzne, na zbudowanie scentralizowanego mechanizmu kontrolowanego z Richmond. Polityka bawełnianego króla była błędem, a generał Lee wykrwawił swoje siły w ofensywach, które mógł wykorzystać później do obrony. Południe przykładało wielką wagę do tego, co działo się na tyłach Północy, a przez lata zaniedbywało własne zaplecze. Latem 64 roku Konfederacja trzeszczała w szwach.

Nawet remis przekreślałby możliwość długofalowego utrzymania niepodległości – koszt wojny był druzgocący. Pod koniec konfliktu na Południu rozważano nawet jakąś formę emancypacji niewolników, aby zasilić jednostki frontowe. Wygranie wojny wymagałoby znacznie mocniejszej mobilizacji od pierwszych dni, porzucenia partykularyzmów, bycia o krok przed rozwiązaniami wprowadzanymi na Północy. Tylko w ten sposób można było zniechęcić północną opinię publiczną i przekonać Francję i Wielką Brytanię do interwencji.

Lee decydował się na kosztowne ofensywy, które pozbawiały go ludzi potrzebnych do skutecznej obrony. Trzeba porzucić wizje o jednej bitwie, która zmieniłaby cały przebieg wojny. Dzięki reformom przeprowadzonym w 1862 roku i pozbyciu się nieudolnych oficerów, takich jak McClellan, Północ stanęła mocno na dwóch nogach. Dowódcy jak Grant czy Sherman mogli prowadzić krwawe kampanie, które spełniały założenia – wgryzienie się głęboko w terytorium wroga.

Sytuacja za linią frontu Południa od połowy 63 roku stała się krytyczna. Ceny rosły wielokrotnie, inflacja pożerała oszczędności, utrzymanie setek tysięcy mężczyzn pod bronią odbyło się kosztem zaopatrzenia cywilów. Ceny żywności wzrosły nawet dziewięćdziesięciokrotnie względem przedwojennych. Konfederacja mogłaby zwiększyć szanse na przetrwanie, wybierając jeden konkretny plan – albo wojnę krótką i intensywną, wymagającą szybkiej mobilizacji, albo strategię defensywną, karzącą wroga na nieznanym terenie.

Oba scenariusze wymagały czegoś więcej niż luźnej konfederacji. Potrzebne były szybsze reakcje i powszechny pobór. Ale nawet gdyby południowcy wiedzieli, co ich czeka, nie porzuciliby tego, co rozumieli jako wolność od interwencji prezydenta – czy to z Waszyngtonu, czy z Richmond.

Właśnie ta decentralistyczna mentalność, to przywiązanie do partykularnych interesów kosztem wspólnego dobra, okazała się największym wrogiem Konfederacji – znacznie groźniejszym niż armie Północy.