Kilka dni przed długo wyczekiwanym urlopem Roman pojechał na firmową integrację do hotelu pod Łodzią. Od rana panował upał nie do zniesienia – człowiek nie miał siły nawet ruszyć ręką, a co dopiero nosić stoły, wieszać ozdoby i udawać entuzjazm. Na dziedzińcu szykowano letnie przyjęcie, a Roman od początku był w swoim żywiole. Beata widziała go przez okno, jak krzątał się przy grillu, przekrzykując kelnerów.

– Prognoza mówi, że będzie 30 stopni do wieczora. Może zwolnij trochę – powiedziała, gdy wpadł do pokoju po kolejną skrzynkę napojów. – Do pięćdziesiątki mam jeszcze kawał czasu. Daj mi spokój – rzucił i wybiegł z powrotem na taras.
Wieczorem, gdy inni siedzieli przy stołach, Roman wspiął się na drabinę, żeby poprawić lampiony. Beata słyszała trzask gałęzi, zanim zobaczyła go na ziemi. Pogotowie zabrało go do szpitala w Łodzi. Lekarz stwierdził skręconą kostkę i kilka siniaków.
– No i co z tego? – Beata usłyszała jego głos, gdy wróciła do domu. – To tylko noga. Nic wielkiego.
Przez całe ich małżeństwo to ona pilnowała opłat, ubezpieczenia auta, wizyt u dentysty i przeglądów technicznych. Pewnego lata Roman wrócił do domu z ogromnym grillem gazowym, który sam rozpakował i postawił na balkonie, a potem przez trzy tygodnie udawał, że nie wie, gdzie są rachunki. Teraz lekarz zalecił spokój i odpoczynek. Beata miała przychodzić rano i wieczorem, podgrzewać jedzenie, robić zakupy, przypominać o lekach i w razie potrzeby wozić go do przychodni.
Wszystko to w czasie, gdy miała jechać na wymarzony urlop, który planowała od roku. Pierwszego dnia weszła do jego mieszkania, zdjęła sandały i rozejrzała się po salonie. – Gdzie jest pacjent? – zapytała.
Roman siedział w fotelu z nogą na podnóżku, pilot w jednej ręce, telefon w drugiej. – Kazała mi przynieść wodę, ale nie mogę chodzić – powiedział. Beata odwróciła się do okna, żeby nie zobaczył jej uśmiechu. – No dobrze – powiedziała po chwili.
Wieczorem zadzwoniła do biura podróży. Zmiana danych na bilecie i dopisanie Ewy do rezerwacji miały kosztować około 1200 złotych. – Muszę tylko znać twoje dane do biletu – powiedziała Ewa, gdy Beata opowiedziała jej plan. Beata odłożyła telefon ekranem do dołu i patrzyła długo na ciemne okno.
Następnego dnia Ewa przyjechała do niej wieczorem, żeby rano mogły razem pojechać do Warszawy. Do Warszawy pojechały wcześniej zamówionym samochodem. Po kilku dniach Roman zadzwonił, gdy siedziały na plaży. – Pani Teresa kazała mi samemu dojść do kuchni – powiedział z wyrzutem.
– Naprawdę? I co, znalazłeś drogę? – Pan Roman zjadł obiad, wziął leki i sam doszedł do łazienki – odpowiedziała Beata spokojnie. Odłożyła telefon, a Ewa spojrzała na nią.
– Widzę, że Roman od lat przyzwyczaił cię do ratowania go. Ale decyzja musi być twoja, inaczej za pół roku obwinisz mnie. Beata patrzyła na morze. Pojechały też do niewielkich miejscowości na wybrzeżu, gdzie białe łodzie kołysały się w porcie, a starsi ludzie siedzieli przy stolikach bez pośpiechu.
– No wreszcie – powiedziała Ewa, gdy wracały do hotelu. – Kazał mi samemu dojść do łazienki – powtarzał Roman w kolejnych rozmowach, ale Beata za każdym razem zmieniała temat. Kiedyś powiedział:
– Powiedziałam mu, że przez 40 lat znajdowałam jego skarpetki, więc drogę do hotelu też znajdę. Ewa zaśmiała się, ale Beata poczuła, że to już nie jest śmieszne.
To, co miało być krótkim wytchnieniem, stawało się granicą, której nie chciała przekroczyć. Im bliżej było powrotu, tym wyraźniej widziała, że nie chce wracać do tego, co było. – Właśnie dlatego nie mogę wrócić do tego, co było – powiedziała cicho do Ewy ostatniego wieczoru. – Może warto porozmawiać z psychologiem?
– zaproponowała Ewa. Beata zamówiła taksówkę i przez całą drogę patrzyła przez okno. Przed wejściem do bloku dotknęła srebrnego wisiorka na szyi, który dostała od matki na dwudzieste urodziny. Weszła do mieszkania.
Roman siedział w fotelu, noga na podnóżku, pilot w ręce. – No proszę – powiedział. – Wróciłaś. Beata weszła do sypialni i wyjęła z szafy średnią walizkę.
Zaczęła pakować swoje rzeczy. – Co ty robisz? – zapytał, podnosząc się z fotela. – Byłeś w przychodni, sam dochodzisz do kuchni i łazienki, zakupy robisz przez telefon.
Poradzisz sobie – powiedziała, nie odwracając się. – Chcę, żeby wszystko wróciło do normy – powiedział, podchodząc do drzwi sypialni. – Właśnie do tej normy nie chcę wracać. Roman ruszył do drzwi zaskakująco żwawym krokiem.
Stanął w progu, ale ona powiedziała tylko:
– Żebyś przyznał, że sam doprowadziłeś do tego wypadku. To wszystko. Zapięła walizkę, wzięła ją i ruszyła do drzwi.


