Trzy razy w tygodniu jeździłam na drugi koniec miasta do jej małego mieszkania. Pomogłam pani Halinie wejść do środka, nalałam rosołu do miski, a potem wracałam do domu wyczerpana. Robiłam to dla Tomasza, bo to była jego matka, a on zawsze powtarzał, że nie ma czasu. Pewnego wieczoru spojrzałam na monitor kamer, które zamontowałam u niej dla bezpieczeństwa.

Kamera nie miała dźwięku, a on uśmiechnął się tym uśmiechem, tym samym, którym kiedyś uśmiechał się do mnie. Żołądek podszedł mi do gardła. Pobiegłam do łazienki i zwymiotowałam. Chciałam do niego zadzwonić, chciałam krzyczeć, chciałam tam pojechać, ale coś mnie powstrzymało.
Kiedy Tomasz wrócił do domu o 18:00, byłam w kuchni i przygotowywałam kotlety schabowe. Zapytał, co robiłam. Powiedziałam, że byłam u jego matki. Skłamał, że wpadł do niej przed powrotem, ale ja już wiedziałam, że nie wpadł do mamy.
Wpadł do łóżka mamy. Każdego ranka Tomasz wstawał, całował mnie w czoło, pił kawę i szedł do pracy. Udawałam, że nic nie wiem, ale w głowie układałam plan. Może dzisiaj nie jeździ do mamy?
Może to był tylko jeden raz? Pojechałam do pani Haliny o 10:00. Pomogłam jej wrócić do fotela, nalałam rosołu do miski, a w drodze powrotnej zatrzymałam się przy starym kościele, do którego chodziłam jako dziecko z babcią. Usiadłam w ławce i patrzyłam na witraże.
Stara kobieta obok mnie skinęła głową, jakby rozumiała, i wróciła do swoich modlitw. Kiedy wróciłam do domu, Tomasz już tam był. Zabrał Magdę do mieszkania swojej matki znowu. Tej nocy, kiedy już spał, wstałam z łóżka, poszłam do łazienki i patrzyłam na siebie w lustrze.
Wiedziałam, że nie mogę tak dłużej żyć. Wróciłam do łóżka i leżałam z otwartymi oczami do rana. Następnego dnia otworzyłam szafę i wyjęłam starą torbę podróżną spod łóżka. Po południu pojechałam do pani Haliny.
Usiadam tam niezdolna do mówienia, a ona patrzyła na mnie z tym samym spokojem co zawsze. Kiedy wracałam do domu tego wieczoru, coś we mnie się zmieniło. On już nie wie, z kim ma do czynienia, a ja dopiero zaczynam. Następnego dnia pani Halina zadzwoniła do mnie rano, gdy Tomasz właśnie wyszedł do pracy.
Powiedziała, żebym przyjechała, bo ma coś ważnego do powiedzenia. Kiedy dotarłam do jej mieszkania, zastałam ją ubraną i uczesaną. Spojrzała na mnie i powiedziała, że Tomasz zawsze przychodzi do niej rano w dzień ich rocznic. Dzwoniła do mnie za każdym razem, gdy mówił, że jedzie ją odwiedzić, a ja sprawdzałam kamerę.
W czwartek o 2:00 pani Halina zadzwoniła do mnie natychmiast, a w sobotę wieczorem Tomasz zabrał mnie na kolację do małej restauracji w Starym Mieście, tej samej, gdzie mieliśmy pierwszą randkę osiem lat temu. Kiedy w końcu przyszedł do łóżka, było już po północy. Jechałam tramwajem przez całe miasto, patrząc na Kraków budzący się do życia. Ludzie szli do pracy, dzieci biegły do szkoły, a ja wiedziałam, że to mój ostatni raz w tym mieście.
Dotarłam do mieszkania pani Haliny o 9:00. Była już ubrana. Powiedziała, żebym poszła do pokoju gościnnego i tam poczekała. O 10:20 zadzwonił dzwonek.
Usłyszałam głos Tomasza, ale pani Halina powiedziała mu: „Mamo, nie mów do mnie”. Wyszła do przedpokoju. Przez szparę w drzwiach widziałam, jak stoi z kobietą, którą kiedyś widziałam na kamerze. Pani Halina powiedziała: „Kto kocha, nie przyprowadza innej kobiety do łóżka swojej chorej matki, podczas gdy jego żona się nią opiekuje”.
Wyszedł bez słowa. Pani Halina wróciła do pokoju, usiadła i powiedziała: „Nie ma nic do rozwiązania. Jeśli potrzebujesz miejsca do życia, jeśli potrzebujesz pomocy, jestem tutaj”. Podeszłam do niej i chwyciłam jej dłoń.
Pojechałam prosto do domu. Nie było nic więcej do powiedzenia. Zadzwoniłam do mojej siostry Zosi i zapytałam, czy mogę do niej przyjechać na jakiś czas. Wsiadłam do pociągu o 7:00 wieczorem.
Przez całą drogę dzwonił telefon. 20, 30, 40 połączeń. Pociąg dotarł do Warszawy o 21:00. Zosia czekała na mnie na peronie.
Powiedziała mi, że Tomasz przychodzi do niej codziennie. Prosi ją, żeby ze mną porozmawiała, żeby mnie przekonała do powrotu. Ale ja już podjęłam decyzję. Zaczęłam pracować w małej pracowni krawieckiej, która szukała kogoś do poprawek i szycia na zamówienie.
Pracownia należała do starszej pani, pani Jadwigi, która powiedziała mi kiedyś, że jej mąż zostawił ją 20 lat temu z dwójką dzieci dla młodszej. „Każda nitka to krok do przodu” – mówiła. Ludzie przychodzili z sukienkami do skrócenia, spodniami do zwężenia, dziurami do zacerowania. Pojechałam do Krakowa na weekend, żeby odwiedzić panią Halinę.
Czasem klientki przychodzą do pracowni i opowiadają mi swoje historie o zdradzie. A ja słucham i wiem, że każda z nich musi znaleźć swoją własną drogę.


