Nie została przy mnie nawet na chwilę. Wróciła nad jezioro, do swojej rodziny, do grilla i rozmów przy stole. Jedną ręką pakowała kosmetyczkę, drugą pokazywała mi, żebym wyniósł torbę do auta. Stary pomost za płotem i szopa przy boku, pomalowana kiedyś na brązowo, choć farba dawno zeszła płatami.

Renata już machała do swojej siostry, jakbyśmy przyjechali na wczasy do pensjonatu, nie do miejsca, gdzie ja od progu czułem zapach roboty. No jest nasz fachowiec. No coś ty, Wojtek. Renata odwróciła się do mnie dopiero wtedy, gdy zauważyła, że stoję w miejscu.
Darek zaprowadził mnie najpierw do szopy. No fachowcu, weźmiemy narzędzia i ogarniemy temat. Jednemu kazał przynieść węgiel do grilla, drugiemu przesunąć stół. Jedną śrubę trzeba było wyciągnąć, drugą wpuścić pod kątem, deskę przytrzymać tak, żeby nie pękła do końca.
No przecież patrzę. Bark poszedł dziwnie do tyłu, a głowa odbiła się od twardej płyty przy szopie. Powiedziała Renata, ale nie do mnie, do innych. Do szpitala w Toruniu wwieźli mnie przez boczne wejście, bo na podjeździe dla karetek zrobił się ruch.
Lekarz przyszedł do mnie z tabletem w ręku. Do tego silne stłuczenie boku, prawdopodobnie lekkie wstrząśnienie. Weszła do sali w tej samej jasnej bluzce z torebką przewieszoną przez ramię i telefonem w ręku. No i co?
No przecież widzę, że masz rękę w gipsie. Powiedziała to takim tonem, jakby oznajmiała, że idzie do sklepu po mleko. Miałem nadzieję, że Renata do niej zadzwoniła. Wpadła do sali w kurtce narzuconej na bluzę z włosami związanymi byle jak i twarzą bladą ze strachu.
Podeszła do łóżka, spojrzała na gips, na mój obity bok, na bandaż przy skroni, a potem prosto w oczy. No i jak? No była. Do szopy, do pomostu, do tych desek, na które patrzyłem ostatni raz z ziemi, z bólem w całym ciele.
Miała błoto na butach, wilgotne włosy przyklejone do skroni i twarz tak zmęczoną, jakby przez kilka godzin niosła coś ciężkiego. Te słowa wróciły do mnie od razu. Darek ruszył pod porę, a potem kiedy karetka zabrała mnie do szpitala, wrócił tam i próbował ją przykręcić z powrotem, żeby wyglądało, że wszystko było na miejscu, że pomost był bezpieczny, że ja sam źle stanąłem. Ze szpitala nie wróciłem do domu.
Ola zabrała mnie do siebie. Przyjechała pod szpital, pomogła mi wsiąść do auta, zapięła pas ostrożnie, żeby nie szarpnąć obolałego barku i tylko powiedziała: U mnie kanapa jest niewygodna, ale przynajmniej nikt nie będzie ci mówił, że przesadzasz. No Wojtek zaczął. Słuchaj, no dobra, może ruszyłem tę podporę, ale przecież chciałem pomóc.
Wracasz do domu i kończymy tę farsę, czy wybierasz to? Klatka pachnąca kapustą, płynem do podłóg i czyimś papierosem, którego niby nikt nie palił. Ale kiedy pierwszy raz przekręciłem klucz w zamku i wszedłem do środka sam, bez Renaty za plecami, bez Darka w drzwiach, bez czyjegoś uśmiechu, poczułem, że to już nie jest mój dom. Ma pan wrócić do sprawności, a nie komuś coś udowodnić.
Do stolarni nie wróciłem od razu. Lekarz zabronił dźwigać, kręcić barkiem, przeciążać ręki, ale drewno ciągnęło mnie do siebie. Potem małą półkę do kuchni Oli. Nie wszystko było moją robotą do naprawienia.
Wstała, poszła do przedpokoju i wróciła z małym zawiniątkiem w papierze. Stary bilet PKP z wyjazdu do Gdańska, dwa guziki, mała moneta, zasuszony liść, kawałek niebieskiej wstążki. Same nic nie warte rzeczy, które dla dziecka były kiedyś skarbem. I wtedy zrozumiałem, że nie muszę już nikomu niczego udowadniać.
Nie muszę wracać do pomostu, żeby pokazać, że potrafię. Nie muszę słuchać, jak Renata mówi, że przesadzam. Mam swoje ręce, mam swój zapach drewna i mam kogoś, kto patrzy na mnie inaczej niż na faceta, który spadł z deski. Przekręciłem klucz w zamku po raz ostatni i zostawiłem tam wszystko, co ciężkie.
Ola czekała w aucie z silnikiem na wolnych obrotach. No to wracamy? – zapytała. Wracamy.
I dopiero wtedy poczułem, że to prawda.


