Fryzjerka mówiła do mnie przez cały ranek. Przez dwadzieścia lat przyjaźni nie było chwili, żeby nie miała nic do powiedzenia. Kiedy przeżywałam pierwsze złamane serce, siedziałyśmy do trzeciej w nocy, a ona mówiła i mówiła o wszystkim i o niczym. Tego dnia odwróciła się do mnie i uśmiechnęła.

Ale ja czułam tylko to, że kiedy wchodzę do pokoju i nasze oczy się spotykają, on lekko opuszcza wzrok. Było pięknie. To dziwne myśleć o pięknie kościoła w chwili, gdy nogi same niosą cię do przodu, a ty czujesz, że coś w środku idzie w odwrotną stronę. Uśmiechnięte twarze, telefony uniesione do góry.
Uśmiechnęłam się i poczułam, że ten uśmiech nie należy do mnie, że pożyczyłam go od kogoś, kto naprawdę jest szczęśliwy. Dotarłam do ołtarza. A on nie wiedział, jak mi powiedzieć, że ma powody do tego samego strachu. I wtedy ksiądz zwrócił się do mnie, pochylił się do mojego ucha.
Ktoś coś powiedział do kogoś, ktoś się poruszył, ktoś nie rozumiał, co się dzieje. Tylko Agnieszka stała za moim lewym ramieniem, bo tam stoi druchna, i wiem to, bo znam ją od dwudziestu lat. Podał mi go bez słowa, ekranem do góry i wtedy zobaczyłam. Słowa Piotra do kobiety, której nie znałam.
Ona to byłam ja, zredukowana do jednego zaimka, do anonimowego problemu, który trzeba obejść, do przeszkody, która na szczęście dla nich nic nie wie. Powoli, spokojnie, jakbym oddawała coś pożyczonego, coś, co do mnie nie należy i czego nie chcę przy sobie zatrzymywać. Szłam do pracy i ich zobaczyłam. Piotr zapukał do drzwi jeden raz, potem drugi.
Powoli, każdy guzik osobno, od góry do dołu. Wyszłam do kuchni. Zadzwoniłam do Stanisława, uniosłam wzrok. Siedziałyśmy do późna, nie rozmawiałyśmy o Piotrze.
I od czasu do czasu któraś z nas mówiła coś zupełnie nieważnego. Odłożyłam telefon ekranem do dołu, napisany z wysiłkiem człowieka, który nie nawykł do pisania takich rzeczy. „Zadzwoniłem dziś do twojej mamy. ”
Jeszcze tego nie wiedziałam do końca, ale czułam to po raz pierwszy.
I to, że nie liczyłam, było pierwszym znakiem, że zaczynam wracać do siebie. Gdzieś w trzecim tygodniu zadzwoniła do mnie mama. „Stanisław do mnie zadzwonił. Że jego syn nie dorósł do ciebie, że przeprasza za wszystko, co wiedział i czego nie powiedział wcześniej.
”
I na końcu okazało się, że ta osoba siedziała przy moim stole od dwudziestu lat i czekała, aż skończę szukać gdzie indziej. Nie szukałam, ale wiadomości przychodziły same, jak to bywa w miastach, które są duże, ale nie aż tak duże. Ale kiedyś Stanisław napisał do mnie raz jeszcze, kilka miesięcy później, krótko jak poprzednio. „Dziękujemy, że byłaś z nami do końca.
”


