Rozmowa z prawniczką trwała w ciszy biura, a ja patrzyłem na Marka, który siedział obok, spokojny, jakby chodziło o formalność. Ewa Kowalska, prawniczka reprezentująca jego matkę, położyła przed nami dokumenty. Wydruk umowy kredytowej sprzed dwudziestu lat. Patrzyłem na te liczby: 350 000, oprocentowanie 20%, okres 7 lat.

To były nasze oszczędności na mieszkanie, które mieliśmy z Markiem zamiast ślubu. Teraz ta kobieta żądała od nas 350 000 za imprezę, na którą nawet nas nie zaprosiła. Anna, moja córka, siedziała obok, ogłuszona. Ludmiła Kowalska, matka Marka, zorganizowała córce ślub za 350 000, a rachunek przysłała nam.
To miało być wiano, prezent od rodziny. Tylko że my z Markiem i Anną nie mieliśmy tych pieniędzy. To były nasze oszczędności na własne mieszkanie, odłożone z trudem, z odłożonymi planami. 350 000 na 20% w skali roku, przez 7 lat.
To było niewykonalne. Ludmiła dzwoniła do Marka codziennie, kilka razy dziennie. Zostawiała wiadomości, groziła, błagała. Anna nie mogła uwierzyć, że ktoś może żądać czegoś takiego.
„To jest system


