Było wczesne popołudnie, gdy przed naszym domem zatrzymał się samochód. Z okna zobaczyłam, jak wysiadają Barbara z mężem i dziećmi. Sama ich zaprosiłam – wcześniej rozmawiałyśmy przez telefon i powiedziałam, żeby śmiało przyjeżdżali, bo mamy mnóstwo miejsca. Przed chwilą jeszcze byłam przekonana, że to dobry pomysł.

Z samochodu wysiadł też ich starszy syn, Jakub. Chłopak może dwudziestoletni, z telefonem przyklejonym do dłoni, jakby to była część jego ciała. Przywitaliśmy się, pomogłam im wnieść bagaże. Weszli do środka, a Barbara od razu zaczęła się rozglądać po przedpokoju, jakby coś sprawdzała.
Jakub tymczasem zdjął buty, rzucił je przy szafce i zapytał:
– Jakie jest hasło do WiFi? Zaśmiałam się i podałam mu hasło, choć coś w środku już zaczęło mi szeptać, że to nie będzie zwykła wizyta. Patrzyłam na te torby i walizki, które wnosili do domu i zastanawiałam się, czy aby na pewno nie planują się do nas wprowadzić na stałe. Po chwili do kuchni wszedł Patryk, mój mąż.
Spojrzał na cały ten bagaż, zatrzymał się, a filiżanka, którą trzymał, utknęła mu w połowie drogi do ust. – To wy na weekend? – zapytał cicho. Barbara uśmiechnęła się szeroko.
– No przecież do poniedziałku. Mama powiedziała, że możecie u nas mieszkać do poniedziałku. Patryk przełknął ślinę i powtórzył:
– Czyli do poniedziałku? To ty ich zaprosiłaś?
Spojrzałam na niego i kiwnęłam głową. Uśmiechnęłam się do Barbary, która już rozglądała się za miejscem na swoją torbę. Następnego dnia rano wszystko wyglądało jeszcze bardziej skomplikowanie. Przy śniadaniu Barbara obwieściła, że musi natychmiast wyjść, bo ma pilne sprawy w mieście.
Patryk sprzątał ze stołu, ja wkładałam naczynia do zmywarki, a w tle słychać było Jakuba, który znowu pytał o hasło do WiFi. Właśnie wtedy przypomniałam sobie, że w łazience od tygodnia cieknie rura. Właściwie to nie cieknie – to leje. Trzeba było dostać się do rur, rozkuć kawałek ściany i wymienić stare połączenie.
Poprzedniego wieczoru, kiedy Barbara i reszta wreszcie poszli spać, napisałam do hydraulika, którego polecił nam sąsiad. Umówiliśmy się na rano. Patryk wszedł do łazienki, wyciągnął środki czystości z szafki i powiedział, że może spróbuje to załatać. Ale wiedziałam, że to nie przelewki – bez fachowca się nie obejdzie.
Nagle do rozmowy włączył się Jakub, który do tej pory całkowicie ignorował naszą obecność. – A jak będą potrzebowali dostępu do gniazdek, to trzeba będzie odłączyć prąd? – zapytał. Zanim zdążyliśmy odpowiedzieć, przed domem zatrzymał się samochód.
Do środka wszedł hydraulik z dużą torbą narzędziową, a za nim drugi mężczyzna niosący skrzynkę i wiertarkę. Podeszłam do nich, przywitałam się i wskazałam im łazienkę. Jakub jęknął tak ciężko, jakby właśnie odcięto mu dostęp do świata. Tadeusz, mąż Barbary, stanął w drzwiach łazienki i zajrzał do środka.
Hydraulik odwrócił się do niego i zapytał, czy mogą zaczynać, bo będzie trochę hałasu i kurzu. Tadeusz chodził od okna do okna, niezadowolony, że nie może normalnie wypocząć. Barbara kilka razy zaglądała do łazienki, jakby liczyła na to, że rury same się naprawią. W końcu podeszła do mnie do kuchni, usiadła przy stole, westchnęła i powiedziała, że to wszystko jest bardzo męczące.
Parking, jedzenie, tysiące spraw do załatwienia. Przecież dlatego pojechali do rodziny – żeby odpocząć. Patryk spojrzał na nią, potem na mnie, po czym powiedział:
– Przecież możecie pojechać do mamy. Do Ewy.
Barbara zmarszczyła czoło, spojrzała na telefon, a potem na niego. Po chwili namysłu powiedziała:
– To przyjedziemy do ciebie. I nagle, jakby to było najprostsze na świecie, wstała, rzuciła do męża, że jadą do Ewy, czyli do jego mamy, i zaczęła pakować swoje rzeczy. Tadeusz nachylił się do telefonu, coś sprawdził i powiedział, że mogą jechać.
Patrzyłam na to wszystko z niedowierzaniem. Pół godziny temu mieliśmy pełen dom gości, a teraz oni naprawdę pakowali się i wychodzili. Jakub – który od pół godziny co chwilę pytał o hasło do internetu – nagle ożywił się, wstał i poszedł do samochodu. Patryk pomógł im wynieść bagaże.
Gdy wracaliśmy do domu, miałam wrażenie, że cała ta wizyta to był jakiś dziwny sen. Może to był test, a może po prostu taki układ. Ale od tamtej pory, gdy ktoś pyta, czy może nas odwiedzić, uśmiecham się i odpowiadam ostrożnie. Barbara z rodziną została u Ewy do poniedziałku.
A jeśli chodzi o Jakuba – słyszałam, że w końcu znalazł hasło do innego WiFi. Od tamtej pory nikt już nie przyjeżdżał do nas bez zaproszenia. I wiecie co? Może to i lepiej.
Zresztą – o tym opowiem Wam innym razem.


