W roku 117 naszej ery cesarstwo rzymskie stało u szczytu swojej potęgi. Właśnie wtedy poważnie zachorował i wkrótce zmarł cesarz Trajan, a na łożu śmierci miał podjąć decyzję o adoptowaniu Hadriana, syna swojego kuzyna. W ten sposób władzę objął człowiek sprawdzony zarówno w sprawach cywilnych, jak i wojskowych. Ale to, co wydawało się szczytem sukcesu, kryło w sobie problemy, które na długą metę miały doprowadzić imperium do upadku.

Pierwszym z nich był system sukcesji. Epoka tak zwanych dobrych cesarzy opierała się na merytorycznym wyborze następcy, ale wszyscy ci władcy – Nerwa, Trajan, Hadrian i Antoninus Pius – byli bezdzietni. System adopcyjnej sukcesji działał tylko w bardzo określonym środowisku. Co by się stało, gdyby cesarz zapragnął przekazać władzę własnym synom?
To pytanie miało wkrótce powrócić ze zdwojoną siłą. Tymczasem w cesarstwie postępowała romanizacja prowincji. Hiszpania otrzymała prawa latyńskie, a prowincje stawały się rezerwuarem utalentowanych urzędników, którzy mogli zajść na sam szczyt. Ale wraz z romanizacją postępowała specjalizacja regionów, a ciężar wyżywienia imperium spadał na prowincje.
Cesarstwo, aby utrzymać się na fali złotej epoki, dosłownie przeżerało wszystkie dostępne zasoby naturalne. Niska wydajność rolnictwa prowadziła do wielkiego wylesienia, a kopalnie w Brytanii, Hiszpanii i Dacji bezpowrotnie zmieniały krajobraz i ekosystemy. Ogrom bogactwa musiał utrzymywać niezwykle kosztowną armię, liczącą od 300 do 500 tysięcy żołnierzy. Kosztowała ona około połowę rocznych przychodów cesarstwa, choć obrót pieniądza nie był tak intensywny jak dzisiaj.
Podatki odpowiadały za około 5–7% produktu krajowego brutto, więc utrzymanie armii pochłaniało około 2,5–3,5% PKB. Nie brzmi to tragicznie, ale spokój opierał się na kluczowym balansie, który łatwo było stracić. Coraz częściej stawiano pytania o nierównomierny podział zysków. W prowincjach zachodnich, takich jak Galia i Hiszpania, znajdowano monety gorszej jakości.
Wschód był niejako skazany na sukces dzięki bliskości szlaków do Indii i Chin oraz samowystarczalności Egiptu. Ta specjalizacja dotyczyła też armii. August przekształcił ją w pełni profesjonalną instytucję, a służba w jednostkach pomocniczych, auxiliach, pozwalała mieszkańcom prowincji na otrzymanie rzymskiego obywatelstwa. Ale system miał swoje limity.
Po powstaniu Batawów w 69 roku jednostki zaczęto przerzucać daleko od ojczyzn, a rekrutów zasysano z różnych regionów imperium. Archeolog Ian Haynes porównał tę politykę do wydobycia surowców – często przymusowa służba wyrywała zęby prowincjom i osłabiała ich potencjał do buntów. Z czasem mieszkańcy Italii stanowili coraz mniejszy odsetek armii. W II wieku ich udział w legionach spadł do 20%, a w całej armii, łącznie z auxiliami, do mniej niż 10%.
Romanizacja przeżerała potencjał prowincji, a w obliczu kryzysu Rzymianie musieliby szukać rekrutów wśród kultur, które nadal potrafiły walczyć – często spoza granic imperium. Fascynujące jest zestawienie danych o wzroście: Wegecjusz opisywał, że kandydat na legionistę powinien mieć między 177 a 183 cm wzrostu, podczas gdy przeciętny mieszkaniec Italii czy Brytanii mierzył około 164 cm. Czy to oznaczało, że coraz bardziej rośli żołnierze bronili milionów cywilów, którzy formalnie nie nadawali się do służby? Kolejnym problemem było zdrowie obywateli.
Historycy proponują różne wizje poziomu życia w cesarstwie. Z jednej strony mamy dowody na wzrost jakości życia, jak choćby większe krowy w epoce rzymskiej czy wysoki poziom urbanizacji sięgający nawet 23%. Ale nie można łączyć urbanizacji ze skokiem jakości życia. Kyle Harper w swojej książce „Los Rzymu” przedstawia drugie dno rozwoju imperium.
Cesarstwo stworzyło ekologię chorób, której konsekwencji nie mogło sobie wyobrazić. Skupiska miejskie o niespotykanym zagęszczeniu, ułatwiona łączność – to wszystko sprzyjało rozprzestrzenianiu się patogenów. Standardy zdrowotne w rzymskiej Brytanii Harper określa mianem katastrofy, wskazując na rekordowo niski wzrost mieszkańców. Badania włoskich uczonych wykazały, że aż 93% niżej urodzonych miało niedorozwój szkliwa, a u bogatszych wskaźnik ten spadał do 72%.
Biedni mieli dwa razy więcej dotkniętych zębów. Nawet wśród bogatych tylko 28% przeszło przez dzieciństwo w odpowiednich warunkach. A przecież nawet 1/4 mieszkańców imperium mogła być niewolnikami. Czwartym problemem były nierozwiązywalne granice.
II wiek nie oznaczał końca wojen. Trajan gasił pożary w Dacji i na wschodzie, a Hadrian zrobił pierwszy krok w stronę zatrzymania ekspansji, wyznaczając Eufrat za granicę imperium. Ale zaprzestanie podbojów oznaczało, że Rzymianie nie mogli już rozwiązywać problemów zagranicznych, likwidując sąsiadów. Przez wieki przesuwali granice, zamieniając problemy zewnętrzne w wewnętrzne bunty.
Polityka defensywna nie była wcale tańsza od ekspansji. Do tej pory każdy wódz mógł liczyć na wzbogacenie się dzięki łupom, ale teraz trzeba było utrzymywać armię na tyle dużą, aby zareagować na zagrożenia w różnych zakamarkach imperium. Rzymianie próbowali wpływać na państwa za granicą, tworząc więzi z państewkami klienckimi, ale wieloletnia stabilizacja wzmacniała te organizmy. Antoninus Pius, który nie wyściubiał nosa z Italii, spijał śmietankę po dokonaniach poprzedników, ale pod tą śmietanką kryła się brunatna breja, którą ktoś musiał w końcu wypić.
Marek Aureliusz, ostatni z dobrych cesarzy, stanął w obliczu kryzysu już na początku swoich rządów. W 161 roku wybuchła wojna z Partami. Gubernator Kapadocji, Marek Sedacjusz Sewerian, dał się omotać wieszczowi i rozpoczął katastrofalną kampanię, która trwała ledwie trzy dni i zakończyła się totalnym wyparowaniem przynajmniej jednego legionu. Krwawa wojna zakończyła się zwycięstwem Rzymian, ale miała poważne konsekwencje.
Legioniści powracający do domu rozprzestrzenili nieznaną chorobę, prawdopodobnie ospę, po całym imperium. Śmiertelność wynosiła między 10 a 20%, a niektóre modele wskazywały nawet na 22%. Ubytek demograficzny cofnął państwo pod względem populacji o 100–150 lat. Zaraza nadwyrężyła system cesarski, zakłóciła rytm rolnictwa i przyspieszyła prowincjonalizację.
Jednocześnie jakość monety spadała – zawartość srebra w denarze malała już za Antoninusa Piusa, a Marek Aureliusz na początek rządów zarządził podwójne donativum po 5000 denarów na żołnierza. Ledwo skończyła się wojna z Partami, a problemy wróciły na granicę dunajską. Po raz pierwszy od stuleci doszło do poważnych ruchów plemion naciskanych przez napływ Gotów. Italia została najechana przez wroga po raz pierwszy od 101 roku przed naszą erą.
Wojny markomańskie wydawały się zmierzać do szczęśliwego finału, ale armia rzymska została przetrzebiona. Do tego doszedł cios w plecy – w 175 roku Awidiusz Kasjusz, dowódca zwycięskich kampanii, otrzymał fałszywe doniesienia o śmierci cesarza i ogłosił się jego następcą. Uzurpator położył łapy na Egipcie, Syrii i Arabii, zanim został zamordowany przez własnych żołnierzy. Kryzys ujawnił wielką wrażliwość cesarstwa.
Ubytek cywilów oznaczał spadek podatków, a armia poniosła ogromne straty. Marek Aureliusz podjął kontrowersyjną decyzję o błyskawicznej integracji ludów, z którymi wojował. Kilka tysięcy Sarmatów wysłał do Brytanii, a ludami germańskimi obsadził prowincje naddunajskie. Były to plemiona słabo podporządkowane, a proces romanizacji został przyspieszony, co doprowadziło do kompletnego wymieszania kulturowego, zwłaszcza w Panonii.
Marek Aureliusz rozważał też utworzenie nowych prowincji na niespokojnych terenach, co doprowadziło do kolejnej wojny, przerwanej dopiero jego śmiercią. Największym błędem było jednak zerwanie z tradycją merytorycznej adopcji. Jeszcze w 166 roku Marek Aureliusz ogłosił swoich młodych synów, w tym ledwie pięcioletniego Komodusa, cezarami, wysyłając jasny sygnał, jakie ma plany sukcesji. Nie mając pojęcia, czy synowie będą się nadawać.
Komodus objął samodzielne rządy w 180 roku i zasłynął okrucieństwem oraz zamiłowaniem do walk na arenie. Zasadniczo wygasił działania wojenne w Dacji, co niektórzy historycy oceniali jako zaprzepaszczenie pracy ojca i porzucenie koncepcji bufora na północnym wschodzie. Najmocniej jednak wykazał się w zrażaniu sobie rzymskich elit, co ostatecznie doprowadziło do jego skrytobójczej śmierci. Problemy sukcesji po takim władcy to klamra zamykająca narrację o ukrytych problemach złotej ery.
Zaraza Antoninów, wybór Komodusa, wojny z Partami i niespokojna granica stworzyły niebezpieczną mieszankę osłabienia wewnętrznego, politycznej niestabilności i jątrzących się zagrożeń zewnętrznych. Zmieniająca się struktura armii i relacje z cesarzem prowadziły do prób zapewnienia sobie lojalności poprzez coraz większe bonusy finansowe. Po śmierci Komodusa cesarz Pertynaks próbował zreformować ten zepsuty system, ale został zabity przez własnych żołnierzy. Był dopiero pierwszym z pięciu władców, którzy tego roku zasiedli na gorącym krześle.
Rok pięciu cesarzy ujawnił przyszłą tendencję do rozwiązywania problemów sukcesyjnych przemocą. Septymiusz Sewer uspokoił sytuację, ale doszedł do władzy z pomocą wojska, otwierając wrota do staromodnej formy zdobycia władzy. Przyszła liczba wojen domowych miała osiągnąć intensywność znaną z ostatnich 100 lat republiki. Od 217 roku aż do końca imperium najdłuższe okresy bez wojny domowej trwały ledwie 10 lat.
Wojny domowe nie wzmacniały nikogo – występowały zbyt często, przeżerały nadwyżki populacji, a delikatna równowaga z czasów Pax Romana była coraz mniej odporna na kolejne kryzysy. Cesarstwo wykazało się niezwykłą wytrwałością – od 117 roku do upadku potrzeba było jeszcze 350 lat. Ale to właśnie decyzje podejmowane u szczytu potęgi wpływały długofalowo na sytuację kolejnych pokoleń.
Augustiańska koncepcja pryncypatu nie przetrwała III wieku, a w IV wiek cesarstwo wkraczało kompletnie odmienione i coraz bardziej wrażliwe na liczne problemy.


