Tamtego popołudnia w Normandii wszystko zmieniło się w sekundę. Pocisk przeciwpancerny przebił wieżę mojego Shermana z lewej strony — strzelec i operator działa zginęli na miejscu, a ja ocaliłem…

Tamtego popołudnia w Normandii wszystko zmieniło się w sekundę. Pocisk przeciwpancerny przebił wieżę mojego Shermana z lewej strony — strzelec i operator działa zginęli na miejscu, a ja ocaliłem...

Reginald Osgerby, dowódca Shermana z brytyjskiego pułku pancernego, do końca życia pamiętał tamto popołudnie latem 1944 roku. Jego czołg minął wioskę, zatrzymał się w dobrej pozycji z ukrytym kadłubem i ostrzeliwał z Browninga Niemców po drugiej stronie pola. Nagle coś uderzyło w wieżę z lewej strony. Pocisk przeciwpancerny przeszedł na wylot, zabijając strzelca i operatora działa.

Thumbnail

Osgerby miał wtedy głowę nad włazem, więc ocalał, ale rana kąsała go w ramieniu. Zajrzał do środka. Wyglądało to paskudnie. Dwaj ludzie nie żyli, nie było najmniejszej szansy, by im pomóc.

Jedyne, co mógł zrobić, to wydostać ich zanim padnie następny strzał. Wyszedł z czołgu wraz z kierowcą i jego pomocnikiem, ale z tamtych dwóch praktycznie nic nie zostało. Osgerby skończył w rowie, próbując opatrzyć własną ranę. Polegli zostali pochowani w wiosce.

Dla niego to był koniec wojny. W większości wypadków tak właśnie kończą się historie pancerniaków, którym udało się przeżyć zniszczenie własnego czołgu. Narracja siłą rzeczy podąża za żywymi, za tymi, którzy mogą opowiedzieć, co się wydarzyło. Dalsze losy uszkodzonego czołgu toczyły się już jednak gdzieś za kulisami bitwy.

Jeśli pojazd nadawał się do naprawy, prędzej czy później musiał wrócić do służby. A to oznaczało, że ktoś musiał posprzątać to, co zostało z zabitych czołgistów. To była jedna z najtrudniejszych prac w jednostkach pancernych wszystkich armii II wojny światowej. Amerykańskie dane zebrane w 1951 roku po przebadaniu próbki 841 zniszczonych czołgów z frontu zachodniego pokazywały, że połowa z nich nie nadawała się do naprawy.

Z drugiej strony oznaczało to, że druga połowa nadawała się do odbudowy i mogła wrócić na front. Amerykanie szacowali też, że na utratę czołgu średniego M4 przypadały straty średnio dwóch lub trzech ludzi, licząc zarówno rannych, jak i zabitych. Przy całkowitym zniszczeniu pojazdu straty nieodwracalne były oczywiście większe. Żadna armia nie mogła sobie pozwolić na szastanie tak drogim i ważnym sprzętem jak czołgi.

Logistyka naprawy uszkodzonych pojazdów była kluczowa dla wszystkich uczestników wojny. Armie przygotowały się na dwa scenariusze: naprawę na tyłach dywizji oraz poważniejsze przypadki na dalekich tyłach frontu w specjalistycznych warsztatach. Każdy amerykański batalion pancerny miał aż cztery sekcje naprawcze i dodatkowy wyspecjalizowany pluton naprawczy, a do każdej dywizji pancernej dołączano batalion sanitarny. W tych wyliczeniach łatwo jednak zgubić ludzką perspektywę.

Jak w praktyce wyglądał proces otrzymania uszkodzonego czołgu, posprzątania go i doprowadzenia do ponownego użytku? Jednym z najlepszych źródeł są wspomnienia Beltona White Coopera, który służył w batalionie naprawczym amerykańskiej 3. Dywizji Pancernej. To ludzie tacy jak on mieli wgląd w to, co naprawdę działo się we wnętrzach uszkodzonych pojazdów.

Charakter obrażeń pancerniaków był przerażający. Ciała wystawiano na ogromne siły broni przeciwpancernej, a ciasne przestrzenie pojazdu zatrzymywały wszystkie fragmenty rozerwanych tkanek. Cooper tak wspominał swój pierwszy kontakt z uszkodzonym czołgiem. Jego jednostka założyła punkt zbiórki pojazdów na południowej stronie wzgórza przy głównej drodze.

Ekipy ratunkowe zaczęły sprowadzać pierwsze uszkodzone maszyny. Pierwszą ofiarą był czołg średni M4 z ciałem jednego z członków załogi wciąż w środku. Cooper wszedł na wieżę, aby zbadać uszkodzenia, ale celowo nie spojrzał na ciało. Pocisk przeszedł prosto przez peryskop strzelca i zabił go na miejscu.

Cooper od razu zdał sobie sprawę, że nie naprawi tego w terenie, bo uchwyt peryskopu wymagał obróbki maszynowej. Czołg musiał zostać ewakuowany do kompanii uzbrojenia. W tym wypadku czołg dotarł na punkt zbiórki z zabitym pancerniakiem w środku, jak gorący kartofel przekazywany dalej. Nie było to regułą, ale w tym temacie w ogóle mało było twardych reguł.

Wszystkie strony konfliktu na gorąco, w ogniu walk, tworzyły zasady podejścia do zmarłych. Amerykanie w dokumencie z czerwca 1944 roku pisali, że odpowiedzialność za usuwanie zwłok własnych i przeciwnika należy do każdego poziomu dowodzenia. Nie nakreślano rygorystycznych zasad. Każdy dowódca, nawet na poziomie drużyny, mógł zostać wskazany do zajęcia się problemem.

Po ustabilizowaniu frontu do akcji wkraczały specjalne kompanie kwatermistrzowskie odpowiedzialne za rejestrację i grzebanie zmarłych. Nie zapominajmy też o uniwersalnym odruchu ratowania rannych przez kolegów z tego samego oddziału. Friedrich Sander, niemiecki pancerniak, tak opisywał zniszczenie czołgu z jego plutonu na początku października 1941 roku. Siła wybuchu miny roztrzaskała dno kaduba wraz z dolnym włazem i rozerwała na strzępy wszystko wewnątrz.

Udało się wyciągnąć żywego jednego z członków załogi, ale obie jego nogi były mocno poszarpane i wisiały jedynie na cienkich paskach ścięgien. Potem trzeba było zająć się kierowcą. Wciąż siedział na stanowisku i nie mógł się ruszać. Nie chciał, żeby go dotykano.

Dwaj żołnierze ostrożnie go wyciągnęli. Miał złamany kręgosłup, był całkowicie sparaliżowany i z trudem mówił. Sander chciał krzyczeć, wywrzeszczeć z siebie wszystko, bo nerwy odmawiały posłuszeństwa. Potem zaczęto wyjmować z czołgu zwłoki innego członka załogi.

Chłopak nie cierpiał długo, życie musiało błyskawicznie ulecieć z jego kompletnie zniszczonego ciała. Mały Zimmermann założył martwemu pas ewakuacyjny, ale nie mogli go wyciągnąć, ponieważ stopy były zaklinowane. Sander musiał uwolnić poszarpane zwłoki kilofem. Akumulator wbił się biedakowi w podbrzusze.

Jedna stopa leżała między drewnianymi skrzynkami amunicyjnymi. Ciało było rozerwane, a przy nodze wisiały mięśnie. Smród ciepłej krwi mieszał się z odorem kwasu z akumulatora. Wszystko, czego Sander dotykał, było śliskie od posoki.

Głowa zabitego została wgnieciona. Nawet chirurg sztabowy odznaczony Krzyżem Żelaznym pierwszej klasy zbladł i stracił profesjonalny spokój na widok poszarpanych ciał. Choć od szybkiej reakcji kolegów zależał los rannych w uszkodzonych pojazdach, koszt psychiczny tych operacji bywał ogromny. Każdy czołg posiadał liczne włazy, które miały umożliwić załodze błyskawiczne wydostanie się na zewnątrz.

Dzięki zachowanemu amerykańskiemu dokumentowi z 1942 roku możemy przyjrzeć się metodom używanym przy usuwaniu zwłok z wnętrz pojazdów. Korzystano przede wszystkim ze specjalnej uprzęży montowanej na ciele, w zależności od rodzaju obrażeń. W zależności od modelu czołgu dotarcie do pancerniaka wymagało mniejszej lub większej akrobatyki. Nieraz, jeszcze pod ogniem przeciwnika, próbowano wydostać ciała z uszkodzonych pojazdów.

Melchior Wańkowicz opisywał pewien przypadek spod Monte Cassino, gdy część polskich Shermanów ryzykowała stoczenie się w wąwóz. Czołg podchorążego Średnickiego obrywa i leci w dół. Dowódca zostaje ranny w głowę. Działo przy koziołkowaniu urywa się z jarzma i miażdży strzelca, kaprala Antonika.

Wańkowicz przekazywał relację jednego z uczestników próby oczyszczenia czołgu przewróconego gąsienicami do góry. Żołnierz próbował dostać się do środka od spodu przez wieżyczkę dowódcy, ale bezskutecznie, bo przeszkadzały mu nogi Antonika. W końcu udało mu się wejść przez klapę ratowniczą w podłodze. On był w środku, a pozostali pod czołgiem, próbując wydobyć ciało.

Jednak nie było o tym mowy, ponieważ Antonik był zgnieciony i przyciśnięty osadą zamka do sufitu wieży, a działo przyciskał cały ciężar czołgu. Męczyli się tak około piętnastu minut. To doświadczenie było uniwersalne. Wszystko zależało od osobistej odwagi i poczucia odpowiedzialności, a także od tego, na którym etapie zabity zostanie wyciągnięty z czołgu.

Belton White Cooper szczegółowo opisywał gorsze rodzaje obrażeń. Gdy pocisk przebijał pancerz czołgu, po wnętrzu przedziału bojowego tryskała seria żarzących się cząsteczek. Każdy członek załogi, który znalazł się na ich drodze, ginął natychmiast. W niektórych przypadkach, przy trafieniach z bliskiej odległości, pocisk uderzał w bok czołgu i przechodził przez niego na wylot.

Wtedy załoga miała szczęście, bo uniknęła strasznego efektu rykoszetu. Te żarzące się kawałeczki potrafiły też doprowadzić do zwarć instalacji elektrycznej i pożaru. Czołg mógł stanąć w ogniu również w wyniku uszkodzenia zbiornika paliwa lub silnika. Poważne uszkodzenie czołgu oznaczało koszmarny los każdego, kto znalazł się na drodze tych sił, zdolnych rwać, wyginać i przebijać pancerz.

Kiedy pancerniak otrzymywał pełną energię penetracji, czasami ciało, a szczególnie głowa, eksplodowało, rozrzucając krew i mózg po całym przedziale. To był okropny widok. Ekipa naprawcza musiała dostać się do środka i posprzątać szczątki. Próbowała trzymać części ciała razem, aby przekazać je osobom zajmującym się rejestracją grobów.

Za pomocą silnego detergentu, środka dezynfekującego i wody czyściła wnętrze czołgu tak dobrze, jak tylko mogła, aby potem mechanicy mogli wejść do środka i go naprawić. Nic dziwnego, że mało kto palił się do tej roboty. Czesław Knop, Polak służący przymusowo w Wehrmachcie, wspominał taką sytuację. Przed wieczorem przyszedł do niego szef i zapytał, czy pojedzie z nim, bo niedaleko stał uszkodzony niemiecki czołg, który trzeba spróbować wydostać.

Kierowca został zabity i wciąż siedział na swoim miejscu. Nadjechał ciągnik, wsiedli i pojechali. Między dwoma domami stał czołg. Okazało się, że sowieckie placówki stoją zaraz za domami, a oni znajdują się na ziemi niczyjej.

To trochę ostudziło zapał ratowników. Knop zastanawiał się, czy dałoby się założyć linę od tyłu i wyciągnąć czołg kołowrotem, ale wolał się nie wtrącać. Oznaczałoby to bowiem, że to on musiałby wejść na wierzch, otworzyć właz kierowcy, sprawdzić, czy biegi są wyłączone, i sięgnąć w dół ponad ciałem zabitego, aby wyłączyć bieg. To nie należałoby do przyjemności.

Po naradzie doszli do wniosku, że muszą zostawić czołg. Brytyjscy żołnierze podkreślali natomiast, że bardzo często ten przykry obowiązek brali na siebie duchowni jednostek. Stewart Hills, weteran pułku Sherwood Rangers, wiele miejsca w swojej książce poświęcił kapelanowi Leslie Skinnerowi. Skinner ukończył szkolenie na pastora prezbiteriańskiego w 1941 roku i zgłosił się na ochotnika jako kapelan wojskowy.

Uważał, że jego osobistym obowiązkiem jest pochowanie wszystkich ofiar śmiertelnych. Jego dziennik zawiera drastyczne świadectwo makabrycznego zadania, którego się podjął, polegającego na usuwaniu zwłok z wypalonych czołgów. We wpisie z 17 sierpnia 1944 roku napisał, że pochował trzech zabitych i próbował dotrzeć do pozostałych ofiar w czołgach, ale te były jeszcze zbyt rozgrzane. Miejsce było kompletny bałagan, wokół leżeli zabici piechurzy i kilku Niemców.

Straszna robota zbierania kawałków i ponownego ich składania w celu identyfikacji i pochówku. Dowódca szwadronu zaproponował mu kilku ludzi do pomocy, ale Skinner odmówił. Uważał, że im mniej ludzi, którzy żyją i walczą w czołgach, ma do czynienia z takimi widokami, tym lepiej. To była jego praca.

Tego dnia przyprawiała go o mdłości bardziej niż zwykle. Był naprawdę chory i wymiotował. Jak obciążająca bywała taka praca na tyłach, najlepiej pokazują zapiski Friedricha Sandera, który z czasem został dowódcą plutonu zabezpieczenia. 30 października 1941 roku zanotował, że nie może już dłużej spędzać wojny na tyłach, pośród szpitali i obozów jenieckich, że nie zniesie kolejnych rozdzierających scen.

Był bliski płaczu. Jedna z opisanych scen ujawnia, o co naprawdę mu chodziło. Przyglądał się wozowi unteroficera Müllera, w którym wciąż znajdowały się zwęglone zwłoki trzech pancerniaków. Syn pastora nie chciał ich wyciągać.

Sander wiedział, że pewnie będzie musiał to zrobić sam. Nie znosił wymówek o trupiej woni, gdy chodziło o wydobycie ciał towarzyszy. Jedyne, co mogli dla nich zrobić, to pochować ich szczątki w prawdziwym grobie. Niezależnie od strony konfliktu ten przykry obowiązek często musieli wypełnić ochotnicy albo oficerowie, którzy nie byli w stanie przymusić swoich żołnierzy do tego zadania.

Sander sugerował, że część żołnierzy wymigiwała się, tłumacząc to kwestią tak zwanego trupiego jadu, czyli substancji wydzielanych przez rozkładające się ciało. Proces rozkładu zaczyna się już w godzinę po śmierci, ale bakterie są najbardziej aktywne w dobę po zgonie. Idealne warunki dla nich to temperatura pomiędzy 25 a 38 stopni Celsjusza. W zależności od pogody na zewnątrz wnętrze czołgu mogło być niezwykle gorące albo bardzo zimne, ale przy umiarkowanej wiośnie i lecie panowały tam najlepsze, czyli najgorsze, warunki dla procesów gnilnych.

Efektem był okropny smród, za który odpowiadały aminy powstające podczas rozpadu tkanek. Wszystko w bardzo ciasnej przestrzeni opancerzonego pojazdu. Często dochodziło do jednej z dwóch skrajności: zwłoki były albo spalone, albo zgniłe. Według dzienników Skinnera kapelan w brytyjskich jednostkach miał prawo wskazać do pięciu ludzi, którzy pomogliby mu uprzątnąć zwłoki.

Uznawał jednak, że wzywanie żołnierzy z jednostek pomocniczych tylko w tym celu było niepraktyczne. Argumentował, że zawsze miał silne przeczucie, iż im mniej ludzi walczących w czołgach zobaczy, co się dzieje z pojazdem trafionym pociskiem przeciwpancernym, tym lepiej. Wolał sam oczyścić czołg, jeśli to było możliwe. Czołgi były zrobione po to, żeby do nich wsiadać, a nie z nich wysiadać.

Nie było zbyt wiele miejsca dla jednego człowieka podnoszącego ciało z fotela kierowcy lub z wieży, nie mówiąc już o większej liczbie osób. Gdy czołg został trafiony, a ranni uciekli, inni członkowie oddziału wiedzieli, że w pojeździe zostały zwłoki ich towarzyszy. Znajdowali pocieszenie w tym, że ktoś brał ten ciężar na siebie. Nawet jeśli faktyczne wywiezienie poległych w celu pochówku musiało poczekać, morale ludzi, którzy faktycznie walczyli, wydawało mu się najważniejsze.

Stewart Hills wspominał jednak sytuację, która przerosła nawet legendarnego kapelana. W czołgu Kambella znajdowały się trzy ciała, częściowo spalone i przyspawane do siebie. Kapelan z trudem zidentyfikował Kambella, ale nie był w stanie wyjąć ciał. Ten wątek nieustannie powraca: pancerniacy potrafili specjalnie unikać wejścia za kulisy i nie drążyli dalszych losów uszkodzonych czołgów.

Nie w każdej brytyjskiej jednostce kapelani rezygnowali z prawa wskazania ochotników. Weteran innego pułku pancernego wspominał, że jego kapelan grzebał ludzi i wyjmował ich z czołgów. Jeśli przyszedł i zapytał, czy chcesz pójść ze mną, nie mogłeś odmówić. Byłoby to trudne.

Ale z drugiej strony nie chciałeś z nim iść. Niektórych poległych trzeba było niemal wycinać z wnętrza czołgu. Byli wypaleni i przyklejeni do podłogi wieżyczek. Kapelan miał małą puszkę kreozotu i małym pędzelkiem nakładał odrobinę substancji na wąsy ochotnika.

Wtedy, podczas przenoszenia spalonych lub zgniłych ciał, czuło się kreozot zamiast smrodu. Jak tylko widziano go z puszką, wszyscy usuwali się mu z drogi, bo wiedzieli, że szuka ochotników. W zachowanych relacjach znajdujemy różne podejścia, mieszczące się na spektrum między profesjonalizmem, poczuciem obowiązku a odruchem, by jak najszybciej zapomnieć o brutalnym losie uwięzionych zwłok. Inny weteran wspominał pierwsze godziny po krwawej operacji Goodwood w lipcu 1944 roku.

Ktoś przyszedł i poprosił o ochotników do pomocy w wyciąganiu ciał z czołgów. Wcześniej uświadomiono żołnierzy, co się dzieje z ciałem, gdy czołg staje w ogniu. Powiedziano im, aby przymocować linę wokół tego, co zostało z poległego. Czasami zdarzała się przerażająca rzecz: ciało rozpadało się podczas wyciągania.

To było coś, z czym przeciętny człowiek nie mógł się zmierzyć. Był tylko jeden ochotnik, i nie był nim żaden z pancerniaków. Był nim grabarz w cywilu. Ten drastyczny opis i brak ochotników doskonale pokazuje, dlaczego czołgi potrafiły dojechać na dalekie tyły, nadal ze zwłokami poległych w środku.

Bez odpowiedzi pozostaje pytanie, na ile do tych obowiązków kierowano jeńców. Na wszystkich frontach powszechnie korzystano z pracy jeńców do kopania grobów dla poległych. Niemiecki generał Hasso von Manteuffel wspominał, że rosyjskie służby naprawcze i ratownicze, stanowiące integralną część wojsk pancernych, były bardzo dobre. Dokonywali nadzwyczajnych wyczynów, podążając pieszo za oddziałami czołgowymi, aby odholować i naprawić zniszczone wozy.

Manteuffel wydał rozkazy, aby unieruchomione czołgi przeciwnika przede wszystkim podpalać. Inny generał, znany z walk we Włoszech, w rozmowie z Liddellem Hartem przyznał, że Rosjanie mieli mnóstwo świetnie wyszkolonych mechaników, a Niemcy zaczęli zatrudniać ich we własnych warsztatach naprawczych. Nic dziwnego, że ci specjaliści mogli być wykorzystywani także do oczyszczania uszkodzonych czołgów. Wracamy w ten sposób do punktu wyjścia.

Jaki był główny cel sprzątania czołgów ze zwłok zabitych? Jeden z cytowanych wcześniej weteranów kończył swoją opowieść taką myślą: rozumiem, że niektóre z tych czołgów, które nadawały się do użytku, ponownie trafiły do jednostek. Przeraża mnie myśl, że jakaś załoga musiała wejść do takiego pojazdu. To nie był wyjątek.

Aż połowa uszkodzonych czołgów w końcu wracała na front. W warsztatach wielką wagę przykładano do tego, aby pojazdy wyglądały jak nowe. Belton White Cooper podkreślał, że po zakończeniu napraw przedział bojowy był całkowicie odmalowywany. Mimo to czasami przesiąkał go słaby odór śmierci.

Nowa załoga mogła wahać się przed przyjęciem przydzielonego czołgu, bo była przesądna co do pojazdów, w których zginęli koledzy. Kanadyjskie dowództwo w sierpniu 1944 roku nakazało nawet, aby naprawiony czołg odczekał minimum 24 godziny przed powrotem na front, licząc, że do tego czasu wywietrzeje specyficzny zapach. Pilnowano też, aby załogi nie mogły domyślić się, czy czołg wcześniej doznał poważnych obrażeń. Od spawacza wymagało to znacznych umiejętności, aby zeszlifować i zamaskować łaty na pancerzu, ponieważ załogi nie chciały przyjmować czołgu, którego pancerz wcześniej został przebity, szczególnie jeśli uważały, że trafienie przełożyło się na ofiary śmiertelne.

Załogi musiały trzymać się własnych rytuałów i przesądów, zachować wiarę, że uda im się wyjść z wojny cało. Pomimo niezliczonych ofiar pancerniacy, podobnie jak żołnierze innych formacji, musieli jak najszybciej zostawić za sobą śmierć towarzyszy. Nie może dziwić, że temat sprzątania czołgów ze zwłok stał się tabu i trafił na margines historii jednostek pancernych.

Ale na tym marginesie pracowali ludzie niezwykle odważni, którzy wzięli na siebie monstrualny ciężar, o jakim większość z nas woli nie myśleć.