Jan siedział przy kuchennym stole i marszczył brwi nad talerzem gorących placków ziemniaczanych. Chrupiące brzegi, złociste, pachnące – a on patrzył na nie, jakby dostał truciznę. – Kasia, a gdzie sos pieczarkowy? Kasia zamknęła laptop w salonie i weszła do kuchni.

Spojrzała na niego spokojnie. – Jaki sos? – No do placków. Przecież nie będę jadł takich suchych.
W rogu kuchni stało wielkie kolorowe pudło po nowej konsoli do gier. Jan kupił ją kilka dni wcześniej. Konsola, dodatkowy kontroler, słuchawki i dwie gry – prawie cztery tysiące złotych. Pół wieczoru opowiadał Kasi, jaki świetny interes zrobił i ile zaoszczędził na promocji.
– Sos robi się z pieczarek i śmietany – powiedziała Kasia. – A pieczarki i śmietana kosztują. Trzeba je kupić. Jan westchnął ciężko.
– Kasia, bez przesady. Chyba stać nas na zwykły sos do obiadu. – Nas? – oparła się o blat i spojrzała na niego uważniej.
– Czy jak zapłaciłam ja? Prąd, internet i wodę też? Kupiłam proszek do prania, płyn do naczyń, papier, środki do łazienki i większość jedzenia na ten miesiąc. Moja wypłata nie jest z gumy.
– Przecież też pracuję – prychnął Jan. – Wiem. Tylko jakoś tego nie widać w naszych wspólnych wydatkach. – Bo ja teraz odkładam.
– Na co? Jan ożywił się od razu. – Michał z chłopakami organizują wyjazd do Pragi. Weekend, ale porządny.
Dobry hotel, restauracje. Wieczorem wyjdziemy. Trzeba wpłacić zaliczkę. – Czyli na hotel w Pradze pieniądze są, ale na pieczarki szkoda.
– To zupełnie co innego. Odsunął talerz. – Nie zamierzam wydawać swojej wypłaty na codzienne drobiazgi. Jak człowiek będzie ciągle kupował jedzenie, chemię i płacił rachunki, to nigdy niczego sobie nie odłoży.
Kasia patrzyła na niego w milczeniu. Nie było w niej złości. Kilka miesięcy temu pewnie tłumaczyłaby mu, że mieszkanie, rachunki i zakupy nie są drobiazgami. Może nawet próbowałaby się kłócić.
Tym razem nie miała ochoty. – Rozumiem – powiedziała. Jan aż się wyprostował. – No właśnie.
Wiedziałem, że w końcu zrozumiesz. Kasia podeszła do stołu, wzięła jego talerz i przełożyła placki do plastikowego pojemnika. – Ej, co robisz? – Pakuję sobie obiad na jutro.
– A ja? Kasia zatrzasnęła wieczko. – Ty odkładasz na Pragę. Jan popatrzył na nią, jakby nie był pewien, czy żartuje.
– Kasia, przestań. – Wcale nie żartuję. – Włożyła pojemnik do lodówki. – Od dziś każdy z nas płaci za swoje zachcianki i swoje jedzenie.
Ja nie będę finansować całego mieszkania, zakupów i jeszcze twoich kolacji tylko dlatego, że postanowiłeś oszczędzać na weekend z kolegami. – Ale przecież jesteśmy małżeństwem. Dlatego rachunki powinny być wspólne. – Jan skrzyżował ręce na piersi.
– Naprawdę robisz awanturę o kilka złotych? Kasia rozejrzała się po kuchni i wskazała wielkie pudło po konsoli. – Nie. Ja tylko próbuję zrozumieć matematykę.
Cztery tysiące na konsolę to rozsądny wydatek. Weekend w Pradze to inwestycja w odpoczynek. Ale zakupy do domu to wyrzucanie pieniędzy. – Nie przekręcaj.
– Niczego nie przekręcam. Nalała sobie herbaty. – Od jutra kupuję tylko to, czego sama potrzebuję. Ty możesz robić dokładnie to samo.
– Dobra – zaśmiał się krótko. – Zobaczymy, jak długo wytrzymasz z tym przedstawieniem. Następnego ranka Kasia wyszła wcześniej do pracy. Po drodze zatrzymała się w małej piekarni, wzięła kawę i drożdżówkę z serem.
W porze obiadowej poszła z koleżankami do baru, zamówiła zupę pomidorową i naleśniki ze szpinakiem. Wieczorem wróciła do mieszkania z pustymi rękami. Jan siedział w salonie przed nową konsolą. – Nic nie kupiłaś?
– Nie potrzebowałam. – Mleka nie ma. – Ja piję kawę w pracy. – Szynka się skończyła.
– Ja dzisiaj jej nie jem. Jan zmarszczył czoło. – I co ja mam zrobić? Kasia zdjęła płaszcz.
– Sklep jest pięć minut stąd. Jan pokręcił głową, ale nic więcej nie powiedział. Był przekonany, że Kasia szybko się znudzi i następnego dnia wróci z torbami pełnymi zakupów, jak zawsze. Nie wróciła.
Drugiego dnia w lodówce zostało kilka jajek, kawałek masła i otwarty słoik musztardy. Trzeciego Jan sam zajrzał do szafek. Stał przed nimi długą chwilę, jakby liczył, że między ryżem a pustym opakowaniem po herbacie nagle pojawi się pełna torba zakupów. Kasia obserwowała go z salonu i nic nie mówiła.
– Dobra! – mruknął w końcu. – Jutro coś sobie kupię. Kasia uśmiechnęła się pod nosem.
Właśnie na to czekała. Następnego dnia Jan rzeczywiście poszedł do sklepu. Nie dlatego, że nagle odkrył pasję do zakupów. Po prostu rano otworzył lodówkę, potem szafkę, potem znowu lodówkę i zrozumiał, że tym razem nic samo się nie pojawi.
W osiedlowym sklepie spędził prawie pół godziny. Najpierw wrzucał do koszyka wszystko, na co miał ochotę: szynkę, ser, jajka, twarożek, pieczywo, sok, kawę, gotowe pierogi. Potem spojrzał na ceny. Wyjął sok.
Odłożył lepszy ser. Przy półce z wędlinami stał dobre dwie minuty, porównując ceny za kilogram. – No nie wierzę – mruknął. – Tyle za zwykłą szynkę.
Starsza pani obok spojrzała na niego z rozbawieniem. – A pan pierwszy raz na zakupach? Jan udał, że nie słyszy. Przy kasie zapłacił ponad sto złotych i wyszedł z miną człowieka, który został osobiście oszukany przez cały system handlu detalicznego.
Wieczorem zrobił sobie jajecznicę. Pokroił cebulę, rozgrzał patelnię, wbił jajka. Był z siebie bardzo zadowolony. Ale na blacie zostały łupiny, deska do krojenia, nóż, talerz po cebuli i tłusta patelnia.
Jan zjadł, odstawił wszystko do zlewu i wrócił do salonu. Kasia przechodziła przez kuchnię. – Jan, co z patelnią? – Umyję później.
– Dobrze. Nie powiedziała nic więcej. Następnego ranka patelnia nadal stała w zlewie. Obok pojawił się kubek po kawie i talerz po kanapkach.
Wieczorem Jan chciał przygotować pierogi, ale musiał najpierw umyć garnek, bo wszystkie czyste naczynia, których zwykle używał, zniknęły. – Kasia, gdzie jest ten mały garnek? – W zmywarce. – A czemu zmywarka nie jest włączona?
– Bo są tam głównie twoje rzeczy. – To ją włącz. Westchnął ciężko, jakby właśnie powierzono mu prowadzenie elektrowni. Kasia funkcjonowała zupełnie normalnie.
Rano jadła śniadanie w drodze do pracy, czasem brała kawę i bułkę z makiem w piekarni. W południe wychodziła z koleżankami do baru mlecznego. Nie robiła tego demonstracyjnie. Po prostu przestała organizować życie Jana – i właśnie to drażniło go najbardziej.
Wcześniej zakupy były dla niego prawie niewidzialne. Otwierał lodówkę i znajdował mleko. Kończyła się pasta do zębów – po dwóch dniach stała nowa. Brakowało płynu do naczyń – nagle pojawiała się pełna butelka.
Teraz wszystko miało cenę, termin i wymagało pamiętania. W czwartek rano skończył mu się chleb. Wieczorem zapomniał kupić nowy. W piątek odkrył, że nie ma kawy.
– Kasia, ty jutro będziesz gdzieś wychodzić? – zapytał pozornie obojętnie. – Będę. – To może kupisz po drodze kawę?
Spojrzała na niego. – Tobie? – No, do domu. – Ja mam swoją w pracy.
– Dobra, już nic nie mówiłem. W sobotę rano Kasia ubrała płaszcz, wzięła torebkę i wyszła wcześniej niż zwykle. Jan jeszcze spał. Nie wiedział, że kilka dni wcześniej zadzwoniła do Bożeny – swojej teściowej.
Spotkanie umówiły w małej kawiarni niedaleko centrum. Bożena już czekała przy stoliku pod oknem, obok niej siedział Zbigniew. – No jesteś – powiedziała Bożena, gdy Kasia podeszła. – Siadaj.
Coś się stało? Kasia zdjęła płaszcz. – Nic strasznego. Po prostu doszliśmy z Janem do momentu, w którym trzeba coś zmienić.
Zbigniew odłożył kartę. – Co zrobił? Kasia opowiedziała wszystko spokojnie. O rachunkach, zakupach, odkładaniu pieniędzy na Pragę, drogiej konsoli i o tym, że Jan uważał codzienne wydatki za coś, czym powinna zajmować się ona.
Bożena słuchała z coraz bardziej napiętymi ustami. – Czyli on naprawdę myślał, że ty będziesz płacić za wszystko, a on sobie będzie odkładał na wyjazdy? – Mniej więcej. Zbigniew westchnął.
– Pięknie. – Wychowaliśmy księcia – powiedziała Bożena do męża. – Nie księcia – odpowiedział Zbigniew. – Książę przynajmniej wie, że ktoś utrzymuje zamek.
Nasz nawet tego nie zauważył. Kasia nie wytrzymała i się roześmiała. – Dobrze, że nam powiedziałaś – powiedziała Bożena. – Nie chcę, żebyście robili awanturę.
– I nie będziemy – powiedział Zbigniew spokojnie. Spojrzał na żonę, a ta odpowiedziała mu krótkim, znaczącym spojrzeniem. Kasia od razu zrozumiała, że właśnie między nimi zapadła jakaś decyzja. – Co wy kombinujecie?
Bożena uśmiechnęła się niewinnie. – My nic. Zbigniew dopił kawę. – Po prostu czasem dorosłemu człowiekowi trzeba pokazać kilka rzeczy w praktyce.
Kasia poczuła, że pierwszy raz od początku całej historii nie musi już wszystkiego załatwiać sama. W piątek wieczorem Jan wrócił do domu wyraźnie rozdrażniony. Od progu było słychać, że coś mu nie pasuje. Najpierw głośniej niż zwykle odstawił buty.
Potem otworzył lodówkę, zajrzał, zamknął. Po chwili otworzył jeszcze raz, jakby za drugim razem miało się tam pojawić coś nowego. Kasia siedziała przy stole z kubkiem herbaty. – I co?
– zapytała spokojnie. – Co? – Widzę, że czegoś szukasz. Jan odwrócił się.
– Normalnego jedzenia. – To kup. – Kasia, ile można? – Nie wiem.
Ty mi powiedz. Jan oparł dłonie o blat. – W domu powinno być coś gotowego. Człowiek wraca po całym tygodniu pracy i nie chce jeszcze zastanawiać się, co kupić, co ugotować i co potem z tym wszystkim zrobić.
Kasia uniosła brwi. – Ciekawe, że kiedy ja się nad tym zastanawiałam przez ostatnie lata, jakoś ci to nie przeszkadzało. – Znowu zaczynasz? – Nie, to ty zacząłeś.
Przez chwilę panowała cisza. Jan otworzył szafkę, wyjął paczkę makaronu, spojrzał na nią i odstawił z powrotem. – Ja naprawdę nie rozumiem, dlaczego robisz z tego taką zasadę. – Bo to jest zasada.
Że dwoje dorosłych ludzi mieszka razem, więc dwoje dorosłych ludzi dba o wspólny dom. Jan prychnął. – Moja matka jakoś całe życie ogarniała wszystko sama i nie robiła tragedii. Kasia odstawiła kubek.
– Świetnie. To może zapytaj ją, co o tym myśli. Jan spojrzał na nią uważnie. – Myślisz, że nie zapytam?
– Proszę bardzo. To wystarczyło. Jan wyjął telefon i od razu wybrał numer. Kasia nawet się nie ruszyła.
Po kilku sygnałach Bożena odebrała. – Mamo, no wreszcie. – Jan zaczął tonem człowieka, który właśnie doczekał się posiłków. – Słuchaj, bo tu już naprawdę dzieją się dziwne rzeczy.
Kasia stwierdziła, że nie będzie robić normalnych zakupów do domu. Wszystko mam sobie kupować sam. Jedzenie, swoje rzeczy, wszystko. I mówi, że to niby jest sprawiedliwe.
Po drugiej stronie zapadła chwila ciszy. – Tak, mamo, dokładnie. – Jan chodził po kuchni. – No przecież ja też mam swoje wydatki.
Mówiłem wam o Pradze. Michał już wszystko organizuje. Znów posłuchał przez chwilę. – No dobrze, to przyjedźcie i jej wytłumaczcie, bo mnie już nie słucha.
Kasia odwróciła głowę. Jan zakończył rozmowę i położył telefon na stole z miną człowieka, który właśnie wygrał sprawę w sądzie. – No, teraz zobaczymy. – Co zobaczymy?
– Mama przyjedzie sama? – powiedział, jakby do siebie. – Może z tatą. Kasia skinęła głową.
– To dobrze. Jan zmarszczył czoło, bo chyba spodziewał się innej reakcji. Przez następne pół godziny chodził po mieszkaniu i coraz bardziej się nakręcał. Opowiadał, jak to dawniej wyglądały normalne rodziny, jak jego matka zawsze miała obiad, jak ojciec wracał z pracy i nie musiał sprawdzać, czy jest chleb.
Kasia słuchała spokojnie. W końcu rozległ się dzwonek do drzwi. Jan natychmiast się wyprostował. – No i są.
Podszedł pierwszy, ale Kasia była bliżej i otworzyła drzwi. Na klatce stała Bożena, obok niej Zbigniew. Nie wyglądali na ludzi, którzy przyjechali robić awanturę. Bożena miała jasny płaszcz, Zbigniew stał spokojnie z rękami w kieszeniach.
– Dobry wieczór – powiedziała Kasia. – Dobry wieczór, kochanie – odpowiedziała Bożena. Jan wyszedł do przedpokoju. – No mamo, powiedz jej.
Bożena spojrzała na syna. – Co mam jej powiedzieć? Jan aż mrugnął. – No to, co mówiłem przez telefon.
– Słyszałam. – No właśnie. Zbigniew wszedł do środka i zdjął kurtkę. – Jan, usiądźmy.
– Ale po co? – Bo chcemy porozmawiać. Sam ton ojca sprawił, że Jan przestał się uśmiechać. Usiedli w salonie.
Bożena zajęła miejsce obok Kasi. Zbigniew naprzeciwko syna. – Synku – zaczęła Bożena spokojnie. – Ty naprawdę uważasz, że żona ma płacić za wspólne życie, a ty możesz całą wypłatę odkładać na własne przyjemności?
Jan poruszył się niespokojnie. – Nie całą. – To ile dokładasz do rachunków? – zapytał Zbigniew.
Jan nie odpowiedział. – Do zakupów? Cisza. – Do środków czystości?
Jan odchrząknął. – No przecież Kasia zawsze to kupowała. Zbigniew pokiwał głową. – Właśnie.
Bożena westchnęła. – Myśmy cię chyba za długo wyręczali. A potem Kasia przejęła pałeczkę. – I ty nawet nie zauważyłeś, że ktoś cały czas robi za ciebie połowę życia.
Jan zrobił się czerwony. – Czyli wy też jesteście przeciwko mnie? – Nie jesteśmy przeciwko tobie – odpowiedział Zbigniew. – Właśnie dlatego tu jesteśmy.
– To znaczy? Ojciec spojrzał na Bożenę, a potem znowu na syna. – Masz niedługo urlop. Jan od razu zesztywniał.
– No mam. – To spędzisz jego część z nami. – Gdzie? – U nas.
– Po co? Bożena uśmiechnęła się lekko. – Pamiętasz stary dom po dziadkach na obrzeżach miasta? Jan spojrzał podejrzliwie.
– Pamiętam. – Trzeba tam sporo rzeczy ogarnąć. Garaż, piwnicę, okna, trochę malowania. Przyda się dodatkowa para rąk.
– Chwileczkę. Ja jadę do Pragi. Zbigniew pokręcił głową. – Nie tym razem.
– Ale Michał już wszystko ustala. – To mu powiesz, że plany się zmieniły. Jan poderwał się z fotela. – To jest jakieś karanie mnie?
– Nie – odpowiedziała Bożena stanowczo. – Kara byłaby wtedy, gdybyśmy chcieli ci dokuczyć. My chcemy, żebyś przez kilka dni zobaczył, jak wygląda normalne prowadzenie domu, kiedy nikt nie robi wszystkiego za ciebie. Jan spojrzał na Kasię.
– To ty ich namówiłaś? Kasia pokręciła głową. – Opowiedziałam tylko, co się dzieje. Zbigniew wstał.
– Spokojnie. Nikt cię nie wysyła do kopalni. Będziesz z nami mieszkał, jadł normalnie, odpoczywał. Ale też będziesz uczestniczył w tym, co trzeba zrobić.
– A jak nie chcę? Bożena spojrzała na niego z tym spokojem, który Jan znał od dzieciństwa. – To i tak pojedziesz. Jan otworzył usta, ale nic nie powiedział.
Kilka minut później pakował do torby rzeczy na kilka dni, bez entuzjazmu i komentarzy. Kiedy wychodzili, Zbigniew wyciągnął rękę po torbę, ale Jan od razu ją odebrał. – Sam poniosę. Ojciec spojrzał na niego krótko.
– Bardzo dobrze. Kasia została w drzwiach. Bożena uśmiechnęła się do niej. – Odezwę się.
Jan tylko rzucił:
– Pa. Po chwili drzwi się zamknęły. Na klatce schodowej słychać było jeszcze głosy Zbigniewa i Bożeny. Kasia wróciła do salonu, usiadła na kanapie i spojrzała na pusty fotel po drugiej stronie.
Pierwszy raz od dawna w mieszkaniu było naprawdę cicho. Stary dom po dziadkach stał na obrzeżach niewielkiego miasta, na spokojnej ulicy, gdzie większość sąsiadów znała się od lat. Jan pamiętał to miejsce z dzieciństwa zupełnie inaczej. Wtedy wydawało mu się ogromne.
Teraz zobaczył przede wszystkim, ile rzeczy wymagało pracy. W garażu piętrzyły się stare kartony, narzędzia, puszki po farbie i deski, których przeznaczenia nikt już nie pamiętał. W piwnicy stały słoiki, puste skrzynki i dwa krzesła z urwanymi oparciami. Ogrodzenie od strony ulicy dawno straciło kolor, a rynny były pełne liści.
Pierwszego ranka Bożena postawiła na stole chleb, twarożek ze szczypiorkiem, pomidory i jajka na miękko. Jan usiadł i spojrzał podejrzliwie. – To wszystko? Bożena uniosła brwi.
– A czego się spodziewałeś? Bufetu hotelowego? Zbigniew parsknął śmiechem. – Jedz, bo potem jedziemy do marketu budowlanego.
– Po co? – Po farbę, worki, rękawice i parę drobiazgów. Jan westchnął. – Dopiero przyjechałem wczoraj.
– No to się rusz – przypomniała mu matka. Po śniadaniu Jan automatycznie wstał od stołu i ruszył w stronę drzwi. – Talerz – powiedziała Bożena. Odwrócił się.
– Co talerz? – Sam się nie zaniesie do zlewu. Jan wrócił, zabrał talerz i kubek. – Widzisz – powiedział Zbigniew.
– Pierwszy sukces. – Bardzo śmieszne. W markecie Jan jeszcze próbował zachowywać się jak gość. Szedł kilka kroków za rodzicami, dopóki Zbigniew nie podał mu dużego wózka.
– Prowadź. – Czemu ja? – Bo masz dwie zdrowe ręce. Potem trzeba było znaleźć odpowiednią farbę, porównać ceny pędzli, policzyć worki na śmieci i sprawdzić, czy tańszy preparat do drewna rzeczywiście się opłaca.
Jan szybko zauważył, że nawet zwykłe zakupy do domu nie polegają na wrzucaniu pierwszej rzeczy do koszyka. Po powrocie Zbigniew zaprowadził go do garażu. – Zaczniemy tutaj. – Co dokładnie?
– Wszystko, czego nie używamy, dzielimy na trzy kupki: zostaje, do oddania i do wyrzucenia. Jan popatrzył na wnętrze garażu. – To chyba zajmie cały dzień. – Możliwe.
– Zbigniew spojrzał na niego. – I po co trzymaliście tyle rzeczy? – Dobre pytanie. Jak skończysz, możesz zapytać sam siebie: po co ty trzymasz w domu pięć pudełek po elektronice?
Jan nic nie odpowiedział. Przez kolejne dni pracy nie brakowało. Raz czyścił rynny z ojcem, innym razem wynosił stare rzeczy z piwnicy. Potem malowali fragment ogrodzenia.
Ale największym zaskoczeniem dla Jana były nie ciężkie zadania, tylko cała reszta. Wracali zmęczeni do domu, a Bożena mówiła:
– Jan, rozpakuj zakupy. Albo:
– Wstaw pranie, proszek jest w szafce. Albo:
– Jak już idziesz na górę, zabierz czyste ręczniki.
Pierwszego dnia pytał o wszystko. Gdzie jest płyn? W szafce. W której?
Otwórz i zobacz. A jaki program w pralce? Przeczytaj. Bożena odpowiadała spokojnie, bez złości, ale też bez biegania za nim.
Trzeciego dnia Jan sam zauważył pełny kosz na pranie i zaniósł go do łazienki. Zbigniew zobaczył to z korytarza. – Proszę, proszę. – Co?
– Nic. Człowiek się rozwija. – Tato, daj spokój. Wieczorem tego samego dnia Jan wszedł do kuchni.
Bożena siedziała przy stole i czytała gazetę. – Mamo, co będzie na kolację? Nie podniosła wzroku. – Nie wiem.
Jan zatrzymał się. – Jak to nie wiesz? – Normalnie. – To nic nie robisz?
Bożena odłożyła gazetę. – Lodówka jest pełna. Kuchnia działa. Dzisiaj twoja kolej.
Jan rozejrzał się po pomieszczeniu. – Ale co mam zrobić? – Co chcesz. Otworzył lodówkę.
Były tam jajka, ser, warzywa, kawałek wędliny, jogurt, masło i ugotowane wcześniej ziemniaki. – Z tego? Jan, ludzie od lat robią kolacje z rzeczy, które są w lodówce. Zbigniew wszedł do kuchni i usiadł przy stole.
– Ja się nie wtrącam. Jestem klientem. – Jeszcze tego brakowało. Jan wyjął ziemniaki, cebulę i jajka.
Po kilku minutach zapytał:
– Gdzie jest większa patelnia? – Dolna szafka – odpowiedziała Bożena. – A ile tej cebuli? – Ile uważasz.
– A przyprawy? – Są nad kuchenką. I wiesz, kto codziennie musi wiedzieć, co jest w lodówce, czego brakuje, co trzeba kupić, co ugotować i co potem posprzątać? Jan przestał mieszać na patelni.
Przez moment nic nie mówił. Przypomniał sobie Kasię wracającą z pracy z torbami, listy zakupów leżące na stole, pytania, czy czegoś potrzebuje. Pełną lodówkę, której nigdy nie uważał za czyjąś pracę. Po prostu była.
Kolacja wyszła całkiem dobrze. Ziemniaki podsmażone z cebulą, do tego jajka sadzone i pomidory. Zbigniew spróbował pierwszy. – Da się jeść.
Jan spojrzał na niego oburzony. – Tylko tyle? – Chcesz medal? Bożena roześmiała się.
Po kolacji Jan zaczął zbierać talerze. Matka nic nie powiedziała. Dopiero kiedy włączył wodę i sięgnął po płyn do naczyń, spojrzała na Zbigniewa. Ten uśmiechnął się pod nosem.
Jan zauważył ich spojrzenia. – Co znowu? – Nic. – Bożena wzruszyła ramionami.
– Po prostu miło popatrzeć. Jan pokręcił głową, ale tym razem się nie obraził. Później, kiedy leżał w swoim dawnym pokoju, długo nie mógł zasnąć. Nie był zmęczony garażem ani malowaniem.
Najbardziej męczyła go jedna myśl: przez lata uważał, że Kasia po prostu ogarnia dom. Dopiero teraz zaczynał rozumieć, ile rzeczy kryło się za tym krótkim zdaniem. Minęły prawie dwa tygodnie. Kasia zdążyła przyzwyczaić się do ciszy w mieszkaniu.
Wracała z pracy, odkładała klucze na komodę, robiła sobie herbatę i nikt nie pytał z drugiego pokoju, czy jest coś dobrego. W niedzielę po południu zadzwonił domofon. Kasia spojrzała na ekran. Bożena.
Nacisnęła przycisk i po kilku minutach usłyszała kroki na klatce schodowej. Kiedy otworzyła drzwi, przez moment nic nie powiedziała. Jan stał między rodzicami z dwiema dużymi torbami zakupów w rękach. Nie wyglądał jak ktoś, kto wrócił z wojny, ani jak zupełnie nowy człowiek.
Był trochę szczuplejszy, opalony i wyraźnie spokojniejszy. W jednej dłoni trzymał bukiet jasnych tulipanów. – Cześć – powiedział. – Cześć.
Zbigniew wszedł pierwszy. – Dostawa specjalna. Bożena uśmiechnęła się. – I tym razem sam wszystko wniósł.
Jan przewrócił oczami. – Mamo, no co? – Chwalę. Kasia odsunęła się, żeby ich wpuścić.
Jan postawił torby w kuchni, ale zamiast zostawić je na podłodze i zniknąć, zaczął od razu wyjmować zakupy. Chleb, warzywa, ser, jogurty, kawa, mleko, owoce, środki do kuchni i łazienki. Kasia stanęła w drzwiach. – Ty to wszystko kupiłeś?
– Tak. Sam. – Sam i przeżyłeś? Zbigniew parsknął śmiechem.
Jan pokręcił głową. – Wiedziałem, że tak będzie. Układał rzeczy po kolei. Produkty do lodówki, chemię pod zlew, pieczywo do chlebaka.
Nie robił tego idealnie – pomidory prawie włożył do lodówki obok mleka, ale po chwili sam się zatrzymał. – Nie, dobra. Te zostawię tutaj. Kasia nic nie komentowała.
Bożena obserwowała syna z miną, którą trudno było odczytać. Kiedy Jan skończył, Zbigniew wyjął z kieszeni złożoną kartkę. – Jeszcze dokumentacja. Kasia spojrzała na niego.
– Jaka dokumentacja? – Po przeglądzie technicznym. Jan jęknął. – Tato, błagam.
Zbigniew rozłożył kartkę i zaczął czytać z powagą urzędnika. – Funkcja „zakupy” uruchomiona. Funkcja „gotowanie” działa, choć wymaga dalszych aktualizacji. Funkcja „sprzątanie” wykryta.
Funkcja „wspólny budżet” gotowa do wdrożenia. Szacunek do cudzej pracy przywrócony. Bożena zakryła usta dłonią, żeby się nie roześmiać. Kasia już się nie powstrzymywała.
– I co? Jest gwarancja? Zbigniew spojrzał na Jana. – Warunkowa.
W razie problemów mamy jeszcze piwnicę do malowania. Jan od razu spoważniał. – Wszystko będzie działać. Bożena podeszła do Kasi i ścisnęła ją lekko za rękę.
– My już będziemy jechać. – Napijecie się chociaż kawy? – Innym razem. Niech sobie teraz sami porozmawiają.
Po kilku minutach drzwi się zamknęły. Jan i Kasia zostali sami. Przez chwilę żadne z nich się nie odzywało. Jan spojrzał na zlew.
Stały tam dwa kubki i mały talerzyk. Bez słowa podszedł, odkręcił wodę i zaczął je myć. Kasia usiadła przy stole. – Nie musisz teraz robić pokazówek.
Wyłączył wodę. – Wiem. – Wytarł ręce i usiadł naprzeciwko niej. – Właśnie dlatego to robię.
Kasia patrzyła na niego uważnie. Jan przez moment szukał słów. – Ja naprawdę wcześniej tego nie widziałem. Znaczy wiedziałem, że robisz zakupy, gotujesz, ogarniasz różne rzeczy.
Tylko w mojej głowie to wszystko było takie normalne, jakby działo się samo. Kasia milczała. – U rodziców człowiek rano wstawał i od razu było coś do zrobienia. Jak nie garaż, to zakupy, jak nie zakupy, to pranie.
Potem trzeba było pomyśleć o obiedzie, po obiedzie posprzątać i nagle dzień się kończył. – Westchnął. – A ja wracałem tutaj i pytałem cię, gdzie jest sos. Kącik ust Kasi drgnął.
– To akurat pamiętam. – Ja też niestety. Jan sięgnął do kieszeni. – Jest jeszcze coś.
Wyjął niewielką kopertę i położył ją na stole. Kasia zmarszczyła brwi. – Co to? – Otwórz.
W środku były dwa wydrukowane bilety lotnicze. Kasia przeczytała kierunek i spojrzała na niego. – Paryż? Jan skinął głową.
– Dwa bilety. I hotel, nieduży, ale w dobrej dzielnicy. Sprawdzałem opinie chyba trzy wieczory. Kasia przez chwilę patrzyła na kartki.
– A Praga? – Nie jadę. Michał się nie obraził. Trochę ponarzekał, ale przeżyje.
– Jan spoważniał. – Pomyślałem, że skoro umiałem odkładać pieniądze na siebie, to mogę też zrobić coś dla nas. Kasia nadal nic nie mówiła. – Tym razem chciałem zrobić coś dla nas obojga, nie tylko dla siebie.
– Po chwili dodał: – I jeszcze jedno. Od przyszłego miesiąca siadamy razem do budżetu. Czynsz, rachunki, zakupy, wszystko. Ustalamy, ile każdy wpłaca.
I koniec z tym, że ty pilnujesz wszystkiego sama. Kasia uśmiechnęła się lekko. – To brzmi rozsądnie. Mam nadzieję.
– A kolacja? Jan spojrzał na zegarek. – Mogę zrobić. – Co?
Wstał i otworzył lodówkę. – Spokojnie. Tym razem najpierw zobaczę, co mamy. Dopiero potem podejmę decyzję.
Kasia roześmiała się. Jan wyciągnął ser, warzywa i kilka innych rzeczy. Kiedy zaczął krzątać się po kuchni, Kasia sięgnęła po telefon. Napisała do Bożeny krótką wiadomość.
„Chyba naprawdę pomogło. Zakupy zrobił, naczynia umył. O budżecie sam zaczął rozmawiać i kupił nam bilety do Paryża. Możecie być z siebie zadowoleni.
”
Odpowiedź przyszła po chwili. „My to on miał się czego nauczyć. Teraz niech już sam pilnuje, żeby nie zapomniał. ”
Kasia odłożyła telefon i spojrzała na Jana.
Stał przy blacie, kroił warzywa i co chwilę sprawdzał coś w lodówce. Nie było idealnie, ale pierwszy raz od dawna miała wrażenie, że naprawdę są w tym domu, we dwoje.


