„Przelej mi szybko 300 złotych” – głos Sławomira zabrzmiał w słuchawce tak zwyczajnie, jakby prosił o coś najnormalniejszego na świecie. W tle pikał skaner w sklepie, ktoś przesuwał koszyk, a kasjerka najwyraźniej czekała, aż mąż Renaty zapłaci. Renata stała przy kuchennym blacie z obieraczką w dłoni. Chwilę wcześniej obierała marchewkę na zupę.

Teraz znieruchomiała. – A wypłata? – zapytała spokojnie. Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.
– No przecież wypłatę dostałem – odpowiedział w końcu. – Ale wiesz, jak jest. Opłaty, rata, paliwo, wszystko się rozeszło. – Sławek, ale miała być jeszcze premia.
Sam mówiłeś kilka dni temu, że w tym miesiącu dostaniecie dodatkowe pieniądze. Usłyszała ciężkie westchnienie. Znała je doskonale. Sławomir robił tak zawsze, kiedy musiał tłumaczyć coś, co jego zdaniem powinno być oczywiste.
– No właśnie nie dostaliśmy tyle, ile miało być – rzucił szybko. – W firmie zaczęli kombinować. Ktoś czegoś nie dopilnował. Wiesz, jak to jest w komunalce.
Premii praktycznie nie było, a to, co wpadło, poszło od razu. Naprawdę nie mam teraz czasu na tłumaczenie. Ludzie za mną stoją. Przelej mi te 300 i pogadamy w domu.
Renata spojrzała na starą białą lodówkę stojącą przy ścianie. Od kilku tygodni coraz głośniej buczała. Czasem włączała się w środku nocy takim pomrukiem, że Renata budziła się i zastanawiała, czy za moment coś nie strzeli. W zamrażarce regularnie pojawiała się gruba warstwa lodu, a temperatura na dolnej półce raz była za niska, raz za wysoka.
Nowa lodówka była już koniecznością. Dlatego od kilku miesięcy odkładała po trochu pieniądze na osobne konto oszczędnościowe. Sto złotych tutaj, dwieście tam, czasem więcej, gdy udało jej się przepracować dodatkową sobotę na poczcie. Nie zarabiała fortuny.
Cały dzień stała przy okienku, przyjmowała przesyłki, wydawała awizowane listy i słuchała narzekań klientów. Przed świętami kolejki ciągnęły się niemal pod drzwi, a ona wracała do domu z ciężkimi nogami i bólem między łopatkami. Mimo to zawsze pilnowała, żeby rachunki były zapłacone na czas. Prąd, czynsz, internet, zakupy, chemia do domu.
Nigdy nie dzielili tego na „moje” i „twoje”. Przynajmniej Renata tak uważała. Sławomir pracował jako pracownik techniczny w firmie komunalnej. Raz naprawiał jakieś urządzenia, innym razem jechał z ekipą do awarii.
Czasem brał dodatkowe dyżury. Jego zarobki nie różniły się aż tak bardzo od jej pensji. Bywały miesiące lepsze i gorsze, ale przez lata radzili sobie wspólnie. Kiedy Sławomir miał mniej pieniędzy, Renata dokładała więcej.
Kiedy ona miała większy wydatek, on teoretycznie robił to samo. Tak powinno działać małżeństwo. – Renata, jesteś tam? – odezwał się zniecierpliwiony głos.
– Jestem. – No to przelej, proszę. Mam makaron, chleb, olej, jajka, trochę ziemniaków, jeszcze coś na kolację wziąłem. Nie będę przecież odkładał wszystkiego przy kasie.
– Dobrze. Renata otworzyła aplikację bankową. Przez chwilę patrzyła na kwotę zgromadzoną na koncie oszczędnościowym. Jeszcze trochę i mogłaby zacząć rozglądać się za porządną lodówką.
Nie najdroższą, bez żadnych cudów. Po prostu taką, która nie brzęczy nocami i nie zamienia tylnej ścianki w bryłę lodu. Wpisała 300 złotych. Potwierdziła przelew.
– Poszło. – O, już mam – odpowiedział natychmiast Sławomir, a w jego głosie pojawiła się wyraźna ulga. – Dobra, płacę i jadę. Nastaw wodę na herbatę.
Będę niedługo. Rozłączył się. Renata nie ruszyła się z miejsca. W mieszkaniu zrobiło się cicho.
Tylko zegar wiszący nad drzwiami odmierzał sekundy, a stara lodówka znów zaczęła jednostajnie buczeć. Mogła się zdenerwować. Mogła zadzwonić do niego i zażądać wyjaśnień. Mogła zapytać, dlaczego kłamie jej prosto w oczy.
Nie zrobiła żadnej z tych rzeczy. Wzięła marchewkę i ponownie chwyciła obieraczkę. Jej dłonie były spokojne, bo Sławomir nie wiedział jeszcze jednego. Renata doskonale wiedziała, że żadnej premii mu nie zabrali.
I wiedziała też, że te pieniądze wcale się nie rozeszły. Tego ranka miała wolne. Sławomir wyszedł do pracy wcześniej niż zwykle. Zjadł szybko kanapki, dopił kawę, rzucił krótkie „Będę wieczorem” i zniknął za drzwiami.
Renata została sama. Nie planowała niczego szczególnego. Chciała zrobić pranie, odkurzyć mieszkanie, umyć łazienkę i wreszcie uporządkować szafę w przedpokoju, do której od tygodni tylko dokładała kolejne rzeczy. Zaczęła od prania.
Przyniosła kosz z ubraniami do łazienki i jak zawsze zaczęła sortować: jasne osobno, ciemne osobno, ręczniki na później. Na samym dole leżały robocze spodnie Sławomira. Były ciężkie, przybrudzone na kolanach, z charakterystycznym zapachem kurzu, smaru i czegoś metalicznego, który zawsze przynosił z pracy. Renata już miała wrzucić je do pralki, kiedy odruchowo wsunęła rękę do kieszeni.
Robiła tak od lat. Sławomir potrafił zostawić w spodniach wszystko: monety, śrubki, paragony, kluczyki do szafki, czasem nawet złożoną w kostkę rękawiczkę roboczą. W tylnej kieszeni wyczuła kawałek papieru. Wyciągnęła go i rozprostowała.
Potwierdzenie wypłaty z bankomatu. Przeczytała kwotę raz, potem drugi i jeszcze trzeci. Trzy tysiące złotych. Data była świeża.
Wypłata została zrobiona poprzedniego dnia. Renata poczuła lekkie ukłucie niepokoju. Trzy tysiące to nie była drobna suma. To nie były dwieście czy trzysta złotych wyjęte awaryjnie na zakupy albo paliwo.
To były konkretne pieniądze. Pieniądze, o których Sławomir nic jej nie powiedział. Przez chwilę próbowała znaleźć jakieś normalne wyjaśnienie. Może musiał komuś oddać dług?
Może kupował coś do pracy? Może pomagał komuś z rodziny? Renata zawsze najpierw próbowała tłumaczyć ludzi na ich korzyść. Tak już miała.
Tyle że im dłużej patrzyła na ten świstek papieru, tym mniej sensu miały kolejne wymówki, które sama mu w głowie podsuwała. Sławomir mówił jej o każdej większej rzeczy. A przynajmniej tak jej się wydawało. Jeżeli potrzebował kilkuset złotych na samochód – mówił.
Jeżeli trzeba było coś dołożyć do rachunków – mówił. Jeżeli dostał dodatkowe pieniądze za nadgodziny – też zwykle się chwalił. A tutaj trzy tysiące. Cisza.
Renata wstała. Nie wróciła jednak do prania. Z wydrukiem w dłoni przeszła do przedpokoju i otworzyła dużą szafę. Na wieszakach wisiały kurtki, płaszcze i kilka starych rzeczy, których oboje od dawna nie nosili.
Kilka dni wcześniej Sławomir schował swoją grubą zimową kurtkę głębiej, bo zrobiło się cieplej. Przez moment poczuła się głupio. Nigdy wcześniej nie przeszukiwała mu kieszeni z podejrzliwością. Nigdy nie miała potrzeby.
Ale teraz coś nie dawało jej spokoju. Zdjęła kurtkę z wieszaka. Sprawdziła jedną kieszeń – pusto. Drugą – kilka drobnych monet i stara chusteczka.
Dopiero kiedy wsunęła rękę głębiej do wewnętrznej kieszeni, palce natrafiły na coś grubszego. Papier. Wyciągnęła białą kopertę. Nie była zaklejona.
Otworzyła ją. W środku leżały banknoty. Przeliczyła je powoli, raz, potem jeszcze raz. Kwota zgadzała się niemal idealnie z tym, co widziała na potwierdzeniu z bankomatu.
Renata poczuła, jak robi jej się gorąco. Usiadła na małej ławce w przedpokoju, trzymając kopertę na kolanach. To nie był przypadek. Sławomir wypłacił pieniądze, przyniósł je do domu, schował i nic jej nie powiedział.
Spojrzała w stronę kuchni. Stara lodówka buczała jak zwykle. Od miesięcy odkładała na nową. Odmówiła sobie kilku drobiazgów.
Nie kupiła nowych butów, choć stare już ją obcierały. Zrezygnowała nawet z wyjazdu z koleżankami na weekend, bo uznała, że szkoda pieniędzy. W domu był przecież ważniejszy wydatek. Lodówka była dla nich obojga.
Nie dla niej – dla domu. A Sławomir właśnie schował przed nią trzy tysiące złotych. Renata wsunęła pieniądze z powrotem do koperty. Nie zabrała ani złotówki.
Odłożyła wszystko dokładnie tam, gdzie znalazła. Zawiesiła kurtkę na miejscu. Potwierdzenie z bankomatu schowała do kieszeni swojego domowego swetra. Potem wróciła do łazienki i włączyła pralkę.
Maszyna zaczęła nabierać wodę. Renata stała przed nią i patrzyła na obracający się bęben. W głowie miała już tylko jedno pytanie: po co Sławomirowi trzy tysiące złotych, które musiał ukrywać przed własną żoną? Drzwi wejściowe trzasnęły kilka minut po siódmej.
– Renata, jestem! – zawołał Sławomir. – Ale dziś miałem dzień. Człowiek ledwo żyje.
Po chwili rozległ się stuk butów o podłogę, szelest kurtki i charakterystyczne westchnienie, które zawsze wydawał z siebie po powrocie z pracy. Renata wyszła z kuchni. Sławomir stał przy lustrze, rozcierając dłonie. Obok jego nóg leżały dwie reklamówki z popularnego dyskontu.
– Cześć – powiedziała spokojnie. – Umyj ręce, ja to rozpakuję. I nastaw herbatę. – Dobrze, zmarzłem jak pies.
Renata wzięła torby i zaniosła je do kuchni. Wyjmowała zakupy powoli, jeden produkt po drugim. Dwie paczki najtańszego makaronu, butelka oleju rzepakowego, chleb krojony, kilka bułek, dwa kilogramy ziemniaków w siatce, dziesięć jajek, kawałek kapusty, małe opakowanie margaryny i długa kiełbasa w plastikowej osłonce – z tych najtańszych, które po otwarciu pachną głównie przyprawami i dymem wędzarniczym. Zajrzała jeszcze raz do reklamówki.
To wszystko. Nie było mięsa, sera, porządnych warzyw ani owoców. Rano prosiła Sławomira, żeby jeśli będzie w sklepie, kupił pomidory i jabłka. Nie kupił.
Renata nic nie powiedziała. Odłożyła chleb do szafki, jajka do lodówki, a ziemniaki zostawiła na blacie. Wzięła kilka sztuk, obrała je i pokroiła w kostkę. Na patelnię wlała trochę oleju.
Kiedy ziemniaki zaczęły się rumienić, rozcięła opakowanie kiełbasy i pokroiła kilka grubych plasterków. Bez cebuli, bez sosu, bez dodatków. Dokładnie z tego, co Sławomir sam przyniósł. Po kilkunastu minutach wszedł do kuchni w domowych spodniach i starej koszulce.
– O, ziemniaczki! – powiedział z zadowoleniem. – No od razu człowiekowi lepiej. Usiadł przy stole.
Renata postawiła przed nim talerz. Sławomir spojrzał na jedzenie i jego mina od razu trochę zrzedła. – A mięsa nie ma? – Jest kiełbasa.
– No widzę, że kiełbasa, ale ja mówię o mięsie. Myślałem, że zrobisz schab albo jakiś gulasz. – Schabu nie ma. – Jak to nie ma?
– Normalnie skończył się kilka dni temu. Sławomir nabił kawałek kiełbasy na widelec, spróbował i skrzywił się. – Jezu, co to jest? Sama sól, jakaś guma.
Człowiek płaci pieniądze, a oni sprzedają takie świństwo. Renata spojrzała na niego. – Sam ją kupiłeś. – Bo była w promocji.
Myślałem, że weźmiesz jeszcze coś normalnego. – Za co? Sławomir podniósł wzrok. – No jak to za co?
– Przecież mówiłeś, że nie masz pieniędzy. Przez sekundę na jego twarzy pojawiło się napięcie, ale szybko zniknęło. – No nie mam. Dlatego kupiłem to, co było najpotrzebniejsze.
Renata upiła łyk herbaty. – W takim razie mamy dokładnie taki obiad, na jaki nas teraz stać. Sławomir odsunął kawałek kiełbasy na bok talerza. – Mogłaś sama coś kupić po pracy.
– Nie byłam dziś w pracy. – No to tym bardziej. Miałaś cały dzień. Renata odstawiła kubek.
– Sławek, w tym miesiącu z mojej pensji poszedł czynsz, prąd, internet, środki do prania, chemia do łazienki i połowa większych zakupów. Do tego kupiłam rzeczy, które skończyły się w domu. Papier, płyn do naczyń, proszek, kawę. – No dobra, ale przecież ja też dokładam.
– Nie powiedziałam, że nie. – To po co mi teraz wszystko wyliczasz? – Bo narzekasz, że nie ma schabu. Sławomir westchnął i oparł się o krzesło.
– Renata, nie róbmy afery o kawałek mięsa. – Ja nie robię afery. – No właśnie robisz. Siedzisz taka naburmuszona, wszystko liczysz, patrzysz na mnie jak na winnego.
Przecież ci mówiłem, że ten miesiąc jest kiepski. Premii praktycznie nie było. Z wypłaty zeszły opłaty, paliwo, parę innych rzeczy. Co mam zrobić?
Wyczarować pieniądze? Renata przez chwilę patrzyła na niego bez słowa. Sławomir najwyraźniej uznał ciszę za znak, że wygrał. Zjadł kolejny kawałek ziemniaka i mówił dalej.
– Trzeba trochę zacisnąć pasa. Przecież nic się nie stanie, jak przez kilka dni zjemy skromniej. Potem będzie lepiej. Renata nadal milczała.
– No co? – zapytał. – Przecież jesteśmy rodziną. Musimy sobie pomagać.
Właśnie wtedy coś w niej ostatecznie się uspokoiło. Nie dlatego, że mu uwierzyła. Wręcz przeciwnie. Teraz już wiedziała, że Sławomir nie zamierza powiedzieć prawdy sam.
Miał przed sobą talerz jedzenia kupionego za jej pieniądze, patrzył jej prosto w oczy i dalej brnął w swoją historię. Renata powoli odsunęła krzesło. – Gdzie idziesz? – zmarszczył brwi.
Nie odpowiedziała. Wstała od stołu i ruszyła w stronę przedpokoju. Po chwili wróciła do kuchni. W rękach trzymała grubą zimową kurtkę Sławomira.
Kiedy tylko ją zobaczył, jego twarz natychmiast się zmieniła. Jeszcze przed sekundą siedział przy stole z miną człowieka zmęczonego życiem i niesprawiedliwością świata. Teraz wyprostował się gwałtownie, a widelec zatrzymał mu się w połowie drogi do ust. – Po co ci moja kurtka?
– zapytał. Renata nic nie odpowiedziała. Podeszła do wolnego krzesła i przewiesiła kurtkę przez oparcie. Sławomir patrzył na każdy jej ruch.
Już nie jadł. Renata wsunęła rękę do wewnętrznej kieszeni. Wyciągnęła białą kopertę i położyła ją na stole, tuż obok talerza z ziemniakami i tanią kiełbasą. W kuchni zrobiło się tak cicho, że było słychać buczenie starej lodówki.
Sławomir pobladł. – Mówiłeś, że pieniędzy nie ma – powiedziała Renata spokojnie. – Posłuchaj…
– Że premii praktycznie nie dostałeś. Że mamy ciężki miesiąc.
– No mamy. Renata spojrzała na kopertę. – To co to jest? Sławomir otworzył usta, ale przez chwilę nie wydobył z siebie żadnego dźwięku.
Potem odłożył widelec. – Ty to źle rozumiesz. – Naprawdę? – Tak, naprawdę.
To nie jest tak, jak myślisz. – A jak myślę? – No, że… ja coś kombinuję. Że przed tobą chowam pieniądze.
Renata przesunęła kopertę palcem po stole. – A nie chowasz? Sławomir zacisnął usta. – Chciałem po prostu zrobić coś dla siebie.
– Czyli jednak chowałeś. – Nie używaj takich słów. To brzmi, jakbym ci coś ukradł. Renata spojrzała mu prosto w oczy.
– A jak mam to nazwać? Sławomir odsunął talerz. Widać było, że zaczyna się denerwować. – Dobrze.
Tak, odłożyłem te pieniądze, ale miałem powód. – Jaki? Przez moment milczał, potem westchnął. – Chciałem kupić sobie nowy spinning.
– Spinning? – No tak. Porządny. Nie taki za parę groszy.
Od dawna go oglądam. Lekki, dobry kij, porządna firma. Do tego kołowrotek. Chciałem też kupić nową plecionkę, trochę przynęt, pudełka, torbę.
Wszystko mam stare. Część rzeczy pamięta chyba jeszcze poprzednią dekadę. Renata patrzyła na niego bez słowa. Sławomir najwyraźniej uznał, że musi tłumaczyć dalej.
– Chłopaki z pracy jeżdżą czasem na ryby. Jeden ma taki sprzęt, że aż miło popatrzeć, a ja zawsze z tym samym. Kołowrotek zacina, kij już raz klejony. Ile można?
– I dlatego potrzebowałeś trzech tysięcy? – Nie mówię, że wszystko bym wydał…
– Ale chciałeś. Sławomir wzruszył ramionami. – Chciałem kupić coś porządnego raz na lata.
Renata poczuła nieprzyjemne ukłucie gdzieś pod mostkiem. Nie chodziło nawet o spinning. Gdyby Sławomir przyszedł do niej i powiedział, że marzy o nowym sprzęcie, mogliby o tym porozmawiać. Mogliby policzyć pieniądze, zdecydować, ile może wydać teraz, a ile później.
Ale on zrobił coś zupełnie innego. – Dlaczego mi nie powiedziałeś? Sławomir prychnął. – Bo wiem, co byś powiedziała.
– Co? – Najpierw lodówka. Renata zamilkła. – No przecież tak by było – ciągnął.
– Lodówka, rachunki, zawsze coś. Zawsze jest coś ważniejszego. Jak nie sprzęt do domu, to opłaty. Jak nie opłaty, to zakupy.
I człowiek całe życie ma sobie wszystkiego odmawiać. – Ta lodówka jest dla nas obojga. – Wiem. – A spinning?
Sławomir odwrócił wzrok. – Dla mnie. – No właśnie. I co z tego?
– odpowiedział ostrzej. – Czy ja nie mam prawa mieć czegoś swojego? Renata poczuła, że coś w niej zaczyna pękać. Nie podniosła jednak głosu.
– Masz. Tylko dlaczego trzeba było kłamać? – Bo wiedziałem, że będziesz przeciwna. Więc łatwiej było powiedzieć, że premii nie dostałeś?
– Renata, nie rób z tego tragedii. – Ja robię tragedię? – Tak. To tylko pieniądze.
Renata spojrzała na kopertę, potem na jego talerz. – Tylko pieniądze? – No tak. Sławomir nagle się wyprostował.
W jego głosie pojawiła się nuta złości. – Wiesz co? Powiem ci coś. Ja na te pieniądze pracowałem.
Ja je dostałem za swoją robotę, za dyżury, za awarie, za to, że człowiek nieraz wraca po godzinach i nikt go nie pyta, czy ma siłę. To nie są jakieś przypadkowe pieniądze. To moja premia. Zrobił krótką pauzę i wtedy powiedział coś, czego Renata długo nie miała zapomnieć.
– Ja ją zarobiłem. Więc to są moje pieniądze. Renata patrzyła na niego przez kilka sekund. – Twoje pieniądze?
– powtórzyła cicho. Sławomir wzruszył ramionami. – No tak. Moja premia.
Ja ją wypracowałem. – Rozumiem. Jej spokój wyraźnie go zbił z tropu. – No to dobrze, że rozumiesz.
– Tylko coś mi się tu nie zgadza. Sławomir zmarszczył brwi. – Co? Renata oparła dłonie o stół.
– Skoro twoje trzy tysiące to są wyłącznie twoje pieniądze, to dlaczego moja pensja jest wspólna? – Jak to wspólna? – Normalnie. Z mojej pensji idzie czynsz, prąd, internet, zakupy, chemia do domu, jedzenie.
Rzeczy, których oboje używamy. – Przecież ja też płacę. – Płacisz. Ale kiedy dostajesz dodatkowe pieniądze, nagle przestają być rodzinne.
Stają się twoje. Sławomir westchnął ciężko. – Renata, znowu wszystko sprowadzasz do pieniędzy. – Nie.
To ty sprowadziłeś wszystko do pieniędzy. – Chciałem sobie raz coś kupić. – No właśnie. I nie mogłeś?
– Nie mogłem, bo zawsze jest coś ważniejszego. – Mogłeś ze mną porozmawiać. – I co byś powiedziała? „Najpierw lodówka”.
– Tak. Pewnie bym powiedziała, że najpierw lodówka, bo ta lodówka ledwo działa i korzystamy z niej oboje. Sławomir przewrócił oczami. – No właśnie.
Renata poczuła, jak narasta w niej złość, ale nadal mówiła spokojnie. – Wiesz, kiedy ja dostałam dodatkowe pieniądze przed świętami, nie schowałam ich w kurtce. Poszły na rachunki, prezenty i zakupy do domu. Nie powiedziałam wtedy, że to moje pieniądze i mam zamiar wydać je tylko na siebie.
– Nikt ci nie kazał. Renata zamarła. – Słucham? Sławomir natychmiast zrozumiał, że powiedział za dużo.
– Nie o to mi chodziło. – Ale właśnie to powiedziałeś. Sławomir zacisnął szczękę. – Wiesz, co jest najgorsze?
– zapytała Renata. Nie odpowiedział. – Nawet nie to, że chciałeś kupić spinning. Gdybyś przyszedł i powiedział: „Słuchaj, dostałem premię, chciałbym część wydać na sprzęt” – moglibyśmy się pokłócić.
Ale przynajmniej byłoby uczciwie. Sławomir milczał. – Najgorsze jest to, że ty wiedziałeś. Wiedziałeś, że mam schowane trzy tysiące?
– zapytał. – Wiedziałeś, że odkładam na lodówkę. Robię to od kilku miesięcy. Ograniczam swoje wydatki.
Wiesz o tym. – Przesadzasz. – Nie przesadzam. A mimo to zadzwoniłeś do mnie ze sklepu i poprosiłeś, żebym przelała ci 300 złotych.
Sławomir odwrócił wzrok. – Potrzebowałem na zakupy. – Miałeś trzy tysiące w kopercie. – Nie chciałem ich ruszać.
Wypłaciłem je, bo chciałem odłożyć na sprzęt. Gdybym zostawił je na koncie, zaraz poszłyby na lodówkę, rachunki albo coś do domu. Zapadła cisza. Renata pokiwała głową.
– Swoich pieniędzy nie chciałeś ruszać. Ale moje mogłeś. Sławomir przetarł dłonią twarz. – Dobra, zawaliłem.
Głupio wyszło. – To nie „głupio wyszło”. – No dobrze. Źle zrobiłem.
Kłamałem. – I co? – Przepraszam. Naprawdę poniosło mnie z tym sprzętem.
Mogę odpuścić ten spinning? Serio. Zostawmy to. Wrzućmy pieniądze do wspólnej puli.
Kupimy tę lodówkę i będzie spokój. – Nie. Sławomir spojrzał na nią zaskoczony. – Jak to nie?
– Najpierw oddasz mi 300 złotych. – Teraz? Przecież przed chwilą mówiłem, że damy wszystko na lodówkę. – To nie ma znaczenia.
Te 300 złotych zabrałeś z mojego konta oszczędnościowego, mimo że miałeś własne pieniądze. Oddaj mi je. Sławomir patrzył na nią jeszcze chwilę, jakby liczył, że zmieni zdanie. Nie zmieniła.
W końcu sięgnął po telefon. Kilka razy stuknął w ekran. – Poszło. Telefon Renaty zawibrował.
Spojrzała na powiadomienie. Trzysta złotych wróciło na konto. – Dobrze – powiedziała i schowała telefon. Sławomir odetchnął z ulgą.
– To możemy już skończyć ten temat. Renata pokręciła głową. – Nie. – Czego jeszcze chcesz?
– Niczego. – To o co chodzi? Renata usiadła prosto. – Od dzisiaj zmieniamy zasady.
Sławomir spojrzał na nią niepewnie. – Jakie zasady? – Finansowe. – Co masz na myśli?
Renata patrzyła mu prosto w oczy. – Od dzisiaj mamy osobny budżet. Sławomir patrzył na nią tak, jakby nie był pewien, czy dobrze usłyszał. – Osobny budżet?
– powtórzył. – Ty chyba żartujesz. – Nie żartuję. – Renata, przecież jesteśmy małżeństwem.
– Wiem. – To jak ty sobie to wyobrażasz? Renata odpowiedziała spokojnie. – Bardzo prosto.
Sławomir prychnął, ale już bez wcześniejszej pewności siebie. – No to słucham. – Opłaty za mieszkanie dzielimy po połowie. Czynsz, prąd, internet i wszystko, co dotyczy nas obojga.
Każde z nas wpłaca swoją część na czas. – Będziemy sobie robić przelewy jak obcy ludzie? – Będziemy płacić swoje zobowiązania jak dorośli ludzie. Sławomir pokręcił głową.
– To absurd. – Zakupy spożywcze też osobno. Ja kupuję dla siebie, ty dla siebie. – Co?
– Dobrze słyszałeś. Wskazała ręką na starą lodówkę. – Dwie górne półki będą moje, dwie dolne twoje. Jak kupisz sobie wędlinę, ser czy mięso, trzymasz to u siebie.
Ja nie ruszam twojego, ty nie ruszasz mojego. Sławomir patrzył na nią z niedowierzaniem. – Ty naprawdę chcesz dzielić lodówkę? – Chcę tylko zastosować zasady, które sam wprowadziłeś.
– Jakie zasady? Renata spojrzała mu prosto w oczy. – Moje pieniądze są moje, a twoje są nasze. Sławomir otworzył usta, ale nic nie powiedział.
– Skoro tak ma być – ciągnęła – to dobrze. Będzie uczciwie. Każdy odpowiada za siebie. – Renata, przecież to nie tylko pieniądze.
– Masz rację. Dlatego od jutra sam pilnujesz też swoich rzeczy. – Jakich rzeczy? – Prania.
Koszul, skarpet, ręczników. Jeśli potrzebujesz czegoś czystego na rano, pierzesz sam. Sławomir aż się zaśmiał. – No nie wierzę.
Teraz będziesz mi jeszcze skarpetki rozliczać? – Nie. Właśnie przestaję je rozliczać. – A obiady to samo?
Czyli co? Wracam z pracy i mam sobie gotować? – Tak. – Codziennie?
– Jeśli codziennie chcesz jeść ciepły obiad, to tak. Sławomir odsunął krzesło i wstał. – Przecież my będziemy żyć jak lokatorzy. Renata też się podniosła.
– Nie. Lokatorzy przynajmniej od początku wiedzą, jakie mają zasady. – Nie poznaję cię. – Ja za to zaczynam poznawać ciebie.
To zabolało go bardziej niż podniesiony głos. Sławomir opadł z powrotem na krzesło. Renata wzięła ze stołu kopertę i podała mu ją. – Proszę.
Twoje pieniądze. Trzy tysiące. Możesz kupić spinning, kołowrotek, plecionkę, przynęty, torbę – wszystko, co sobie zaplanowałeś. Nie wyciągnął ręki.
– Nie chcę teraz tego sprzętu. – Jeszcze kilka godzin temu bardzo chciałeś. Sławomir patrzył na kopertę, jakby nagle przestała mieć jakąkolwiek wartość. – Weźmy za to lodówkę.
– Nie. – Dlaczego? – Bo już powiedziałeś, że to są twoje pieniądze. Powiedziałeś to w złości, ale powiedziałeś dokładnie to, co myślałeś.
Renata położyła kopertę przed nim. – Teraz możesz nimi dysponować sam. Sławomir spuścił głowę. Po raz pierwszy tego wieczoru nie próbował się tłumaczyć.
Spojrzał na niedojedzone ziemniaki, potem na kurtkę przewieszoną przez krzesło. Nagle zrozumiał coś, czego wcześniej nawet nie zauważał. Renata zawsze pamiętała, żeby kupić jego ulubiony chleb. To ona sprawdzała, czy jest kawa.
To ona prała mu ubrania robocze, pilnowała rachunków, robiła zakupy i wymyślała obiad, nawet wtedy, kiedy w lodówce prawie nic nie było. Robiła to od lat. Tak zwyczajnie, że przestał uważać to za pomoc. Uznał, że po prostu tak ma być.
– Ja nie umiem tak żyć – powiedział w końcu cicho. Renata spojrzała na niego. – Nauczysz się. – Jak samemu wszystko ogarniać…
– Nauczysz się, Sławek.
Wzięła swój kubek, umyła go pod kranem i odstawiła na suszarkę. – Idę pod prysznic. Sławomir siedział bez ruchu. – A talerz?
– zapytał po chwili. Renata obejrzała się przez ramię. – Swój umyjesz sam. Wyszła z kuchni.
Za plecami słyszała tylko ciche buczenie lodówki i po raz pierwszy od bardzo dawna ten dźwięk jej nie drażnił. Bo nagle wiedziała, że kupi nową. Może nie jutro, może nie za tydzień, ale kupi ją z własnych pieniędzy i nie będzie już zastanawiać się, czy z oszczędności trzeba znowu wyjąć coś na cudze potrzeby. Poczuła ulgę.
Tak zwyczajną i ogromną, że aż sama się jej przestraszyła. Sławomir został w kuchni sam. Przed nim leżała koperta. Jego wymarzone trzy tysiące złotych.
Mógł kupić za nie drogi spinning, dobry kołowrotek i pół sklepu wędkarskiego. W końcu dostał dokładnie to, czego chciał – swoje własne pieniądze. Tylko cena okazała się dużo wyższa, niż kiedykolwiek przypuszczał.


