Zanim powiem wam, co usłyszałam po drugiej stronie telefonu, musicie wiedzieć o jednym szczególe, który przez długi czas wydawał mi się absolutnie nieważny. Mój narzeczony nigdy nie odbierał telefonu w tym samym pokoju, w którym ja przebywałam. Nigdy. Przez półtora roku związku ani razu.

Tłumaczyłam sobie, że to po prostu jego sposób bycia, że niektórzy ludzie są bardziej prywatni. Teraz wiem, że to znaczyło wszystko. Nazywam się Marta, mam 32 lata, pracuję jako graficzka w małej agencji. Kamil był wysoki, spokojny, prowadził własne biuro rachunkowe.
Był poukładany, wiedział, czego chce. Kiedy oświadczył mi się w grudniu przy wigilijnym stole mojej babci, pomyślałam, że jestem najszczęśliwszą kobietą w Warszawie. Moja siostra Basia siedziała naprzeciwko, klaskała razem z resztą rodziny, ale jej oczy się nie śmiały. Wtedy tego nie widziałam.
A może widziałam i postanowiłam nie patrzeć. Pierwszy raz zauważyłam ten wzorzec w lutym. Siedzieliśmy na kanapie, oglądaliśmy serial, jadłam mandarynki. Zadzwonił jego telefon.
Kamil spojrzał na ekran, wstał bez słowa, wyszedł na korytarz i zamknął za sobą drzwi. Poczułam wtedy coś małego i nieprzyjemnego w okolicach żołądka, ale serial grał dalej. Wrócił po pięciu minutach z przeprosinami. Klient, pilna sprawa, wiesz, jak to jest z biurem.
Wiedziałam. Przynajmniej tak mi się wydawało. W marcu zaprosiłam go na niedzielny obiad do rodziców. Mama ugotowała bigos, tata wyciągnął nalewkę na specjalne okazje.
Kamil był czarujący, zapamiętał imiona wszystkich dzieci Basi, pochwalił żurek mamy. Tylko Basia siedziała z tym swoim wyrazem twarzy, który znam od dziecka. Wargi złączone, jedna brew uniesiona, oczy skupione na punkcie przed sobą, jakby w środku siebie coś sprawdzała i wynik jej się nie podobał. Przy deserze telefon Kamila zawibrował.
Przepraszam, ważna sprawa – wstał i wyszedł na werandę. Przez szybę widziałam jego plecy. Był odwrócony. Basia nalała sobie herbaty i powiedziała cicho, nie patrząc na mnie: „Jak długo tak jest?
”. „Co tak jest? ” – zapytałam. „To wychodzenie”.
Wzruszyłam ramionami. „Ma biuro, Basiu. Klienci dzwonią w weekendy”. Ona tylko kiwnęła głową.
Ten brak odpowiedzi ważył więcej niż jakiekolwiek słowo. Wieczorem, kiedy wracaliśmy do Warszawy, trzymałam jego dłoń i myślałam, że jestem przeczulona, że buduję historię z niczego, że Basia zawsze była nadmiernie ostrożna w sprawach sercowych. Wmówiłam to sobie na tyle skutecznie, że przez kolejne tygodnie prawie nie myślałam o telefonie. Prawie.
Bo jest coś, czego nie da się do końca zagłuszyć. Coś, co siedzi cicho w żołądku i od czasu do czasu daje znak. Kwiecień był ciepły i spokojny. Planowaliśmy wesele, mama przywoziła katalogi z kwiatami, notowałam wszystko w zeszycie.
Kamil mówił, że ufa naszemu gustowi. Był cierpliwy, zaangażowany. Byłam z nim szczęśliwa. To ważne, żebyście zrozumieli – nie byłam ofiarą, która nic nie widziała.
Byłam kobietą, która kochała mężczyznę i znajdowała tysiąc małych powodów, żeby nie szarpać tej miłości za szwy. Ale ciało pamięta rzeczy, które umysł odkłada na bok. Pewnego wtorkowego wieczoru w maju gotowałam pierogi, a Kamil wyszedł na balkon. Wyszłam za nim z herbatą.
Stał odwrócony, z telefonem przy uchu. Mówił niskim, prawie szeptem, zupełnie innym głosem niż zwykle. Miękkim, takim, który się zniża, kiedy ktoś nie chce, żeby słyszano słowa. Usłyszałam tylko jedno zdanie, zanim się zorientował, że stoję w drzwiach: „Nie, teraz.
Dobrze. Zadzwonię później”. Odwrócił się, zobaczył mnie z kubkami, uśmiechnął się. „Marek z biura.
Zawsze dzwoni wieczorami”. Kiwnęłam głową, ale stałam przy balustradzie i czułam ten znajomy ciężar pod żebrami. Następnego dnia w pracy powiedziałam o tym Kasi. „I co czułaś, kiedy to zobaczyłaś?
” – zapytała. „Nic konkretnego. To znaczy coś, ale pewnie przesadzam”. Kasia patrzyła na mnie przez chwilę.
„Marta – powiedziała w końcu. – Kobiety nie przesadzają tak często, jak im się wmawia”. Nie wiedziałam wtedy, jak bardzo miała rację. Zaczęłam nieświadomie liczyć.
Ile razy w tygodniu Kamil wychodzi z pokoju, żeby odebrać telefon. Trzy, cztery, czasem pięć razy. Zawsze inny pretekst: klient, wspólnik, bank. Zawsze brzmiało sensownie, ale zawsze były zamknięte drzwi między nim a mną.
Pewnego czerwcowego poranka obudziłam się wcześniej niż on i leżałam, słuchając jego oddechu, chcąc wyrzucić te liczby z głowy i po prostu mu ufać. Wstałam, zaparzyłam kawę. Jego telefon leżał na stole, ekran zapalił się od wiadomości. Nie patrzyłam.
Celowo odwróciłam wzrok. To też jest pewien rodzaj odpowiedzi – kiedy nie chcemy patrzeć na coś, co może nam zabrać spokój, który tak ciężko zbudować. Tydzień później zadzwoniła Basia. „Jak Kamil?
” – zapytała po chwili rozmowy o niczym. „Dobrze” – odpowiedziałam. „Dużo pracuję”. „Hmm” – powiedziała.
To „hmm” zawierało w sobie całe zdanie. „Coś chcesz powiedzieć? ” – zapytałam wprost. Cisza.
Taka, która trwa o dwie sekundy za długo, żeby być przypadkowa. „Obiecałaś mi, że jeśli cokolwiek zacznie ci nie pasować, powiesz mi”. „Nic mi nie pasuje” – odparłam za szybko. Kolejna cisza.
„Marta, wszystko jest dobrze”. „Dobrze – powiedziała w końcu. – Cieszę się”. Ale jej głos nie brzmiał jak ktoś, kto się cieszy.
Przez kolejne trzy tygodnie starałam się bardziej. Robiłam pierogi, które lubi, rezerwowałam stoliki w restauracjach, kupowałam świeże kwiaty. Chciałam uwierzyć, że miłość, jeśli jest wystarczająco zadbana, sama się obroni. Nie wiedziałam jeszcze, że niektórych rzeczy nie da się obronić staraniem.
Moja kolej nadeszła w zwykłą sobotę, przy dźwięku wody za ścianą łazienki. Kamil wszedł pod prysznic, a ja leżałam, myśląc o piwoniach na wesele. Wstałam, zaparzyłam kawę, usiadłam przy stole w piżamie. Wtedy telefon Kamila zawibrował.
Raz, drugi, trzeci. Krótkie, niecierpliwe wibracje, które nie odpuszczają. Leżał na blacie, ekranem do góry. Numer bez nazwy, z krakowskim kierunkowym.
Popatrzyłam na niego. Woda cały czas leciała za ścianą. Nie umiem wam powiedzieć, co dokładnie się we mnie przełączyło w tamtej chwili. Nie był to gniew ani plan.
Była to jakaś bardzo stara, bardzo zmęczona część mnie, która przez 18 miesięcy siedziała cicho i która nagle bez ostrzeżenia powiedziała: „Dość”. Wyciągnęłam rękę i odebrałam. Przez sekundę nic, tylko oddech. Spokojny, miarowy.
Oddech kogoś, kto przygotował się do tej rozmowy. „Halo? ” – powiedziałam. Głos kobiety.
Niski, dorosły, bez histerii. Taki, który nie prosi o nic i nie przeprasza za nic. „Czy rozmawiałam z narzeczoną Kamila? ” Poczułam, jak coś odpływa ze mnie powoli, jak woda z wanny.
„Tak” – odpowiedziałam. Mój głos był mniejszy niż zwykle. „Mam na imię Aleksandra – powiedziała. – Przepraszam, że dzwonię.
Długo się wahałam. Ale chciałam, żebyś wiedziała, że istnieje dziecko. Jego córka ma cztery lata”. Za ścianą ciurczała woda.
Stałam przy blacie i czułam, jak podłoga pod stopami staje się czymś niepewnym. „Słyszysz mnie? ” – zapytała. „Słyszę” – odpowiedziałam.
„Nie dzwonię, żeby cokolwiek niszczyć – powiedziała spokojnie. – Dzwonię, bo moja córka ma cztery lata i nie ma ojca. I bo ty masz prawo wiedzieć, z kim masz się żenić”. Woda przestała lecieć.
Nacisnęłam czerwoną słuchawkę i odłożyłam telefon dokładnie tam, gdzie leżał. Ręce mi nie drżały. To zaskoczyło mnie bardziej niż cokolwiek innego. Spodziewałam się, że będę się trząść, że zacznę płakać.
Zamiast tego poczułam ogromny, rozlewający się spokój. Taki, który nie jest spokojem z braku uczuć, ale spokojem z nadmiaru. Kiedy człowiek czuje jednocześnie tyle rzeczy, że żadna nie może się przebić na wierzch. Kamil wyszedł z łazienki, mokre włosy, ręcznik na ramionach.
Usiadł obok mnie, położył rękę na moim kolanie. Ciepła, znajoma dłoń. Dłoń, którą trzymałam w kinie, w samochodzie, przy stole u rodziców. Nie zabrałam swojej ręki, ale jej nie poczułam.
Mówił coś o śniadaniu, o jajecznicy z łososiem, której lubię, o kawiarni, gdzie byliśmy zeszłego lata. Mówiłam „tak” i „nie” we właściwych miejscach, a w środku siedział głos Aleksandry, który nie chciał odejść. Tamtego wieczoru, kiedy zasnął, leżałam na plecach i patrzyłam w sufit. Myślałam o tym, ile razy mówiłam sobie, że przesadzam, ile razy zagłuszałam to coś pod żebrami logiką i miłością i chęcią bycia kobietą, która ufa.
Myślałam o Basi i jej ciszy. Myślałam o dziewczynce, której nie znam, i o tym, że gdzieś w Krakowie jest kobieta, która też pewnie leży z oczami otwartymi i czeka, czy zadzwoniła za późno. Ostrożnie sięgnęłam po telefon. Z listy połączeń przepisałam numer z Krakowa do swoich kontaktów.
Wpisałam tylko imię: Aleksandra. Przez chwilę patrzyłam na to imię na ekranie. Potem odłożyłam telefon. Nie spałam tej nocy, ale byłam spokojniejsza, niż się spodziewałam.
Jest coś dziwnie uwalniającego w momencie, kiedy to, czego się bałaś, w końcu staje się prawdziwe. Nie masz już czego się bać. Masz tylko to, co zrobisz z tym, co wiesz. Przez pierwsze trzy dni żyłam podwójnie.
Na zewnątrz byłam tą samą Martą. Wstawałam rano, chodziłam do pracy, jadłam z Kamilem kolację. W środku nosiłam głos Aleksandry jak kamień pod mostkiem. Ciężki, stały, którego nie dało się przełknąć ani wyrzucić.
Pierwszą rzeczą, którą zmieniłam, była kawa. Przez półtora roku każdego ranka wstawałam pierwsza i zanim Kamil otworzył oczy, na stole stała już jego kawa. Mocna, bez cukru, z odrobiną mleka. Taka drobna codzienność, z której buduje się związek.
Czwartego dnia zrobiłam kawę tylko dla siebie. Kamil wszedł do kuchni, rozejrzał się. „Śpieszyłaś się dziś? ” – zapytał.
„Trochę” – odpowiedziałam. Skinął głową i sam zrobił sobie kawę. Nic się nie stało, żaden alarm nie zatrząsł ścianami. Ale coś we mnie wiedziało, że właśnie zrobiłam pierwszy krok.
W pracy Kasia spojrzała na mnie i powiedziała, że wyglądam inaczej. „Jakbyś o czymś myślała cały czas. Tak jakbyś była tu i jednocześnie gdzieś zupełnie indziej”. Miała rację.
Byłam w dwóch miejscach naraz. Wieczorami Kamil siadał obok mnie i kładł rękę na moim kolanie. Siedziałam nieruchomo, nie dawałam mu żadnego sygnału, ale jego dłoń leżała na mnie jak coś, co straciło ciężar. Rozmawiałam z nim tylko o rzeczach praktycznych.
O biletach do rodziców, o kaloryferze, który stuka. Słowa użyteczne, słowa, które nic nie kosztują. Siódmego dnia napisałam do Aleksandry. Siedziałam w łazience z włączoną wodą, żeby Kamil nie słyszał.
Wpatrywałam się w jej imię na ekranie, aż w końcu napisałam tylko jedno zdanie: „Aleksandro, chciałabym się spotkać, jeśli możesz”. Odpisała po dwóch godzinach: „Mogę. Ty wybierz miejsce i termin. Przyjadę”.
Dwie linijki. Żadnego wykrzyknika, żadnego emoji. Po prostu odpowiedź kobiety, która też czekała. Spotkanie było w środę o 14:00, w małej kawiarni niedaleko centrum.
Weszłam kilka minut wcześniej. Pachniało kawą i ciastem drożdżowym. Aleksandra już tam była. Siedziała przy stoliku przy oknie, odwróciła się, kiedy weszłam, jakby wyczuła, kiedy przekroczyłam próg.
Miała ciemne włosy ściągnięte z twarzy, prosty sweter, zmęczone oczy, które patrzyły na mnie spokojnie. Obok niej siedziała mała dziewczynka. Cztery lata, kręcone jasnobrązowe włosy, różowa bluza z misiem. Rysowała coś w dużym zeszycie, nie podnosząc głowy.
„Dziękuję, że przyszłaś” – powiedziała Aleksandra. „Dziękuję, że przyjechałaś” – odpowiedziałam. Usiadłyśmy naprzeciwko siebie. Kelnerka przyniosła herbatę.
Przez chwilę żadna z nas nic nie mówiła, ale ta cisza nie była niezręczna. Była ciszą dwóch kobiet, które wiedzą, że to, o czym będą rozmawiać, jest ciężkie. „Jak ona ma na imię? ” – zapytałam.
„Zosia” – odpowiedziała Aleksandra, patrząc na córkę z wyrazem twarzy, który nie ma nazwy. Mieszaniną miłości i bólu tak zrośniętych, że nie wiadomo, gdzie jedno się kończy. „Opowiedz mi, jeśli chcesz” – powiedziałam. Aleksandra wzięła łyk herbaty i zaczęła.
Poznała Kamila pięć lat temu na konferencji w Krakowie. Byli razem trzy lata. Nie mieszkali wspólnie, on przyjeżdżał w weekendy. Tłumaczył to pracą, odległością, planami, które się wkrótce ułożą.
Kiedy zaszła w ciążę, Kamil powiedział, że chce tego dziecka. Powiedział to spokojnie, z przekonaniem, z ręką na jej dłoni. Uwierzyła mu. Po urodzeniu Zosi płacił regularnie przez pierwsze pół roku, potem coraz rzadziej.
Potem przestał odbierać telefony. „Szukałam go – powiedziała spokojnie. – Nie z zemsty. Po prostu chciałam, żeby Zosia miała ojca.
Dzieci mają prawo wiedzieć”. Patrzyłam na nią i myślałam o tym, jak bardzo musi być zmęczona. Tym głębszym zmęczeniem, z noszenia czegoś samej, z wyjaśniania, z czekania. „Skąd wiedziałaś o mnie?
” – zapytałam. „Znajoma zobaczyła zdjęcie na jego profilu – odparła. – Zdjęcie z waszych zaręczyn”. Wyobraziłam sobie, jak ta kobieta patrzy na zdjęcie, na którym się uśmiecham z pierścionkiem na palcu.
„Długo czekałaś, zanim zadzwoniłaś”. „Kilka miesięcy – przyznała. – Nie byłam pewna, czy mam prawo, czy nie zniszczę czegoś, co może jest dobre”. „Co cię przekonało?
” Spojrzała na Zosię. Dziewczynka właśnie skończyła rysunek. „Ona zapytała mnie w lipcu, czy ma tatusia – powiedziała Aleksandra. – Pytała już wcześniej, ale w lipcu zapytała inaczej.
Powiedziała: »Mamo, Krysia w przedszkolu ma tatusia, który przychodzi po nią w piątki. Ja też chcę mieć tatusia w piątki«. I patrzyła na mnie tak, że nie mogłam jej powiedzieć, że nie wiem”. Siedziałyśmy przez chwilę w ciszy.
„Jak ty się trzymasz? ” – zapytała nagle Aleksandra. I to pytanie zaskoczyło mnie. Spodziewałam się wszystkiego, tylko nie troski skierowanej w moją stronę.
„Nie wiem jeszcze” – odpowiedziałam szczerze. Kiwnęła głową, jakby to był jedyny możliwy odpowiedź. „Pierwsza reakcja to szok – powiedziała. – Potem złość, potem taki dziwny spokój, który jest gorszy od złości, bo nie wiesz, co z nim zrobić”.
„Ty też przez to przechodziłaś”. „Przechodziłam i przeszłam. Nie mówię, że jest łatwo, ale jest prawdziwie i to ma wartość”. Nie wiem, ile siedziałyśmy.
Herbata wystygła. Zosia skończyła drugi rysunek, wyrwała go z zeszytu i podała mi przez stolik bez słowa, z powagą czterolatki, która robi komuś prezent. Wzięłam go obiema rękami. Dom z czerwonym dachem, trzy sylwetki przed domem: jedna duża, jedna mniejsza, jedna malutka.
Słońce w rogu z ośmioma równymi promieniami. Złożyłam rysunek ostrożnie i schowałam do torebki. Kiedy wychodziłyśmy, Aleksandra stanęła przy drzwiach i wzięła mnie lekko za nadgarstek. „Cokolwiek zdecydujesz – powiedziała – zrób to dla siebie.
Nie z powodu mnie, nie z powodu złości na niego. Dla siebie”. Kiwnęłam głową. „I jeszcze jedno.
Krzyk nic tu nie zmieni. Wiem, bo próbowałam. To, co zmienia, to co robisz potem, kiedy nie ma już ani złości, ani łez. Kiedy zostaje tylko to, czego naprawdę chcesz dla swojego życia”.
Wyszłam na ulicę. Sierpniowe słońce uderzyło mnie w twarz ciepłem, które jeszcze tydzień temu czułam inaczej. Szłam w stronę metra, mając w torebce rysunek małej dziewczynki, i wiedziałam, że wracam do domu po raz ostatni. Wróciłam przed 18:00.
Kamil był w salonie z laptopem. „Długo byłaś” – powiedział. „Spotkanie się przedłużyło” – odpowiedziałam. Poszłam do sypialni, wyjęłam z torebki rysunek Zosi i popatrzyłam na niego długo.
Czterolatka narysowała coś, czego Kamil nie był w stanie zbudować przez pięć lat. Zwykły dom, zwykłe słońce. Trzy osoby przed wejściem. Złożyłam go i schowałam z powrotem.
Tej nocy spałam naprawdę. Pierwszy raz od tamtej soboty. Kiedy się obudziłam, wiedziałam dokładnie, co zrobię. Wstałam przed świtem, zaparzyłam kawę tylko dla siebie i usiadłam przy stole.
Powoli zdjęłam pierścionek z palca. Nie szarpałam, nie spieszyłam się. Zdjęłam go tak, jak zdejmuje się coś, co nosiło się długo i co zostawiło ślad. Położyłam go na stole.
Obok postawiłam telefon – jego telefon z otwartą wiadomością od Aleksandry, tę, w której pisała, że Zosia znowu zapytała o tatusia w piątki. Kamil wszedł do kuchni kilkanaście minut później, w piżamie, z rozczochranymi włosami. Zobaczył mnie przy stole, potem zobaczył pierścionek. Nie powiedział nic.
Stał w drzwiach i patrzył, jakby nie był pewien, czy dobrze widzi. Potem spojrzał na telefon, patrzył na ekran długo. Widziałam, jak ramiona opadają mu powoli. „Marta…” – zaczął.
„Nie” – powiedziałam spokojnie. Jedno słowo. Bez krzyku, bez łez, bez drżenia w głosie. Szukał w mojej twarzy czegoś, z czym mógłby podjąć rozmowę.
Gniewu, który można łagodzić, histerii, którą można tłumaczyć. Nie znalazł niczego. „Nie masz mi nic do tłumaczenia – powiedziałam. – Nie będę pytać o szczegóły.
Nie chcę wiedzieć kiedy, ile razy, dlaczego. To są pytania dla kogoś, kto jeszcze szuka dziury w murze, przez którą można by się cofnąć. Ja już nie szukam. Jest dziewczynka.
Ma cztery lata i pyta o ojca w piątki. To jest rzeczywistość, którą stworzyłeś i z którą ja nie mam zamiaru żyć”. Wstałam powoli, zabrałam kubek ze stołu, wypiłam ostatni łyk. „Marta, możemy porozmawiać – powiedział niskim, proszącym głosem.
– Daj mi powiedzieć…” „Kamil – przerwałam mu. – Przez 18 miesięcy wychodziłeś z pokoju, kiedy dzwonił telefon. Myślałeś, że to zostawiasz po tamtej stronie drzwi. Ale to zostawiało ślad tutaj, we mnie.
I teraz wiem, co to był za ślad”. Sięgnęłam po torbę, którą spakowałam poprzedniego wieczoru. Stała przy ścianie w przedpokoju, nieduża, ciemnogranatowa. Kamil poszedł za mną.
„Dokąd idziesz? ” – zapytał. „Do siebie” – odpowiedziałam. „To jest twoje mieszkanie tak samo jak moje”.
„Już nie” – powiedziałam. To była prawda w sensie, który nie wymagał podpisu ani dokumentu. Otworzyłam drzwi wejściowe. Kamil stał w przedpokoju i patrzył na mnie.
Nie ruszył się. Stanęłam w progu i spojrzałam na niego ostatni raz. „Zosia pyta o ojca w piątki – powiedziałam cicho. – Skup się na tym.
To jedyna rzecz, która teraz naprawdę ma znaczenie”. Zamknęłam drzwi. Nie trzasnęłam. Przymknęłam spokojnie, tak jak zamyka się rozdział, który nie powinien był trwać tak długo.
Na klatce schodowej było chłodno i cicho. Stałam przez chwilę nieruchomo i słuchałam własnego oddechu. Czekałam, aż przyjdzie fala czegoś – płaczu, ulgi, żalu. Ale nie przyszła fala.
Przyszło coś spokojniejszego. Coś, co przypominało powietrze. Nagle, jakby przez 18 miesięcy oddychałam przez zasłony i ktoś je właśnie zabrał. Zeszłam po schodach.
Na dole wyjęłam telefon i napisałam do Basi: „Miałaś rację. Możesz po mnie przyjechać? ”. Trzy sekundy.
„Już jadę. Gdzie jesteś? ”. Uśmiechnęłam się.
Pierwszy prawdziwy uśmiech od tygodnia. Taki, który szedł z głębi. Pchnęłam drzwi kamienicy i wyszłam na ulicę. Warszawski sierpień uderzył mnie ciepłem i zapachem rozgrzanego asfaltu.
Przy chodniku rosły lipy, pachniały tak, że człowiek chciałby się zatrzymać i stać w tym zapachu przez chwilę, nie iść nigdzie. Zatrzymałam się. Stałam pod tą lipą z torbą u nogi i twarzą w słońcu i myślałam o tym, że są dwie wersje końca. Taki, który zostawia człowieka pomniejszonego, zgniecionego, mniejszego, niż był.
I taki, który zostawia go, jakimś dziwnym sposobem, bardziej sobą, niż był przedtem. Jakby coś, co się skończyło, zabrało ze sobą tylko to, co nie było prawdziwe. Nie wiedziałam jeszcze, co będzie dalej. Gdzie zamieszkam, co powie mama, jak długo zajmie mi zapomnienie o tamtej kanapie.
Ale wiedziałam jedno. Wieczorem napisałam do Aleksandry: „Jak się czujesz? ”. Odpisała po chwili: „Lepiej.
Ty? ”. Patrzyłam na to pytanie długo. Ulica szumiała zwyczajnie.
Basia miała być za kwadrans. Wpisałam odpowiedź: „Jestem cała”. Wysłałam i schowałam telefon. I to było prawdziwe.
Może najbardziej prawdziwe zdanie, które wypowiedziałam od bardzo, bardzo dawna.


