7 czerwca 1917 roku o trzeciej nad ranem osiemdziesiąt tysięcy brytyjskich żołnierzy czekało na sygnał do ataku na pozycje niemieckie pod Messines. Te umocnienia pozostawały niezdobyte od dwóch lat, ale zanim piechota ruszyła do przodu, o 3:10 niemieckimi okopami wstrząsnęła seria eksplozji, która łącznie dała największy wybuch wywołany przez człowieka aż do czasów testów bomby atomowej. W belgijskich miastach wstrząsy pomylono z trzęsieniem ziemi, a grzmot dotarł nawet do Londynu i Dublina. Jeden z niemieckich żołnierzy wspominał: „Ziemia zadrżała i zachwiała się, a potem nastąpiło gwałtowne wstrząśnięcie.

Nagle otoczyła nas ciemność, a powietrze wypełniło się ziemią i pyłem. Z nieba spadały ogromne bryły ziemi, drewno, druty kolczaste, ludzkie kończyny i całe ciała. Okopy zostały zrównane z ziemią. Ci, którzy nie mogli się wykopać, udusili się.
Anglicy wysadzili minę. ”
Szacowano później, że w tę krytyczną minutę mogło zginąć nawet dziesięć tysięcy niemieckich żołnierzy. Jak do tego doszło i ile w tej liczbie jest prawdy? W 1914 roku brytyjski inżynier John Norton-Griffiths miał za sobą udaną karierę.
Nadzorował modernizację doków w kanadyjskim porcie Saint John, a w 1914 roku wygrał przetarg na pracę w Australii. Wyjazd przerwał wybuch pierwszej wojny światowej. Norton-Griffiths wykorzystał swoją fortunę, by powołać pułk kawalerii, ale formacje te szybko okazały się na froncie zachodnim bezużyteczne. Front już od października 1914 roku przechodził w fazę okopową.
Norton-Griffiths miał jednak kluczowe doświadczenie: wcześniej nadzorował budowę tuneli pod Manchesterem i tam spotkał się z technikami kopania w miękkiej gliniastej glebie. Robotników specjalizujących się w tych pracach nazywano kretami. 15 grudnia 1914 roku Norton-Griffiths napisał list do ministerstwa wojny, w którym proponował wykorzystanie umiejętności kretów na polu walki. Niemcy po drugiej stronie frontu również szukali sposobów na podkopanie pozycji przeciwnika.
Już 20 grudnia podczas walk pod Givenchy zdetonowali minę: dziesięć ładunków po 50 kilogramów każdy, umieszczonych w tunelu pod pozycjami brytyjskich oddziałów kolonialnych. Według relacji po jednej kompanii zniknął jakikolwiek ślad. Dopiero 17 lutego 1915 roku Norton-Griffiths przekonał brytyjską radę wojenną do stworzenia specjalnych drużyn kretów, które miały zejść w głąb francuskiej i belgijskiej ziemi. Pierwsi ochotnicy trafili do Francji już tydzień później.
W kolejnych latach drużyny górnicze rozrosły się do licznych kompanii – w lipcu 1916 roku brytyjska armia posiadała ich już 33. Tunele z kilkudziesięciometrowych rozrastały się do długości kilkuset metrów, a akcje minerskie stawały się wielkimi operacjami górniczymi. Im bardziej okopane były pozycje na powierzchni, tym więcej uwagi poświęcano działaniom podziemnym. Wiosną 1916 roku przed bitwą nad Sommą Brytyjczycy wzięli na celownik niemieckie pozycje na grzbiecie Hawthorn Ridge.
Tylko pod tą jedną granią rozłożyli ładunki o wadze osiemnastu ton. Stacjonujący tam niemiecki 119. rezerwowy pułk piechoty poniósł straty około 300 ludzi. Mimo to próby przełamania impasu były nadal niedoskonałe, a Somma przyniosła wiele rekordów brytyjskiej armii – zarówno w liczbie wystrzelonych pocisków, jak i w poniesionych stratach.
Wojna miała jednak powrócić w rejony zryte działaniami z lat 1914–1915. Miejscem tym było Ypres, gdzie od połowy 1915 roku linia frontu właściwie się utrwaliła. Dziesięć kilometrów na południe od Ypres niemieckie fortyfikacje na wzniesieniach w okolicach wsi Messines były cierniem w brytyjskim boku. Niemcy nazywali to wybrzuszenie „Wijtschatebogen”.
Norton-Griffiths już w maju 1915 roku zapisał w swoim dzienniku, że skoncentrowanie działań minerskich w tym rejonie mogłoby pomóc w wyprostowaniu linii frontu, a miny powinny przełamać obronę w około sześciu punktach. Pierwsze prace zaczęły się latem 1915 roku jako niezwiązane ze sobą próby zniszczenia pozycji wroga. Norton-Griffiths stopniowo stawał się twarzą projektu, nad którego szczegółami pracował pułkownik Napier Harvey wraz z kapitanem Cecilem Cropperem, dowódcą 250. kompanii.
Nakreślili plan największego minerskiego ataku w historii: chcieli wkopić się głęboko pod wzgórze Messines i zdetonować ładunki jednocześnie w pięciu punktach. Głębokość była kluczowa, bo w regionie na głębokości kilkunastu metrów znajdowała się warstwa piaszczystej ziemi, w której nie dało się poprowadzić długich tuneli. Dopiero głębiej zalegała charakterystyczna błękitna glina. Cropper odkrył, że na tyłach frontu ta warstwa gliny sięgała bliżej powierzchni.
Lawirując odpowiednio, można było wykopać szyby i ciągnąć od nich bardzo długie tunele pod brytyjskimi i niemieckimi pozycjami. Koszt był ogromny, bo niektóre tunele musiały mieć nawet 600 metrów długości. Po burzliwej dyskusji na początku 1916 roku plan został zaakceptowany. Brytyjczycy zakładali, że jednym z najbliższych celów militarnych powinno być odrzucenie Niemców od belgijskich portów, a zwinięcie niemieckich linii na północy miało właśnie rozpocząć się pod Messines.
W lutym 1916 roku rozpoczęła się jednak bitwa pod Verdun, która odciągnęła francuską uwagę, a perspektywa ataku na Messines oddalała się. Do tego w marcu Norton-Griffiths wyjechał do Rumunii, by realizować plan utrudnienia Niemcom zdobycia tamtejszej ropy. Harvey i Cropper nadal mieli jednak swój cel. Z czasem wizja ataku rozrosła się do 25 wielkich ładunków wybuchowych.
Od akceptacji pierwszego planu w styczniu 1916 roku do zobaczenia efektów finalnej wersji miało minąć osiemnaście miesięcy. Najlepsze kompanie osiągały tempo kopania 50 metrów tygodniowo. Cała operacja musiała podlegać surowym zasadom zachowania ciszy, dlatego po nieudanych eksperymentach z maszynami krety wróciły do pracy ręcznej. Już 7 marca sfinalizowano pierwszy podkop o długości 130 metrów pod okopy nazwane Bird Cage, a koniec tunelu wypchano dziewięcioma tonami materiałów wybuchowych.
Ładunki pod Messines składały się głównie z amonalu, który był trudny do pobudzenia i niełatwo wywoływał przypadkową eksplozję. Problemem była jednak jego wrażliwość na wilgoć, dlatego miny umieszczano w licznych cynowych pojemnikach zapakowanych w skrzynie. Saperzy musieli uzbroić się w anielską cierpliwość, bo wszystkie miny miały zostać zdetonowane jednocześnie. Tymczasem bitwa nad Sommą trwała, a prace minerskie pod Messines prowadzono nieustannie.
Do końca listopada saperzy rozłożyli już 19 ładunków, w tym miny-kolosy: The Caterpillar o wadze 32 ton, minę pod młynem Spanbroek – 41 ton, a pod Saint Eloi – 43,5 tony. Ta ostatnia, przygotowana przez kanadyjskich saperów, do dziś pozostaje największym podziemnym ładunkiem wykorzystanym w historii wojen. Po zakończeniu bitwy nad Sommą brytyjski gabinet wojenny uznał, że wyparcie wroga z wybrzeża belgijskiego jest sprawą najwyższej wagi. Generał Douglas Haig odkurzył wstępne projekty ataku na pozycje pod Messines.
Niemcy nie zdawali sobie sprawy ze skali podziemnych działań, choć przez cały 1916 rok prowadzili akcje kontrujące, tak zwane miażdżenie brytyjskich tuneli. Gdy wykryto obecność niemieckich saperów, praca kretów musiała na wiele tygodni zamierać, by uśpić czujność wroga. Nie obyło się bez strat: w czerwcu 1916 roku niemieckie miny zawaliły 80 metrów tunelu i zabiły 11 z 12 pracujących tam ludzi. Niemcy coraz poważniej podchodzili do koncepcji obrony w głąb, zakładając, że pierwsze linie są trudne do utrzymania.
Wiosną 1917 roku skrócili front, wycofując się na linię Hindenburga. Generał Hermann von Kuhl proponował nawet opuszczenie pozycji pod Messines ze względu na niekorzystne ukształtowanie terenu, ale większość sztabu odrzuciła ten pomysł. Jednym z głównych pytań niemieckich planistów było to, czy wybrzuszenie jest podatne na atak podziemny. Za bezpieczeństwo podziemne odpowiadał od września 1916 roku oberst Otto von Fusslein.
Niemieckie akcje kontrujące nie ustawały, a 9 kwietnia niemiecki wypad obrzucił jeden z brytyjskich szybów ładunkami wybuchowymi. Mimo to Niemcy w ostatnich tygodniach przed ofensywą wahali się w ocenie podziemnego ryzyka, a pewne sukcesy w zwalczaniu brytyjskich podkopów uśpiły ich czujność. Część płytszych tuneli została zresztą zaprojektowana jako mylenie przeciwnika, a niektóre miny umieszczono na głębokości nawet 40 metrów, nieosiągalnej dla niemieckich saperów. 30 kwietnia von Fusslein stwierdził, że zagrożenie ze strony podkopów jest nieprawdopodobne.
Na początku maja dopuszczał co prawda pewne eksplozje, ale zakładał, że ryzyko dla obrony będzie niewielkie. Gdyby Niemcy wiedzieli, jak ograniczony sukces przyniesie ofensywa Nivelle’a pod Arras i w Szampanii, być może podjęliby inną decyzję. Siły ententy nie odniosły tam znaczących sukcesów, więc generał Haig postanowił uruchomić detonator na froncie pod Messines. 7 maja zdecydował o ataku na wybrzuszenie, a start ofensywy wyznaczył na 7 czerwca.
Saperzy musieli jeszcze sfinalizować ostatnie podkopy: pod gospodarstwem Maedelstede z 43 tonami ładunku i pod gospodarstwem Ontario z 27 tonami. Ten ostatni ukończono dosłownie w ostatniej chwili, 6 czerwca. Brytyjska artyleria od maja prowadziła wstępne ostrzeliwanie pozycji niemieckich, a tylko od 26 maja do 6 czerwca wystrzelono na wybrzuszenie 3,5 miliona pocisków. Niemcy, między innymi dzięki zwiadowi lotniczemu, odnotowali kumulację brytyjskich wojsk.
Nerwowość udzielała się obu stronom. Brytyjscy krety obawiali się przede wszystkim tego, czy ładunki leżące w wilgotnych gliniastych tunelach, część z nich od ponad roku, w ogóle zadziałają. Popołudniem 6 czerwca generał Tim Harrington zaprosił przedstawicieli prasy i ujawnił plany porannego ataku. Na pytanie o szansę przełomu odpowiedział: „Panowie, nie wiem, czy jutro zmienimy bieg historii, ale z pewnością zmienimy geografię.
”
W nocy z 6 na 7 czerwca wszystko było gotowe. Brytyjczycy mieli rzucić do ataku 12 dywizji. O trzeciej nad ranem żołnierze stanęli na pozycjach, a saperzy w 11 punktach mieli dokładnie o 3:10 odpalić wszystkie ładunki. Finalnie stanęło na 19 minach, na które składało się ponad 400 ton materiałów wybuchowych.
Żaden ładunek nie zawiódł. Major Brian Frayling, który obserwował wybuchy, wspominał: „Kiedy nadeszła godzina zero, martwiłem się, bo niektóre miny leżały w bardzo wilgotnej ziemi przez prawie rok. Amonal nie wybucha, gdy jest mokry. Pierwszą rzeczą, jaką poczuliśmy, było potężne drżenie ziemi.
Potem zobaczyliśmy płomienie. Pierwsza wybuchła mina pod Kruisstraat, a Spanbroekmolen niemal jednocześnie. Z 24 min naliczyłem 20, faktycznie 19. Na obszarze kilku kilometrów wybuchały wszystkie.
”
Korespondent Philip Gibbs opisał to jako „najbardziej diaboliczny spektakl, jaki kiedykolwiek widziałem”. Z ciemnych grzbietów Messines i Wijtschate wytrysły ogromne strumienie szkarłatnego ognia, a cała okolica została oświetlona czerwonym światłem. Ziemia drżała i falowała w tę i z powrotem. Niemiecki porucznik ze 126.
pułku piechoty opisywał: „Ziemia zadrżała i zachwiała się, a potem nastąpiło gwałtowne wstrząśnięcie. Wartownik został rzucony na obwałowanie, inny został wyrzucony ponad parapet. Schrony zawaliły się, grzebiąc i miażdżąc tych, którzy byli w środku. Nagle otoczyła nas ciemność, a powietrze wypełniło się ziemią i pyłem.
Z nieba spadały ogromne bryły ziemi, drewno, druty kolczaste, ludzkie kończyny i całe ciała. Okopy zostały zrównane z ziemią. Ci, którzy nie mogli się wykopać, udusili się. Anglicy wysadzili minę.
”
Bezpośrednim efektom eksplozji przyglądali się żołnierze, którzy chwilę później ruszyli do ataku. Czołgista Frederick Collins wspominał: „O czwartej nad ranem staliśmy w kombinezonach i z rewolwerami w ręku. Wtedy wybuchła mina. Był to potężny huk, widzieliśmy płomienie.
Wskoczyliśmy do czołgu i ruszyliśmy. Po wybuchu miny Niemcy uciekli jak zające. W końcu dotarliśmy do miejsca oddalonego o 20 jardów od krateru. Wysiedliśmy i podeszliśmy do ogromnego leja.
Naliczyłem około 150 Niemców leżących martwych. Niektórzy jakby rzucali granat, inni nadal trzymali broń. Ta mina wygrała bitwę, zanim się rozpoczęła. Ten widok pozostał z nami na zawsze.
”
Siła wybuchów była tak wielka, że wyrzucany gruz spadał nawet na pozycje brytyjskie, zabijając żołnierzy ruszających do ataku. Mimo to natychmiast po eksplozjach ruszyła artyleria, a 80 tysięcy żołnierzy przeszło do natarcia. O siódmej rano Messines było już w rękach ententy, a do dziewiątej bitwa wyglądała na jednoznaczne zwycięstwo. Misja kretów została wykonana.
Planiści zakładali, że pierwsza fala piechoty poniesie straty na poziomie 50 procent. W rzeczywistości w pierwszych godzinach mało kto z Niemców był w stanie stawiać opór. Erich von Ludendorff zapisał później we wspomnieniach: „Gdyby nie wyjątkowo potężne miny użyte przez Brytyjczyków, które utorowały im drogę do ataku, udałoby nam się utrzymać pozycję. Psychologiczny efekt wybuchów był druzgocący.
W kilku miejscach nasze oddziały wycofały się przed natarciem piechoty wroga. ”
Ale ile naprawdę wyniosły niemieckie straty wywołane bezpośrednio przez eksplozję? Jedna z tabel wskazywała na 20 tysięcy żołnierzy tylko 7 czerwca, z których 10 tysięcy bezpowrotnie zaginęło. Stąd wzięła się imponująca liczba zabitych przez same miny.
Alexander Barrie w książce „War Underground” zapisał 10 tysięcy zaginionych i 7500 wziętych do niewoli Niemców. Doliczanie zaginionych do zabitych przez eksplozję wydawało się naturalne. Porucznik Brian Frayling, oglądając później krater pod Spanbroekmolen, twierdził, że nie mógłby oszacować liczby ofiar – w wyniku siły wybuchu znajdowano jedynie najdrobniejsze części ciał, a największym kawałkiem była oderwana stopa z butem. Na wyobraźnię działała groza, że tysiące żołnierzy zostały przygniecione setkami ton ziemi.
Współcześni badacze wskazują jednak na możliwość podwójnego liczenia. Specjalista Simon Jones uważa, że realnie z 10 tysięcy zaginionych właśnie 7500 trafiło do niewoli. Jego zdaniem to Niemcy odpowiadali za wzbogacenie legendy o minach, bo wizja podstępu była dla nich bardziej strawna niż przyznanie, że plany wycofania się z pozycji pod Messines były zasadne. Jones szacował, że tego dnia zginęło mniej niż 3000 Niemców, z których większość poległa od intensywnego ognia artylerii towarzyszącej szturmowi, która miażdżyła coraz dalsze niemieckie tyły.
Taka ocena spinałaby się z szacunkami niemieckich oficerów, w tym von Fussleina, oraz z nowymi metodami obrony, polegającymi na trzymaniu ludzi w rezerwie zamiast obsadzania pierwszych linii. Von Fusslein mógł zakładać, że miny nie zniszczą całkowicie umocnień, a kolejne linie będą gotowe do kontrataków. Tego, czego Niemcy się nie spodziewali, to skali podziemnej operacji, która była faktycznie niewyobrażalna. Osiemnastomiesięczna operacja pozostała unikatem nawet na skalę frontu zachodniego.
Wybrzuszenie pod Messines leżało na terenie długo nieobjętym ruchami w żadną stronę, co umożliwiło tak wielkie prace. Nawet tutaj niektóre ładunki nigdy nie zostały wykorzystane, bo po korektach frontu na południu znalazły się pod brytyjskimi pozycjami. Choć Brytyjczycy osiągnęli w kilka dni spory sukces, sami wykrwawili się w dalszych walkach od 8 czerwca, gdy Niemcy otrząsnęli się z oszołomienia. Obie strony zadały sobie straty w stosunku jeden do jednego, co wobec nieuniknionego napływu amerykańskich żołnierzy oznaczało umęczony koniec niemieckiej armii.
Bitwa pod Messines pozostaje zenitem wojny oblężniczej, a takiej metody podkopu nie dałoby się już powtórzyć. Sami Niemcy, umniejszając ryzyko, wiedzieli, że ta epoka się kończy. Wojna na zachodzie w 1918 roku miała uwolnić się z piekła okopów, ale to już zupełnie inna historia.


