„Lekarz powiedział mi, że mogę nocować z jego żoną, a on wciąż twierdzi, że to ja przesadzam” – tak zaczęła się moja rozmowa z mężem, który spadł z drabiny, ignorując ostrzeżenia wszystkich…

„Lekarz powiedział mi, że mogę nocować z jego żoną, a on wciąż twierdzi, że to ja przesadzam” – tak zaczęła się moja rozmowa z mężem, który spadł z drabiny, ignorując ostrzeżenia wszystkich...

Kilka dni przed długo wyczekiwanym urlopem Roman pojechał na firmowy wyjazd integracyjny do hotelu pod Łodzią. Był środek upalnego lata, a on od rana zachowywał się, jakby to on odpowiadał za całą imprezę. Krążył między pracownikami, wydawał nieproszone polecenia i przekomarzał się ze wszystkimi. Gdy administrator poprosił, żeby poczekać na pracownika technicznego z porządną drabiną, Roman spojrzał na girlandę nad tarasem i pokręcił głową.

Thumbnail

„Ile można czekać? To pięć minut roboty” – rzucił. „Ta drabinka jest niestabilna” – ostrzegła organizatorka. Roman nie słuchał.

Rozstawił składaną drabinę na miękkim trawniku, wszedł na trzeci stopień i wyciągnął rękę w stronę belki. Kolega Dariusz zawołał, żeby zszedł, ale było już za późno. Drabina zachwiała się, Roman zamachał rękami i zniknął w krzakach hortensji. „Moja noga!

O matko, moja noga! ” – krzyknął. Pogotowie zabrało go do szpitala. Beata przyjechała niecałą godzinę później.

Zastała męża na łóżku z nogą uniesioną na poduszce, z miną człowieka, któremu właśnie ratowano życie. „Co się stało? ” – zapytała. „Spadłem.

Było bardzo wysoko” – odpowiedział z powagą. Dariusz odchrząknął: „Trzeci stopień”. Lekarz po badaniach orzekł, że Roman złamał palec u nogi, skręcił kostkę i stłukł kolano. Założył usztywnienie i specjalny but ortopedyczny.

„Może pan chodzić po mieszkaniu. Powoli, ostrożnie” – powiedział lekarz. „Nie powinien pan leżeć bez ruchu”. Roman skrzywił się: „Czyli będę potrzebował stałej opieki?

„Nie. Będzie pan potrzebował zdrowego rozsądku” – odparł lekarz. W drodze na salę Roman zachowywał się tak, jakby nie słyszał ani słowa. Najpierw kazał Beacie poprawić poduszkę.

Potem poprosił o wodę, choć butelka stała tuż przy jego dłoni. Gdy kazał jej przesunąć telefon leżący obok łokcia, Beata westchnęła. „Lekarz powiedział, że możesz się ruszać” – zauważyła. „Lekarz nie czuje tego, co ja”.

Beata usiadła na krześle. Za cztery dni lecieli na Majorkę. Odkładali na ten wyjazd prawie cały rok. „Chyba nie mówisz poważnie” – powiedział Roman.

„Zapłaciliśmy 12 tysięcy złotych”. „Lekarz mówi, że możesz chodzić po mieszkaniu. Możemy wynająć pomoc, twoja mama może zajrzeć” – odpowiedziała Beata. „Ty możesz odwołać urlop” – odparł Roman.

„Naprawdę tego ode mnie oczekujesz? ”

„Jestem twoim mężem. Naprawdę Majorka jest dla ciebie ważniejsza ode mnie? ”

Beata nic nie odpowiedziała.

Patrzyła na jego obrażoną twarz i nagle zrozumiała coś bardzo prostego. Roman ani razu nie przeprosił za swoją brawurę, za zniszczone plany, za pieniądze, które mogli stracić. Mówił tylko o sobie. Byli małżeństwem od trzynastu lat.

Na początku Roman wydawał jej się człowiekiem, przy którym nie da się nudzić. Potrafił rozbawić całe towarzystwo, zaprzyjaźnić się z każdym w pięć minut. Beata była inna – spokojna, konkretna, zawsze przygotowana. Pracowała jako księgowa i to ona pilnowała rachunków, ubezpieczeń, terminów i wizyt u lekarza.

Roman pracował w sklepie z elektroniką i równie łatwo ulegał własnym argumentom sprzedażowym. Pewnego lata wrócił do domu z ogromnym grillem gazowym. „Była promocja” – oznajmił z dumą. Beata spojrzała na ich mały balkon, na którym ledwo mieściły się dwa krzesła.

„Gdzie chcesz to postawić? ”

„Na balkonie. Jest nowoczesny, przepisy też są nowoczesne”. Grill przez pół roku stał w piwnicy, aż Roman sprzedał go za połowę ceny.

Innym razem miał odebrać Beatę z dworca w deszczu. Pół godziny stała z walizką, a on nie odbierał telefonu. Gdy w końcu zadzwonił, w tle słychać było okrzyki kibiców. „Przepraszam, dogrywka była” – powiedział.

„Roman, ja też mam dogrywkę. Z walizką i w deszczu”. Takich historii było więcej. Drobnych, czasem zabawnych, czasem męczących.

Zwykle Beata przewracała oczami, Roman przynosił kwiaty albo sernik i życie toczyło się dalej. Tym razem jednak nie chodziło o grilla ani spóźnienie. Po powrocie ze szpitala Beata przez dwa dni organizowała wszystko. Kupiła leki, stabilizator, wygodniejszy but ortopedyczny.

W aptece zostawiła prawie czterysta złotych. Ugotowała zupę, zrobiła zapas kanapek, rozpisała godziny przyjmowania tabletek. Znalazła panią Teresę, która miała przychodzić rano i wieczorem, gotować, robić zakupy i w razie potrzeby zawieźć Romana do przychodni. Pani Teresa była energiczną kobietą po sześćdziesiątce.

Pierwszego dnia weszła do mieszkania, rozejrzała się i zapytała: „Gdzie jest pacjent? ”

„Tutaj” – odezwał się Roman z kanapy tonem człowieka porzuconego na bezludnej wyspie. Noga spoczywała na dwóch poduszkach, obok stała woda, telefon, talerz z kanapkami i pilot. „Jak się pan czuje?

„Tragicznie. Wszystko mnie boli”. „Lekarz zalecił ruch” – zauważyła pani Teresa. „Ostrożny ruch” – poprawił Roman.

„To dobrze. Ostrożny ruch też jest ruchem”. Pół godziny później Beata usłyszała z salonu: „Pani Tereso, poda mi pani pilota? Leży pół metra ode mnie, ale musiałbym się wychylić”.

„Lekarz kazał ćwiczyć, więc zaczniemy od pilota” – odpowiedziała pani Teresa. Beata odwróciła się do okna, żeby Roman nie zobaczył jej uśmiechu. Znacznie mniej rozbawiona była jego matka, Jadwiga. Przyjechała tego samego popołudnia z garnkiem rosołu i miną kobiety, która właśnie odkryła upadek wszelkich wartości.

„Ty naprawdę zamierzasz lecieć? ” – zapytała Beatę w kuchni. „Jeszcze niczego nie zdecydowałam”. „Nie ma czego decydować.

Mąż jest chory. Sam sobie nawet herbaty nie zrobi”. Z salonu dobiegł dźwięk otwieranej puszki. Beata spojrzała w tamtą stronę.

„Widzę, że napój potrafi sobie otworzyć”. „To co innego” – ucięła Jadwiga. Wieczorem przyjechała Ewa, przyjaciółka Beaty. Przyniosła owoce, drożdżówkę i butelkę wina.

Beata opowiedziała o wymaganiach Romana, wyrzutach Jadwigi i własnym poczuciu winy. „Może rzeczywiście powinnam zostać” – zakończyła cicho. „Po co? ” – zapytała Ewa.

„Ma panią Teresę, matkę, leki, pełną lodówkę i telefon. Nie leży sam w lesie”. „Ale to mój mąż”. „A ty jesteś jego żoną, nie całodobową obsługą hotelową”.

Następnego dnia Beata zadzwoniła do biura podróży. Część kosztów Romana przepadnie – strata wyniesie prawie pięć tysięcy złotych. Dopisanie Ewy do rezerwacji to kolejne tysiąc dwieście. Beata siedziała długo z kalkulatorem w dłoni.

Przez niemal rok rezygnowała z ubrań i obiadów na mieście, żeby zobaczyć Majorkę. Roman nawet nie zapytał, ile mogą stracić. Gdy Ewa przyszła wieczorem, Beata przesunęła w jej stronę wydruk. „Muszę tylko znać twoje dane do biletu” – powiedziała.

„To znaczy? ” – zapytała Ewa zdziwiona. „To znaczy, że lecimy razem”. W dniu wyjazdu Beata obudziła się przed budzikiem.

Leżała chwilę w ciemności, zastanawiając się, czy naprawdę ma odwagę wstać i pojechać na lotnisko. Telefon świecił od wiadomości. Roman napisał pierwszy, że nie mógł spać i że noga pulsuje. Kilka minut później odezwała się Jadwiga: „Beata, jeszcze możesz zmienić zdanie.

Porządna żona siedziałaby teraz przy mężu, a nie pakowała kostium kąpielowy”. Beata odłożyła telefon ekranem do dołu. W kuchni Ewa robiła kawę. „Wyglądasz, jakbyś szła na egzamin” – zauważyła.

„Trochę tak się czuję”. „To łatwy egzamin. Masz paszport? Masz bilet?

Czy Roman ma jedzenie, leki i pomoc? ”

„Ma”. „W takim razie zdałaś”. Podczas drogi do Warszawy telefon wibrował bez przerwy.

Roman dzwonił trzy razy, Jadwiga dwa. W końcu Beata odebrała. „Pani Teresa kazała mi samemu dojść do kuchni” – poskarżył się Roman. W tle dał się słyszeć głos pani Teresy: „Panie Romanie, trzy metry to nie wyprawa w Himalaje”.

„Roman, naprawdę muszę kończyć. Jesteśmy w drodze” – powiedziała Beata. „To znaczy, że jednak jedziesz? ”

„Tak.

Jadę”. Rozłączyła się, zanim zdążył odpowiedzieć. Na lotnisku było tłoczno. Przy kontroli bezpieczeństwa przyszła kolejna wiadomość: „Jestem za słaby, żeby zrobić sobie herbatę”.

Beata przeczytała ją dwa razy. Dziesięć minut później aplikacja bankowa pokazała płatność. Roman zamówił pizzę, pierogi, deser i napój za prawie sto dwadzieścia złotych. Ewa zerknęła na ekran.

„Biedny człowiek. Na herbatę nie ma siły, ale zamówienie w restauracji złożył bez problemu”. Beata parsknęła śmiechem. To był pierwszy szczery śmiech od kilku dni.

Gdy samolot oderwał się od ziemi, ścisnęła podłokietnik. Nie bała się lotu. Bała się tego, co będzie po powrocie – rozmów, oskarżeń, chłodnego spojrzenia Jadwigi. „Wyłącz telefon” – powiedziała Ewa.

„Świat się nie zawali”. Majorka przywitała je ciepłem, zapachem morza i ostrym słońcem. Beata patrzyła przez okno na palmy i jasne domy. Wszystko wyglądało pięknie, ale ona nie potrafiła się tym cieszyć.

W hotelu pierwszą rzeczą, jaką zrobiła, było włączenie telefonu. Czekało kilkanaście wiadomości. Jadwiga pisała, że Roman źle wygląda. Roman twierdził, że pani Teresa jest bez serca.

Pani Teresa wysłała jedno krótkie zdanie: „Pan Roman zjadł obiad, wziął leki i sam doszedł do łazienki. Wszystko w porządku”. Przez następne dni Beata z Ewą chodziły po plaży, oglądały katedrę, siadały w małych kawiarniach i patrzyły na morze. Ewa potrafiła cieszyć się każdą chwilą.

Beata wciąż sprawdzała telefon. „Możesz go schować chociaż na godzinę? ” – zapytała Ewa trzeciego dnia. „A jeśli coś się stanie?

„Gdyby coś się stało, zadzwoniłaby pani Teresa. Roman pisze głównie wtedy, kiedy kończy mu się cierpliwość, nie zdrowie”. Czwartego dnia Beata usiadła na balkonie i włączyła rozmowę wideo. Roman odebrał od razu.

Był nieogolony, siedział na kanapie z nogą na poduszce i wyglądał na obrażonego. „No wreszcie. Kiedy wracasz? ” – zapytał.

Nie zapytał o lot, o hotel, o to, czy Beata dobrze się czuje. „Za kilka dni, zgodnie z planem”. Roman westchnął ciężko. „Ona jest strasznie surowa.

Kazała mi samemu dojść do łazienki”. „Lekarz też kazał ci chodzić. Ale ty zrobiłabyś to inaczej, prawda? Pomogłabyś mi?

Beata spojrzała za siebie. Za balkonem błyszczało morze, a z ulicy dochodził gwar ludzi wracających z plaży. „Roman, pomagałam ci przez trzynaście lat” – powiedziała spokojnie. „Co to ma znaczyć?

„To znaczy, że załatwiałam rachunki, lekarzy, ubezpieczenia, naprawy i wszystkie problemy, których ty nie chciałeś dotykać – nawet kiedy to ty je powodowałeś”. „Przesadzasz”. „Nie. Po prostu pierwszy raz mówię to głośno.

Jestem zmęczona byciem dla ciebie żoną, matką, sekretarką i całodobowym pogotowiem”. Po drugiej stronie zapadła cisza. Roman patrzył na ekran, jakby nie wiedział, co odpowiedzieć. Beacie drżały dłonie, ale mówiła dalej.

„Najgorsze jest to, Roman, że tutaj pierwszy raz od wielu lat naprawdę spokojnie oddycham”. Po rozmowie długo siedziała na balkonie. Wypowiedziała na głos coś, co od lat krążyło jej po głowie. Nie było już odwrotu.

Roman usłyszał, że problem nie zaczął się od upadku z drabiny. Ten upadek tylko odsłonił wszystko, co wcześniej dało się przykryć żartem, zmęczeniem albo kolejnym „jakoś to będzie”. Następnego ranka pojechały autobusem do niewielkiego miasteczka na wybrzeżu. Usiadły w kawiarni przy porcie.

Przy stoliku obok siedziała starsza kobieta w słomkowym kapeluszu, z mapą, okularami w czerwonych oprawkach i zeszytem pełnym notatek. Gdy kelner postawił przed nią rachunek, westchnęła po polsku:

„No pięknie. Człowiek przeżył podwyżki, kolejki i reformy emerytalne, a pokona go kawa za cztery euro”. Beata i Ewa roześmiały się.

Tak zaczęła się rozmowa. Kobieta przedstawiła się jako pani Krystyna. Mieszkała w Toruniu i od trzech lat podróżowała sama. „Dzieci mówią, że zwariowałam.

Syn chciał mi kupić opaskę z lokalizatorem, żebym się nie zgubiła. Powiedziałam mu, że przez czterdzieści lat znajdowałam jego skarpetki, więc drogę do hotelu też znajdę”. „Nie bała się pani pierwszej podróży? ” – zapytała Beata.

„Oczywiście, że się bałam. Pół nocy sprawdzałam, czy paszport leży w torebce. A potem pomyślałam, że przez całe życie też się czegoś bałam. Że dzieci zachorują, że mąż straci pracę, że zabraknie pieniędzy.

Przez lata uważałam, że dobra żona i matka musi wszystkich ratować. Syn spóźnił się z rachunkiem – płaciłam. Mąż zapomniał o badaniach – umawiałam. Tylko nikt nie pytał, czego potrzebuję ja”.

Beata poczuła ucisk w gardle. „I co się zmieniło? ”

„Ja się zmieniłam. Zrozumiałam, że można kochać ludzi i jednocześnie nie sprzątać po każdej ich decyzji.

Dobra kobieta nie musi być kobietą, która znosi wszystko”. Te słowa zostały z Beatą na resztę dnia. Wieczorem siedziała z Ewą na kamiennym murku nad morzem. „Myślisz, że przesadzam?

” – zapytała. „Nie wiem” – odpowiedziała Ewa. „I właśnie dlatego nie będę ci mówić, co masz zrobić”. „Myślałam, że każesz mi odejść”.

„Mogę powiedzieć, co widzę. Widzę, że jesteś zmęczona. Widzę, że Roman od lat przyzwyczajał cię do ratowania go. Ale decyzja musi być twoja.

Inaczej za pół roku obwiniasz mnie”. „Bardzo wspierające”. „Staram się być mądra, ale to okropnie wyczerpujące”. Obie się uśmiechnęły.

Następnego dnia Roman zadzwonił. Tym razem mówił łagodniej. „Beata, dużo myślałem. Naprawdę się zmienię” – zaczął.

„Co dokładnie zmienisz? ”

„No… wszystko. Będę bardziej uważał”. „Dlaczego spadłeś?

„Bo ta drabina była beznadziejna. Administrator prosił, żebym na nią nie wchodził. Gdyby Dariusz mnie nie podpuszczał…”

„Dariusz nie wszedł na drabinę za ciebie” – przerwała Beata. „Twarda ziemia była miękka.

Hotel powinien to zabezpieczyć” – dodał Roman. Beata zamknęła oczy. Znów to samo. Winny był Dariusz, drabina, hotel, trawnik i cały świat, tylko nie Roman.

„Właśnie dlatego nie mogę wrócić do tego, co było” – powiedziała. „Co to znaczy? ”

„Po powrocie chcę zamieszkać osobno. Potrzebuję czasu i przestrzeni.

Jeśli mamy ratować małżeństwo, pójdziemy na terapię dla par”. „Do psychologa? Przecież nie jesteśmy wariatami”. „Terapia nie jest dla wariatów.

Jest dla ludzi, którzy sami nie potrafią już rozmawiać”. „Robisz wielką sprawę z jednego głupiego wypadku”. „Nie robię wielkiej sprawy z wypadku. Robię ją z trzynastu lat, podczas których twoje problemy zawsze stawały się moimi obowiązkami”.

Roman próbował protestować, ale Beata zakończyła rozmowę spokojnie. Ostatniego dnia poszły na mały targ. W jednym ze stoisk Beata zobaczyła srebrny wisiorek w kształcie muszli. Nie był drogi ani szczególnie ozdobny, ale spodobał jej się od razu.

„Kupujesz pamiątkę? ” – zapytała Ewa. „Raczej przypomnienie”. „Czego?

Beata zapięła łańcuszek na szyi. „Że moje życie nie składa się tylko z pracy, rachunków i ratowania innych”. Wieczorem pakowały walizki. Kiedy telefon zawibrował, wiadomość była od Romana: „Musimy porozmawiać.

Tym razem naprawdę”. Łódź przywitała Beatę szarym niebem i drobnym deszczem. Po dniach pełnych słońca i morza miasto wydawało się ciche. Ewa pojechała prosto do siebie, a Beata zamówiła taksówkę.

Nie bała się już rozmowy z Romanem. Bała się tego, że w mieszkaniu wrócą dawne odruchy – że zobaczy jego cierpiącą minę, usłyszy westchnienie i znów zacznie się zastanawiać, czy nie przesadza. Dlatego jeszcze przed wejściem do bloku dotknęła srebrnego wisiorka. Gdy otworzyła drzwi, poczuła zapach rosołu.

W przedpokoju stały buty Jadwigi, a z salonu dochodził głos telewizora. Roman siedział w fotelu z nogą opartą na pufie. Obok leżała jedna kula, choć lekarz pozwolił mu już chodzić z laską. Na widok Beaty wyprostował się, a potem natychmiast skrzywił i wypuścił powietrze tak głośno, jakby samo siedzenie sprawiało mu ogromny ból.

„Wróciłaś” – powiedział. „Wróciłam”. Jadwiga wyszła z kuchni z chochlą w dłoni. „No proszę.

Opalona, wypoczęta, a Roman przez cały czas męczył się tutaj”. „Dzień dobry, Jadwigo”. „Ja bym na twoim miejscu najpierw przeprosiła męża”. Beata spojrzała na Romana.

„Za co? ”

Jadwiga aż otworzyła usta. „Jak to za co? Zostawiłaś chorego człowieka i poleciałaś na wakacje?

„Roman miał panią Teresę, lekarza, leki, pełną lodówkę i ciebie” – odpowiedziała Beata. „Matka nie zastąpi żony”. „Żona też nie powinna zastępować pielęgniarki, kucharki i całej administracji”. Roman poruszył się nerwowo.

„Nie zaczynajmy od kłótni”. „Nie przyjechałam się kłócić”. Beata weszła do sypialni, wyjęła z szafy średnią walizkę i zaczęła spokojnie składać ubrania. Roman pojawił się w drzwiach po kilku minutach.

Szedł z laską, powoli, ale znacznie sprawniej, niż Beata się spodziewała. „Co ty robisz? ”

„Pakuję kilka rzeczy”. „Po co?

„Wynajęłam małe mieszkanie niedaleko pracy. Na razie tam zamieszkam”. Roman zbladł. „Mówiłaś to na Majorce, ale myślałem, że byłaś zdenerwowana”.

„Byłam spokojniejsza niż kiedykolwiek”. „Jak możesz odchodzić, kiedy nadal jestem chory? ”

Beata odłożyła sweter i spojrzała mu prosto w oczy. „Nie jesteś sam.

Masz pomoc i potrafisz już o siebie zadbać”. „Ledwo chodzę”. „Chodzisz. Byłeś w przychodni, sam dochodzisz do kuchni i łazienki, a zakupy robisz przez telefon”.

Roman zacisnął usta. „Czyli teraz mnie ukarzesz? ”

„To nie jest kara. Potrzebuję odległości, żebyśmy oboje zobaczyli, jak chcemy dalej żyć”.

„Ja wiem, jak chcę. Chcę, żeby wszystko wróciło do normy”. „Właśnie do tej normy nie chcę wracać”. Jadwiga stanęła za Romanem.

„On naprawdę jest bezradny. Wiesz, ile ja się przy nim narobiłam? ”

W tej samej chwili zadzwonił domofon. Roman spojrzał na ekran i wyraźnie się ożywił.

„To kurier”. „Co zamówiłeś? ” – zapytała Beata. „Nic ważnego”.

Roman ruszył do drzwi zaskakująco żwawym krokiem. Oparł laskę o ścianę, otworzył i po chwili rozmawiał z kurierem o dużym kartonie. „Ostrożnie, to ekspres. Proszę postawić tutaj”.

Sam przesunął pudło nogą, pochylił się i sprawdził naklejkę. Beata patrzyła bez słowa. „Ile to kosztowało? ”

Roman odchrząknął.

„Była promocja”. „Roman, niecałe dwa tysiące złotych” – powiedziała Beata spokojnie. „Po szklankę wody nie mogłeś wstać, ale po ekspres od razu ci się zdrowie poprawiło”. Jadwiga odwróciła wzrok.

Roman po raz pierwszy nie znalazł odpowiedzi. Beata wróciła do sypialni i zapięła walizkę. Roman wszedł za nią, tym razem bez teatralnego wzdychania. „Co mam zrobić, żebyś została?

„Nie chcę obietnic składanych tylko dlatego, że pakuję walizkę”. „To czego chcesz? ”

„Żebyś przyznał, że sam doprowadziłeś do tego wypadku. Żebyś przestał obwiniać Dariusza, drabinę, hotel i ziemię.

I żebyś zgodził się na terapię dla par”. Roman milczał przez dłuższą chwilę. „Nie lubię psychologów”. „Nie musisz ich lubić”.

„A jeśli się zgodzę, wrócisz? ”

„Nie wiem. Najpierw muszę zobaczyć zmianę. Nie usłyszeć kolejną obietnicę”.

Roman oparł się o framugę. Z jego twarzy zniknęła obrażona mina. „To była moja wina” – powiedział w końcu. „Nikt mnie nie zmuszał.

Chciałem się popisać i nie pomyślałem o tobie ani o naszym wyjeździe”. Beata nic nie mówiła. „Przepraszam” – dodał. „Naprawdę.

Nie za to, że poleciałaś. Za to, że przez tyle lat zakładałem, że zawsze wszystko załatwisz”. To były pierwsze słowa Romana, które nie zawierały żądania ani usprawiedliwienia. Beata skinęła głową.

„Przyjmuję przeprosiny”. Roman spojrzał na walizkę. „Ale i tak jedziesz? ”

„Tak.

Bo teraz musisz pokazać, że potrafisz coś zmienić także wtedy, kiedy mnie nie ma obok”. Wzięła walizkę i ruszyła do drzwi. Jadwiga milczała, a Roman nie próbował jej zatrzymać. Beata nie wiedziała, czy ich małżeństwo przetrwa.

Może terapia im pomoże. Może każde z nich pójdzie własną drogą. Po raz pierwszy jednak nie chciała podejmować decyzji pod wpływem litości, strachu ani poczucia winy. Wiedziała jedno: wspieranie bliskiej osoby jest ważne.

Istnieje jednak granica między pomocą a przeżywaniem życia za kogoś.