O 5:02 sąsiad zapukał do jej drzwi i powiedział tylko: „Nie idź dziś do pracy”
O 5:02 nad ranem Alicję Jaworską obudziły trzy uderzenia w drzwi.
Nie były głośne. Właśnie to ją zaniepokoiło.
Ktoś nie walił pięścią, nie naciskał nerwowo dzwonka, nie próbował obudzić całej ulicy. Pukał spokojnie, w równych odstępach, jak człowiek, który dokładnie wie, że po drugiej stronie ktoś już nie śpi.
Alicja otworzyła oczy i przez kilka sekund leżała bez ruchu.
Dom po babci zawsze wydawał jej nocą inne dźwięki niż w dzień. Stare rury trzaskały, drewno w schodach pracowało pod wpływem temperatury, wiatr czasem zahaczał o metalową osłonę rynny. Znała je wszystkie. Przez trzy lata mieszkania samotnie nauczyła się odróżniać każdy z nich.
To nie był dom.
Ktoś stał przed drzwiami.
Trzy kolejne uderzenia.
Alicja zerknęła na zegarek.
5:02.
Za oknem wciąż panowała ciemność. Wąski pas ulicy, który widziała z sypialni, tonął w pomarańczowym świetle jednej latarni. Wszystkie domy wyglądały jak uśpione. Żadnych samochodów, żadnych przechodniów.
Włożyła szlafrok, zeszła po schodach i nie zapaliła światła w holu. Dopiero przy drzwiach zajrzała przez wizjer.
Stał tam Kamil Jaworski.
Sąsiad z naprzeciwka.
Mężczyzna, który przez ostatni rok zdążył powiedzieć jej może trzydzieści zdań.
„Dzień dobry”.
„Przyszła pani paczka”.
„Zostawiła pani światła w samochodzie”.
Nigdy nic więcej.
Teraz jego twarz była niemal biała.
Alicja odblokowała łańcuch, ale pozostawiła drzwi uchylone tylko na kilkanaście centymetrów.
— Kamil?
Odwrócił się gwałtownie, jakby spodziewał się zobaczyć za plecami kogoś innego.
— Nie idź dziś do pracy.
Alicja zmarszczyła brwi.
— Co?
— Zostań w domu.
— Jest piąta rano.
— Wiem.
Dopiero wtedy zauważyła, że oddycha nierówno. Nie pachniał alkoholem. Jego źrenice były normalne, ruchy precyzyjne. Nie wyglądał na człowieka pijanego ani chorego.
Wyglądał na przerażonego.
— Kamil, co się stało?
Zamiast odpowiedzieć, przesunął wzrokiem po ulicy.
— Po prostu mi zaufaj.
— Dlaczego?
Przez moment zdawało się, że chce powiedzieć coś więcej. Zacisnął szczękę.
— Zrozumiesz w południe.
— To jakiś żart?
— Nie.
— Mam spotkanie o ósmej trzydzieści. Nie mogę…
— Alicja.
Pierwszy raz zwrócił się do niej po imieniu.
Jego ton sprawił, że przestała mówić.
— Jeśli dziś wyjdziesz z domu, nie wiem, czy będę w stanie cię ochronić.
Poczuła chłód przebiegający po plecach.
— Ochronić przed czym?
Kamil spojrzał na dom stojący dwa budynki dalej.
Potem na skrzyżowanie.
Potem znów na nią.
— Zostań w środku. Nie otwieraj nikomu, dopóki nie wrócę.
— Dokąd idziesz?
Ale on już odchodził.
Nie pobiegł. Nie przyspieszył. Przeszedł przez ulicę ze spuszczoną głową, jakby był zwykłym człowiekiem wracającym po poranną gazetę.
Tylko raz obejrzał się za siebie.
Alicja zamknęła drzwi.
Przez chwilę stała oparta o nie plecami, próbując znaleźć racjonalne wyjaśnienie.
Była analitykiem finansowym w Centrum Inwestycji i Rozwoju. Całe życie opierała na liczbach, wzorcach i prawdopodobieństwie. Nie wierzyła w przeczucia. Jeśli sytuacja wyglądała dziwnie, oznaczało to jedynie, że brakowało danych.
Tego ranka brakowało ich zdecydowanie za dużo.
Wróciła do kuchni, zrobiła kawę i postawiła filiżankę na stole. O 5:17 wciąż była przekonana, że pojedzie do pracy.
O 5:28 przypomniała sobie czarnego volkswagena.
Stał dwa dni wcześniej dwadzieścia metrów od jej domu. Silnik pracował, szyby były przyciemnione. Kiedy wyszła wyrzucić śmieci, samochód ruszył.
Wtedy uznała to za przypadek.
O 5:34 przypomniała sobie trzy telefony z numerów zastrzeżonych.
Po odebraniu słyszała tylko ciszę.
Za pierwszym razem rozłączyła się po pięciu sekundach.
Za drugim powiedziała „halo?” dwa razy.
Za trzecim po drugiej stronie usłyszała czyjś oddech.
O 5:41 przypomniała sobie Zosię.
Jej młodsza siostra zadzwoniła poprzedniego wieczoru z pytaniem, czy Alicja zauważyła ostatnio w okolicy obcych ludzi.
— Jakich obcych?
— Nie wiem. Mężczyzn. Samochody. Cokolwiek dziwnego.
Alicja roześmiała się.
— Brzmisz jak tata.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
Obie unikały rozmów o ojcu.
Minęły dopiero trzy miesiące od jego śmierci.
Oficjalnie: udar.
Nieoficjalnie: coś, czego Alicja nie potrafiła nazwać.
Ojciec umarł w szpitalu niespełna sześć godzin po tym, jak znaleziono go nieprzytomnego w gabinecie. Lekarze mówili o wyjątkowo agresywnym przebiegu, o krwotoku, o wieku, o nieszczęśliwym zbiegu okoliczności.
Tylko że dzień wcześniej zadzwonił do Alicji i powiedział zdanie, które od tamtej pory wracało do niej nocami.
— Musimy porozmawiać. To dotyczy naszej rodziny. Nadszedł czas, żebyś wiedziała.
Nie zdążyli.
O 6:07 Alicja wzięła telefon.
Napisała do przełożonej krótką wiadomość:
„Nagła sprawa osobista. Dziś nie pojawię się w biurze. Będę dostępna telefonicznie.”
Patrzyła na ekran przez niemal minutę, zanim nacisnęła „wyślij”.
Nie dlatego, że uwierzyła Kamilowi.
Tak sobie powtarzała.
Została w domu, ponieważ suma anomalii przestała wyglądać jak przypadek.
Do ósmej wydarzyło się dokładnie nic.
O 8:11 ekspres do kawy wyłączył się automatycznie.
O 8:36 przejechała śmieciarka.
O 9:04 starszy mężczyzna z końca ulicy wyszedł z psem.
O 9:27 Alicja zaczęła czuć się absurdalnie.
Pracownicy Centrum Inwestycji i Rozwoju pewnie siedzieli właśnie w sali konferencyjnej. Jej szef prawdopodobnie narzekał na przesunięcie prezentacji. Kamil być może spał po jakimś nocnym załamaniu.
O 10:13 napisała do Zosi.
„Wszystko w porządku?”
Wiadomość została dostarczona.
Nie odczytana.
O 11:06 Alicja przeszła po raz trzeci od kuchennego okna do salonu.
O 11:41 była prawie pewna, że przesadziła.
O 11:58 powiedziała do siebie:
— Jeśli do dwunastej nic się nie wydarzy, jadę do biura.
O 12:00 nic się nie wydarzyło.
Alicja parsknęła nerwowym śmiechem.
— Świetnie.
Wtedy zadzwonił telefon.
Numer nieznany.
Przez sekundę chciała odrzucić połączenie.
Odebrała.
— Słucham?
— Pani Alicja Jaworska?
Męski głos był spokojny.
Oficjalny.
— Tak.
— Aspirant Kowalski, Komenda Rejonowa Policji. Muszę zadać pani kilka pytań.
Alicja spojrzała na zegar.
12:01.
„Zrozumiesz w południe”.
Serce zabiło jej szybciej.
— O co chodzi?
Po drugiej stronie nastąpiła krótka pauza.
— Gdzie pani obecnie przebywa?
— W domu.
— Od kiedy?
— Od nocy. Co się stało?
— Czy opuściła pani dziś rano miejsce zamieszkania?
— Nie.
— Czy ktoś może to potwierdzić?
Alicja poczuła, jak filiżanka w jej dłoni staje się nagle ciężka.
— Mieszkam sama.
Kolejna cisza.
Tym razem dłuższa.
— Pani Jaworska, dziś rano w Centrum Inwestycji i Rozwoju doszło do brutalnego ataku.
Nie od razu zrozumiała.
— Jakiego ataku?
— Kilka osób zostało rannych. Jedna jest w stanie ciężkim.
Alicja usiadła.
— Kto?
— Na tym etapie nie mogę przekazać nazwisk.
— Moi koledzy tam są.
— Rozumiem.
— Co to ma wspólnego ze mną?
Głos Kowalskiego pozostawał równy.
— Posiadamy dowody, że była pani rano w budynku.
Alicja zaśmiała się krótko.
To nie był śmiech rozbawienia.
— Nie. Właśnie powiedziałam, że jestem w domu.
— O 8:02 pani samochód wjechał do parkingu podziemnego.
Spojrzała przez okno.
Jej samochodu nie było przed domem.
Przestała oddychać.
— Niemożliwe.
— O 8:07 użyto pani karty pracowniczej przy wejściu B.
Alicja poderwała się z krzesła.
Rzuciła się do przedpokoju.
Torba wisiała na krześle.
Otworzyła ją.
Portfel.
Klucze.
Kosmetyczka.
Brak karty.
— Nie mam identyfikatora.
— Ochroniarz zeznał, że około 8:20 widział panią na trzecim piętrze.
— To nie byłam ja.
— Rozumiem.
— Nie, pan nie rozumie. Ja jestem w domu.
Aspirant Kowalski mówił teraz wolniej.
— Monitoring z parkingu pokazuje pani samochód. Kierowca ma kaptur. Twarzy nie widać z powodu zakłóceń obrazu.
— Jakich zakłóceń?
— Nagranie zostało częściowo uszkodzone.
Alicja zamknęła oczy.
— Co znaleźliście?
— Pani rzeczy osobiste.
— Jakie?
Tym razem Kowalski zawahał się.
— Szalik. Etui na okulary. Pendrive z inicjałami A.J.
Wstała tak gwałtownie, że krzesło przewróciło się za nią.
Jej szalik leżał zwykle w samochodzie.
Etui również.
Pendrive trzymała w zamkniętej szufladzie biurka w domu.
Pobiegła do gabinetu.
Szuflada nie była wyłamana.
Kluczyk znajdował się dokładnie tam, gdzie zawsze.
Otworzyła ją.
Pendrive’a nie było.
— Pani Jaworska?
Spojrzała na drzwi wejściowe.
Ktoś był w tym domu.
Nie dzisiaj.
Wcześniej.
Ktoś wiedział, gdzie trzyma klucz.
— Ktoś mnie wrabia — wyszeptała.
— Chcielibyśmy, aby przyjechała pani na komisariat.
— Czy jestem podejrzana?
— Chcemy wyjaśnić sytuację.
— To nie jest odpowiedź.
Z drugiej strony cisza.
Alicja znała ten rodzaj ciszy.
W pracy pojawiała się zawsze wtedy, gdy ktoś próbował powiedzieć prawdę tak, żeby formalnie jej nie wypowiedzieć.
— Pani Jaworska…
Trzy uderzenia w drzwi.
Spokojne.
Równe.
Dokładnie takie jak o świcie.
Alicja zamarła.
— Oddzwonię.
Rozłączyła się.
Podeszła do wizjera.
Kamil.
Tym razem wyglądał jeszcze gorzej. Na jego kurtce widniała brązowoczerwona plama.
Otworzyła drzwi.
— Co się dzieje?
Kamil wszedł bez zaproszenia i natychmiast zamknął za sobą.
— Policja dzwoniła?
— Tak.
— Co powiedzieli?
— Że mój samochód był w pracy. Ktoś użył mojej karty.
Kamil zaklął pod nosem.
— Musimy iść.
— Nigdzie nie idę, dopóki mi wszystkiego nie wyjaśnisz.
— Nie mamy czasu.
— To znajdź.
Kamil spojrzał przez okno.
— Ludzie, którzy zaraz tu przyjadą, nie jadą po ciebie dlatego, że wierzą, że napadłaś na własne biuro.
— Skąd wiesz, że przyjadą?
— Bo atak był dla nich pretekstem.
— Dla kogo?
— Dla ludzi, przed którymi twój ojciec ukrywał cię przez trzydzieści trzy lata.
Alicja patrzyła na niego, nie rozumiejąc.
— Mój ojciec był księgowym.
Kamil powoli odwrócił głowę.
— Nie.
Jedno słowo wystarczyło, by świat, który znała, przesunął się o kilka centymetrów.
— Przez prawie dwadzieścia lat twój ojciec pracował przy tajnym śledztwie dotyczącym programu finansowanego poza oficjalnym budżetem państwa. Rozpracowywał go od środka.
— To absurd.
— Zajmował się przepływami pieniędzy. Firmami fasadowymi. Funduszami badawczymi. Ośrodkami bez nazw. Dlatego wszyscy myśleli, że jest księgowym.
Alicja cofnęła się.
— Skąd ty to wiesz?
Kamil sięgnął pod kurtkę.
Alicja odruchowo napięła mięśnie.
Wyjął kopertę.
Na papierze rozpoznała pismo ojca.
Kolana prawie się pod nią ugięły.
Na kopercie widniało jedno słowo.
„Alicja”.
— Skąd to masz?
— Dał mi ją trzy tygodnie przed śmiercią.
— Znałeś mojego ojca?
— Tak.
— Kim jesteś?
— Człowiekiem, którego poprosił, żeby cię pilnował.
— Przez rok mieszkałeś naprzeciwko mnie.
— Wiem.
— Jak długo mnie obserwowałeś?
— Dłużej, niż chcesz wiedzieć.
Spoliczkowała go.
Kamil nie zareagował.
Alicja wyrwała mu kopertę.
— Jeśli to jakiś chory żart…
— Otwórz.
Papier drżał w jej dłoniach.
Rozpoznała charakterystyczne, lekko pochylone litery.
„Alu.
Jeśli czytasz ten list, znaczy, że nie zdążyłem ci powiedzieć wszystkiego sam.
Przepraszam.
Nie jesteś w niebezpieczeństwie przez coś, co zrobiłaś.
Jesteś w niebezpieczeństwie przez to, kim jesteś.
Twoja historia nie zaczęła się tam, gdzie zawsze ci mówiłem.
Jeżeli pojawił się Kamil, sytuacja jest poważniejsza, niż zakładałem.
Zaufaj mu, dopóki nie dotrzecie do miejsca, które ci pokaże.
Jeśli zabiorą cię oficjalnie, przez policję albo inną służbę, nie wierz, że to zatrzymanie.
To będzie przejęcie.
A jeśli cię przejmą, możesz już nigdy nie wrócić.
Wybacz mi, że całe życie myliłem ochronę z milczeniem.
Tata.”
Alicja przeczytała list dwa razy.
Za trzecim litery zaczęły się rozmazywać.
— Nie.
Kamil nie odezwał się.
— Nie. Mój ojciec nie pisałby takich rzeczy.
— Napisał.
— Powiedz mi, że nie wiedział, że umrze.
Kamil spuścił wzrok.
Wtedy Alicja zrozumiała.
— On wiedział.
— Podejrzewał.
— Wiedział.
— Alicja…
— Jak umarł mój ojciec?
Kamil podszedł do okna.
— Nie miał udaru.
Powietrze w pokoju zrobiło się nagle zbyt ciężkie.
— Sekcja zwłok…
— Została zmieniona.
— Lekarze…
— Dostali wyniki, które mieli dostać.
— Przestań.
— Zabili go neurotoksyną opracowaną przez ten sam program, który próbował rozpracować.
Alicja złapała oparcie krzesła.
— Po co?
— Bo znalazł coś, czego nie powinien.
— Co?
Kamil spojrzał na nią.
— Ciebie.
Na ulicy zahamował samochód.
Oboje odwrócili głowy.
Ciemny SUV zatrzymał się dwadzieścia metrów od domu.
Drugi pojawił się za nim.
Kamil natychmiast zgasił światło.
— Za późno.
— To policja?
— Nie tylko.
— Co to znaczy?
Kamil podniósł plecak leżący przy drzwiach.
— Pięć minut temu w policyjnym systemie twoje nazwisko dostało oznaczenie, którego zwykły patrol nigdy nie widzi. Poziom specjalny. Automatyczne przekazanie osoby do jednostki centralnej.
— Skąd masz dostęp do policyjnego systemu?
— Później.
— Kamil!
— Jeżeli zostaniemy tu jeszcze dwie minuty, później może nie istnieć.
Z zewnątrz dobiegł metaliczny trzask.
Ktoś otworzył furtkę.
Kamil chwycił Alicję za rękę.
— Tylnym wyjściem.
— Zosia.
— Co?
— Muszę zadzwonić do siostry.
— Nie.
— Ona wczoraj pytała o obcych ludzi. Mogą ją…
Kamil pobladł.
— Zosia nie może być twoim kolejnym telefonem.
— Dlaczego?
— Bo nie wiemy, kto teraz trzyma jej telefon.
To zdanie wystarczyło.
Pobiegli.
Za domem czekał stary terenowy samochód bez oznaczeń. Kamil otworzył drzwi, Alicja wskoczyła na siedzenie pasażera.
W chwili gdy wyjeżdżali boczną alejką, od frontu rozległo się:
— Policja! Proszę otworzyć!
Alicja odwróciła głowę.
Przy jej furtce stali mundurowi.
Za nimi mężczyźni bez mundurów.
Jeden patrzył prosto na odjeżdżający samochód.
Nie próbował ich zatrzymać.
Uniósł telefon do ucha.
— Znaleźli nas — powiedział Kamil.
— To przecież zwykła policja.
— Zwykła policja nie wie, kogo szuka.
— A tamci?
Kamil wcisnął gaz.
— Wiedzą dokładnie.
Przez pierwsze kilkanaście minut jechali bez słowa.
Miasto zostało za nimi. Bloki ustąpiły magazynom, magazyny polom, pola gęstemu lasowi.
Alicja trzymała list ojca na kolanach.
— Powiedz mi wszystko.
Kamil patrzył przed siebie.
— Nie mogę.
— W takim razie zatrzymaj samochód.
— Nie zrobię tego.
— Kamil.
— Twój ojciec zabronił mi powiedzieć ci najważniejszą część przed dotarciem na miejsce.
Alicja zaśmiała się gorzko.
— Nawet zza grobu nadal decyduje, co mogę wiedzieć.
— Chciał cię chronić.
— Przez całe życie?
— Tak.
— Przed czym?
Kamil ścisnął kierownicę.
— Przed programem, który rozpoczął się ponad czterdzieści lat temu.
— Wojskowym?
— Początkowo medycznym.
— Nazwa?
— Zmieniano ją siedem razy. Ostatnio funkcjonowała jako Projekt Eos.
— Co robili?
Kamil zawahał się.
— Próbowali stworzyć ludzi odpornych na choroby, na które normalny organizm reaguje zbyt gwałtownie albo zbyt słabo. Zmieniali metody, zespoły, laboratoria. Niektóre badania były legalne. Inne nie.
— Eksperymenty na ludziach?
Nie odpowiedział.
Odpowiedź była więc oczywista.
— I co ja mam z tym wspólnego?
— Program ponosił porażkę przez dziesięciolecia.
— To nie jest odpowiedź.
— Bo ciebie nie stworzyli.
Alicja spojrzała na niego.
— Co?
— Znaleźli cię.
Kamil skręcił w boczną drogę.
— Miałaś trzy lata, kiedy pierwszy raz zauważyli wyniki twoich badań. Nie chorowałaś tak jak inne dzieci. Później pojawiły się kolejne anomalie. Twój ojciec zrozumiał, że ktoś przegląda dokumentację medyczną rodziny.
Alicja przypomniała sobie dzieciństwo.
Szkolne epidemie grypy.
Ospę, na którą chorowała cała klasa poza nią.
Zapalenie płuc Zosi, gdy spały w jednym pokoju.
Nigdy nie uważała tego za coś niezwykłego.
— To przypadek.
— Twój ojciec też tak myślał.
— Dopóki?
— Dopóki nie zbadał własnej rodziny.
Kamil spojrzał na nią krótko.
— Cecha pojawiała się w twoim rodzie przez pokolenia. Nieregularnie. U jednej osoby na kilkadziesiąt lat. Ale u ciebie była znacznie silniejsza.
— Chcesz powiedzieć, że jestem jakimś eksperymentem?
— Nie.
Głos Kamila zabrzmiał ostro.
— Właśnie tego nie rozumieli ludzie z Eos. Ty jesteś dowodem, że to, co próbowali produkować w laboratoriach, powstało samo.
Alicja poczuła mdłości.
— A Zosia?
Kamil milczał.
— Co z Zosią?
— Nie ma tej cechy.
— Skąd możesz wiedzieć?
— Bo nie jest biologiczną córką twojego ojca.
Samochód przejechał kilkadziesiąt metrów, zanim Alicja zrozumiała znaczenie słów.
— Kłamiesz.
— Twój ojciec ją adoptował, kiedy miała kilka miesięcy.
— Mam zdjęcie mamy w ciąży.
— Ciąża zakończyła się martwym porodem.
Alicja wpatrywała się w niego.
— Zamknij się.
— Później adoptowali Zosię. Dokumenty zmieniono, żeby nikt nie pytał, dlaczego w rodzinie pojawiło się drugie dziecko bez interesującego Eos profilu genetycznego.
Alicja czuła, jak gniew zaczyna wypierać strach.
— Wszyscy wiedzieli oprócz mnie?
— Zosia też nie wie.
— Więc mój ojciec kłamał nam obu.
— Twój ojciec próbował stworzyć wam normalne życie.
— Normalne?
Uderzyła dłonią w deskę rozdzielczą.
— Mój ojciec został zamordowany. Ktoś ukradł mój samochód, włamał się do domu, zaatakował ludzi w mojej pracy i zrobił ze mnie podejrzaną. Moja siostra może być w rękach ludzi, o których istnieniu nie wiedziałam jeszcze godzinę temu!
Kamil nie odpowiedział.
— Dlaczego teraz? — zapytała po chwili. — Dlaczego po trzydziestu trzech latach nagle przestali czekać?
— Badanie krwi.
Alicja odwróciła się.
— Jakie badanie?
— Sześć tygodni temu robiłaś badania okresowe.
Pamiętała.
Praca.
Pakiet medyczny.
Rutynowa morfologia.
— Wyniki były normalne.
— Te, które dostałaś.
Alicja poczuła zimno.
— Co znaleźli?
— Marker, którego wcześniej nie było w ich bazie w takiej konfiguracji. Twój organizm zmienił się.
— Dlaczego?
— Nie wiemy.
— Miałam trzydzieści trzy lata.
— I dokładnie na twoje trzydzieste trzecie urodziny planowali cię przejąć.
— Urodziny mam za dziewięć dni.
— Dlatego dzisiejszy atak oznacza, że harmonogram przyspieszyli.
— Po co atakować moje biuro?
— Żeby stworzyć wersję wydarzeń, w której zniknięcie Alicji Jaworskiej nie wygląda jak porwanie.
Kamil spojrzał na nią.
— Miałaś zostać niebezpieczną podejrzaną zatrzymaną przez służby.
Alicja zamknęła oczy.
— A później?
— Oficjalnie przeniesiono by cię do zamkniętego ośrodka.
— A naprawdę?
— Przestałabyś istnieć.
Po czterdziestu minutach Kamil zjechał z asfaltowej drogi.
Terenówka podskakiwała na kamieniach. Las gęstniał. Gałęzie uderzały o karoserię.
W końcu zatrzymali się u podnóża porośniętego mchem wzgórza.
— Jesteśmy.
Alicja spojrzała przez szybę.
— Tu nic nie ma.
Kamil wysiadł.
Odchylił fragment metalowej siatki ukrytej pod bluszczem.
Za nią znajdowały się schody prowadzące w dół.
Beton.
Stalowe drzwi.
Alicja zatrzymała się w połowie zejścia.
Na powierzchni drzwi widniał znak.
Trzy połączone linie tworzące kształt przypominający odwróconą koronę.
Znała go.
Był wygrawerowany na pierścieniu ojca.
Na srebrnej łyżeczce po babci.
Na starym kufrze stojącym na strychu.
— Herb Jaworskich — wyszeptała.
Kamil pokręcił głową.
— Nie herb.
— Widziałam go całe życie.
— Właśnie dlatego miał wyglądać jak rodzinny symbol.
— Więc czym jest?
— Znakiem identyfikacyjnym pierwszej grupy ludzi, u których znaleziono tę samą cechę biologiczną.
Alicja dotknęła metalu.
— Moja rodzina.
— Tak.
— Jak daleko to sięga?
— Dalej, niż twój ojciec zdążył ustalić.
Przy drzwiach nie było klamki.
Tylko czarna płytka.
— Co mam zrobić?
— Przyłóż dłoń.
— Dlaczego ja?
Kamil spojrzał na nią.
— Bo twój ojciec nie mógł otworzyć tych drzwi.
Alicja zamarła.
— Co?
— Miał część cechy. Niewystarczającą.
— Więc kto mógł?
— Twoja babcia.
Serce Alicji zabiło mocniej.
— Babcia wiedziała?
— Wiedziała więcej niż twój ojciec.
Alicja przyłożyła dłoń do płytki.
Przez sekundę nic się nie wydarzyło.
Potem metal pod palcami zrobił się ciepły.
Usłyszała niski dźwięk.
Drzwi przesunęły się w bok.
Za nimi zapaliło się światło.
Alicja cofnęła rękę.
— Co do cholery…
— System identyfikuje wzorzec biologiczny, nie odcisk palca.
Korytarz ciągnął się głęboko pod wzgórzem.
Alicja weszła pierwsza.
Nie rozumiała, dlaczego miejsce wydaje jej się znajome.
Ściany.
Zapach metalu.
Białe pasy światła.
W połowie korytarza zatrzymała się.
— Byłam tu.
Kamil stanął za nią.
— Nie mogłaś.
— Byłam.
— Alicja…
— Pamiętam te lampy.
Obraz pojawił się nagle.
Dziecięca dłoń.
Mężczyzna w białym fartuchu.
Krzyk kobiety.
Ojciec niosący ją na rękach.
— Miałam trzy lata.
Kamil pobladł.
— Twój ojciec mówił, że niczego nie pamiętasz.
— Co wydarzyło się, kiedy miałam trzy lata?
Kamil nie odpowiedział.
Alicja chwyciła go za kurtkę.
— Co się wydarzyło?!
— Próbowali cię zabrać.
Cofnęła ręce.
— Kto?
— Pierwsza grupa Eos. Wtedy program nie miał jeszcze tej nazwy.
— A ojciec?
— Wyciągnął cię.
— Jak?
Kamil patrzył jej prosto w oczy.
— Z pomocą twojej matki.
Alicja poczuła pustkę.
Jej matka zmarła, kiedy Alicja miała cztery lata.
Wypadek samochodowy.
— Nie.
Kamil milczał.
— Nie mów mi, że jej śmierć też…
— Nie znaleziono dowodu.
— Nie znaleziono czy nie szukano?
— Alicja…
— Zabili ją?
— Twój ojciec uważał, że tak.
Łzy napłynęły jej do oczu, ale tym razem nie pozwoliła im spaść.
Przez trzy miesiące żałoby opłakiwała ojca.
Teraz w ciągu jednego dnia traciła go drugi raz.
Traciła człowieka, za którego go uważała.
I odzyskiwała obcego mężczyznę, który przez całe życie walczył z czymś potężniejszym od nich obojga.
Na końcu korytarza znajdowała się okrągła sala.
Wzdłuż ścian stały dziesiątki czarnych pojemników.
Pośrodku, pod szklaną osłoną, leżał skórzany notes.
Notes ojca.
Alicja rozpoznała go natychmiast.
Podniosła szklaną osłonę.
Na pierwszej stronie widniała data sprzed dwudziestu dwóch lat.
Na kolejnych nazwiska.
Numery kont.
Nazwy spółek.
Lokalizacje.
Nazwiska lekarzy, urzędników, wojskowych, pracowników laboratoriów.
Przewracała kartki coraz szybciej.
Na jednej zobaczyła własne nazwisko.
ALICJA JAWORSKA.
Pod nim czerwonym atramentem:
„NIE OBIEKT. NIE WŁASNOŚĆ. OSOBA.”
Dłoń jej zadrżała.
Między kartkami tkwiła koperta.
„Ostatnia”.
Otworzyła ją.
„Alu.
Największym błędem tych ludzi jest przekonanie, że cię stworzyli.
Nie stworzyli.
Nie jesteś produktem eksperymentu.
Nie jesteś jego sukcesem.
Jesteś czymś, czego ich program nigdy nie potrafił osiągnąć.
Pierwszym udokumentowanym przypadkiem naturalnej adaptacji, której szukali przez dziesięciolecia.
Dlatego jesteś dla nich groźniejsza niż wszystkie laboratoria razem.
Jeżeli świat dowie się, że twoja cecha powstała bez ich ingerencji, cały sens programu upadnie.
Zniknie ich najważniejsze usprawiedliwienie.
Ich pieniądze.
Ich wpływy.
Ich prawo do decydowania, kto ma być badany, zatrzymywany i wykorzystywany.
Nie jesteś przyszłością dlatego, że masz coś niezwykłego.
Jesteś przyszłością dlatego, że dowodzisz, iż nie mają monopolu na ludzkie życie.
Jeżeli dotarłaś aż tutaj, musisz podjąć decyzję, której ja nie potrafiłem podjąć za ciebie.
Możesz się ukryć.
Albo możesz sprawić, żeby oni już nigdy nie mogli ukryć się przed światem.
Tata.”
W sali rozległ się cichy sygnał.
Na ścianie zapalił się ekran.
DWA PROTOKOŁY AKTYWNE.
Kamil podszedł.
— Twój ojciec mówił o tym tylko raz.
Na ekranie widniały dwie opcje.
PROTOKÓŁ PRZEJĘCIA.
PROTOKÓŁ UJAWNIENIA.
Alicja przeczytała opis pierwszej.
Pełna współpraca.
Zabezpieczenie osoby.
Ochrona danych.
Izolacja.
Status niejawny.
— „Zabezpieczenie osoby” — powiedziała. — Ładne określenie na więzienie.
Kamil nie zaprzeczył.
Druga opcja miała tylko dwa zdania.
„Automatyczne rozesłanie archiwum do wcześniej zweryfikowanych odbiorców. Po aktywacji proces nieodwracalny.”
— Jakich odbiorców?
— Redakcje. Organizacje międzynarodowe. Sądy. Prokuratury. Uniwersytety. Serwery poza krajem.
Alicja patrzyła na ekran.
— Wszystko?
— Wszystko, co zebrał twój ojciec.
— Nazwiska?
— Tak.
— Dokumenty finansowe?
— Tak.
— Badania?
— Tak.
— Dowód, że go zabili?
Kamil skinął głową.
— Tak.
Z góry dobiegł odległy huk.
Potem drugi.
Kamil spojrzał na zegarek.
— Znaleźli wejście.
— Skąd?
— Musieli śledzić samochód.
— Mówiłeś, że nie mogą.
— Myliłem się.
Huk powtórzył się.
Tym razem bliżej.
Alicja spojrzała na dwa przyciski.
Przez trzydzieści trzy lata żyła tak, jak nauczył ją ojciec.
Ostrożnie.
Rozsądnie.
Bez ryzyka.
Dobra szkoła.
Dobra praca.
Bez gwałtownych decyzji.
Bez ludzi, którym nie ufała.
Zamki sprawdzane dwa razy.
Pieniądze rozłożone w kilku bankach.
Plan awaryjny na wszystko.
Dopiero teraz rozumiała, skąd nauczył się tego ojciec.
Całe życie wychowywał ją tak, jak wychowuje się człowieka, który pewnego dnia może być zmuszony uciekać.
— Jeśli nacisnę drugi — powiedziała — już nigdy nie wrócę do dawnego życia.
— Nie.
— Stracę pracę.
— Prawdopodobnie.
— Dom.
— Możliwe.
— Zosię.
Kamil spojrzał na nią.
— Nie wiesz tego.
— A ty?
— Co ja?
— Co stracisz?
Kamil pierwszy raz się uśmiechnął.
Smutno.
— Ja swoje dawne życie straciłem siedem lat temu.
— Jak naprawdę się nazywasz?
Zawahał się.
— Kamil Wysocki.
Alicja prawie się roześmiała.
— Czyli nawet nazwisko było kłamstwem.
— Twój ojciec uznał, że sąsiad „Jaworski” wzbudzi mniej podejrzeń w archiwach, jeśli ktoś będzie sprawdzał powiązania.
— Absurdalne.
— Zadziałało przez rok.
Z korytarza dobiegł trzask.
Drzwi na górze zostały sforsowane.
Kamil wyjął broń.
— Zdecyduj.
Alicja położyła palec nad przyciskiem ujawnienia.
Przypomniała sobie ojca w szpitalu.
Jego nieruchomą twarz.
Lekarza mówiącego „udar”.
Urzędnika podającego dokument do podpisu.
Czarny samochód przed domem.
Kradzież identyfikatora.
Ludzi rannych w jej pracy tylko po to, aby stworzyć wiarygodną historię jej zniknięcia.
Zosię pytającą o obcych.
Matkę, której śmierć przez trzy dekady nazywano wypadkiem.
A potem jedno zdanie z listu.
„Nie jesteś własnością.”
Nacisnęła.
Ekran na chwilę zgasł.
Następnie pojawił się czerwony napis.
PROTOKÓŁ UJAWNIENIA AKTYWNY.
1%.
Kamil wypuścił powietrze.
— Właśnie wypowiedziałaś wojnę ludziom, którzy potrafili ukrywać się przez czterdzieści lat.
— Nie.
Spojrzała na niego.
— To oni wypowiedzieli ją mojej rodzinie.
7%.
W korytarzu rozległy się kroki.
— Zostań tutaj — powiedział Kamil.
— Nie.
— Alicja.
— Koniec z zostawaniem tam, gdzie każą mi inni.
Chwyciła metalowy pręt leżący przy jednym z pojemników.
Kamil spojrzał na nią.
— To jest fatalna broń.
— Dwanaście godzin temu myślałam, że moim największym problemem będzie prezentacja kwartalna.
14%.
Pierwszy mężczyzna pojawił się w korytarzu.
Nie miał munduru.
Kamil krzyknął:
— Stój!
Mężczyzna uniósł ręce.
— Pani Jaworska. Proszę tego nie robić.
Alicja zamarła.
Znała jego głos.
— Aspirant Kowalski?
Mężczyzna spojrzał na nią.
— Tak.
Nie miał policyjnej odznaki.
— Nie jest pan aspirantem.
— Nie w takim sensie, jak pani myśli.
— To pan do mnie dzwonił.
— Próbowaliśmy sprowadzić panią bez użycia siły.
— Fałszując dowody?
— Sytuacja wymagała kontroli.
— Raniliście ludzi.
— Nie my.
Alicja zmarszczyła brwi.
— Co?
Kowalski zrobił krok naprzód.
Kamil wycelował broń.
— Jeszcze jeden krok.
— Panie Wysocki, pańskie informacje są niepełne.
Alicja spojrzała na ekran.
23%.
— Kto zaatakował moje biuro?
Kowalski patrzył wyłącznie na nią.
— Grupa, która chce sprzedać pani materiał biologiczny poza krajem.
Kamil zaklął.
— Kłamiesz.
— Eos rozpadł się sześć lat temu. Od tamtej pory działają co najmniej trzy frakcje.
— Nie słuchaj go.
— Pani ojciec wiedział — powiedział Kowalski.
Alicja zesztywniała.
— O czym?
— Że część ludzi związanych z programem próbowała panią przejąć dla prywatnych laboratoriów. To przed nimi ukrywał panią w ostatnich latach.
— A wy?
Kowalski nie odpowiedział od razu.
Alicja uśmiechnęła się zimno.
— Czyli wy jesteście tymi dobrymi?
— Jesteśmy tymi, którzy chcieli utrzymać panią przy życiu.
— W zamkniętym ośrodku.
— Dla bezpieczeństwa.
— Mojego?
Cisza.
— Czy waszego?
Ekran pokazywał 31%.
Gdzieś powyżej odezwały się kolejne głosy.
Więcej ludzi.
Kowalski spojrzał na terminal.
Po raz pierwszy na jego twarzy pojawił się prawdziwy strach.
— Proszę zatrzymać transfer.
— Nie można.
— Można odłączyć rdzeń.
Kamil uniósł broń wyżej.
— Spróbuj.
Kowalski spojrzał na Alicję.
— Jeżeli te dane wyjdą, nie ujawni pani tylko przestępstw.
— Co jeszcze?
— Nazwiska ludzi chronionych od dekad. Osób badanych jako dzieci. Rodzin. Świadków. Niektórzy nawet nie wiedzą, kim byli ich rodzice.
Alicja zawahała się.
To wystarczyło.
Kowalski ruszył.
Kamil strzelił.
Huk w zamkniętym pomieszczeniu był ogłuszający.
Pocisk uderzył w ścianę obok Kowalskiego.
Mężczyzna cofnął się.
— Następny będzie w ciebie — powiedział Kamil.
41%.
Alicja patrzyła na ekran.
— Mój ojciec nie wysłałby danych niewinnych ludzi bez zabezpieczenia.
Kamil spojrzał na nią.
Alicja podeszła do terminala.
W rogu wyświetlacza znajdował się mały napis.
„Filtr ochronny aktywny. Dane osób niezaangażowanych zanonimizowane.”
Kowalski pobladł.
Alicja odwróciła się.
— Wiedział pan o filtrze?
Milczał.
— Oczywiście, że wiedział.
53%.
Wtedy Alicja zrozumiała coś jeszcze.
— Nie chodzi panu o bezpieczeństwo ludzi.
Kowalski zacisnął szczękę.
— Chodzi o nazwiska na końcu listy.
Jego twarz była odpowiedzią.
— Kogo mój ojciec znalazł?
Kowalski zrobił krok do tyłu.
— Alicja…
— Kogo?
Kamil podszedł do notesu.
Przewrócił kilka ostatnich stron.
Zatrzymał się.
Jego wyraz twarzy zmienił się całkowicie.
— O Boże.
— Co?
Przesunął notes w jej stronę.
Na ostatniej stronie ojciec zapisał kilkanaście nazwisk.
Ministrów.
Dyrektorów.
Szefów firm.
Generałów.
Pod nimi jedno zdanie.
„Eos nigdy nie był programem państwa. Państwo było jego osłoną.”
Alicja poczuła, jak żołądek skręca jej się w supeł.
— Więc kto nim kierował?
Kowalski patrzył na nią bez słowa.
Kamil wskazał ostatnią linię.
Nie było tam nazwiska.
Tylko nazwa funduszu.
CENTRUM INWESTYCJI I ROZWOJU.
Alicja przestała oddychać.
Jej miejsce pracy.
Instytucja, w której spędziła dziewięć lat.
Firma, która zatrudniła ją zaraz po studiach.
Firma, która opłaciła jej niedawne badania krwi.
— Nie zatrudnili mnie przypadkiem — powiedziała.
Kowalski milczał.
— Przez dziewięć lat mieli mnie tuż pod ręką.
— Nie wszyscy w Centrum wiedzieli — powiedział w końcu.
— Ale ktoś wiedział.
63%.
Alicja pomyślała o swojej przełożonej.
O badaniach.
O obowiązkowym programie zdrowotnym.
O tym, jak miesiąc wcześniej dział HR nalegał, aby wszyscy pracownicy wykonali pakiet badań „ze względu na nowe przepisy ubezpieczeniowe”.
To nie wynik badań przypadkiem trafił do Eos.
Badanie było stworzone po to, by ten wynik zdobyć.
— Atak na biuro — wyszeptała.
Kowalski zamknął oczy.
— Nie był tylko po ciebie.
— Po co jeszcze?
— Ktoś próbował zniszczyć serwer z dokumentacją badań.
— Kto?
— Nie wiemy.
Kamil roześmiał się gorzko.
— Świetnie. Trzy frakcje, każda kłamie, każda chce Alicję.
— Cztery — powiedział Kowalski.
Cisza.
— Co?
— Są cztery.
Kamil spojrzał na niego.
— Czwarta grupa to ludzie, których ojciec pani Jaworskiej przez lata wyciągał z programu.
Alicja poczuła skurcz w gardle.
— Inni tacy jak ja?
— Nie tacy jak pani. Ale ludzie, których wykorzystywano.
— Gdzie są?
Kowalski spojrzał na ekran.
71%.
— Jeśli transfer się zakończy, sami się odezwą.
— Dlaczego?
— Bo przez dwadzieścia lat czekali na sygnał od pani ojca.
— Jaki sygnał?
Kowalski spojrzał jej prosto w oczy.
— Ten protokół.
Wtedy rozległa się eksplozja.
Światło zgasło.
Alicja upadła.
W ciemności usłyszała krzyk Kamila.
Strzały.
Metaliczny huk.
Potem awaryjne czerwone światła rozświetliły salę.
Kamil leżał przy ścianie.
Krew spływała mu po ramieniu.
— Kamil!
— Nic mi nie jest.
Kłamał.
Alicja podbiegła.
Kowalskiego nie było.
W korytarzu widziała tylko dym.
Ekran pokazywał 82%.
— Musimy stąd wyjść — powiedział Kamil.
— Jeszcze osiemnaście procent.
— Terminal dokończy transfer sam.
— Skąd wiesz?
— Bo twój ojciec nie był idiotą.
Pomogła mu wstać.
Ruszyli drugim korytarzem.
Za metalowymi drzwiami znajdowały się schody prowadzące na powierzchnię.
Kiedy wyszli, było już późne popołudnie.
Las wyglądał dokładnie tak samo jak kilka godzin wcześniej.
Tylko dźwięk się zmienił.
Nad koronami drzew krążył śmigłowiec.
Potem pojawił się drugi.
Snopy światła przesuwały się po zboczu.
Kamil oparł się o drzewo.
— Biegnij.
Alicja spojrzała na niego.
— Nie.
— Oni tu będą za minutę.
— Kto?
Kamil zaśmiał się słabo.
— W tym momencie? Naprawdę nie mam pojęcia.
Telefon Alicji zawibrował.
Nie miała go przy sobie od domu.
Spojrzała.
To nie był jej telefon.
Kamil wcześniej wrzucił do plecaka drugi aparat.
Na ekranie pojawiło się jedno powiadomienie.
TRANSFER ZAKOŃCZONY.
100%.
Sekundę później przyszła pierwsza wiadomość.
Nieznany numer.
„Archiwum odebrane. Warszawa.”
Druga.
„Odebrane. Berlin.”
Trzecia.
„Odebrane. Bruksela.”
Czwarta.
„Mamy dokumenty. Publikacja trwa.”
Piąta.
„Profesor Jaworski dotrzymał słowa.”
Alicja patrzyła na ekran.
— Profesor?
Kamil zmarszczył brwi.
Kolejna tajemnica.
Kolejne życie ojca, którego nie znała.
Ale tym razem nie poczuła złości.
Poczuła coś innego.
Nadzieję.
Z głębi lasu dobiegły głosy.
— Alicja Jaworska!
Kamil uniósł broń.
— Ostatnia szansa. Możemy uciec na północ.
Alicja spojrzała w stronę światła przecinającego drzewa.
Jeszcze rano wyobrażała sobie bezpieczeństwo jako zamknięte drzwi własnego domu.
Stałą pensję.
Grafik spotkań.
Kawę o tej samej godzinie.
Życie, w którym wszystko można było policzyć.
Teraz wiedziała, że bezpieczeństwo było tylko historią, którą opowiadano jej tak długo, aż zaczęła uważać ją za prawdę.
Ojciec ukrywał ją.
Eos obserwował.
Centrum badało.
Ktoś zamordował jej rodziców.
Ktoś inny próbował zrobić z niej przestępcę.
Jeszcze inni zamierzali ją „ochronić”, odbierając jej wolność.
Wszyscy mieli własny plan dla Alicji Jaworskiej.
Po raz pierwszy nikt nie zapytał, czego chce ona.
Światło śmigłowca spadło na polanę.
Kamil zasłonił oczy.
— Alicja!
Nie ruszyła się.
Spojrzała na telefon.
Na ekranie pojawiały się kolejne powiadomienia.
„Dokumenty potwierdzone”.
„Prokuratura otrzymała kopię”.
„Pierwsza redakcja publikuje”.
„Nazwiska ujawnione”.
„Projekt Eos”.
„Tajne finansowanie”.
„Nielegalne badania”.
„Śmierć Jana Jaworskiego”.
Nazwisko ojca po raz pierwszy nie było już schowane w prywatnym liście.
Należało do prawdy, którą widział świat.
Alicja wyszła spomiędzy drzew.
— Co robisz?! — krzyknął Kamil.
— Przestaję uciekać.
Uniósł się wiatr od wirnika śmigłowca.
W oddali pojawiły się czarne sylwetki.
Uzbrojeni ludzie szli w ich stronę.
Jeszcze kilka godzin wcześniej Alicja widziałaby w nich myśliwych.
Teraz patrzyła inaczej.
Widziała pierwszą falę ludzi wysłanych przez kłamstwo, które właśnie zaczynało umierać.
Telefon zawibrował po raz kolejny.
Tym razem wyświetliło się imię.
ZOSIA.
Alicja odebrała natychmiast.
— Zosia?!
Przez kilka sekund słyszała jedynie oddech.
Potem głos siostry.
— Ala… słuchaj mnie uważnie.
— Gdzie jesteś?
— Jestem bezpieczna.
— Kto cię zabrał?
— Nikt.
Alicja zamarła.
— O czym ty mówisz?
Zosia zaczęła płakać.
— Tata powiedział mi wszystko miesiąc przed śmiercią.
Świat Alicji znów zatrzymał się na jedną sekundę.
— Co?
— Nie mogłam ci powiedzieć.
— Wiedziałaś?
— Nie wszystko.
— Dlaczego pytałaś wczoraj o obcych ludzi?
— Bo dostałam wiadomość.
— Od kogo?
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Zosia?
— Od mamy.
Alicja poczuła, że ziemia znika jej spod stóp.
— Mama nie żyje.
— Tak nam powiedzieli.
Głos siostry załamał się.
— Ala… ona żyje.
Nad polaną zawisł drugi śmigłowiec.
Kamil patrzył na Alicję, próbując zrozumieć, co usłyszała.
Alicja nie była w stanie odpowiedzieć.
Przez trzydzieści trzy lata sądziła, że zna największe kłamstwa swojej rodziny.
Nie znała nawet ich początku.
— Gdzie ona jest? — wyszeptała.
Zosia odpowiedziała tylko:
— Jedzie do ciebie.
Połączenie się urwało.
Alicja powoli opuściła telefon.
Z lasu wychodzili kolejni ludzie.
Światła przesuwały się po drzewach.
W sieci rozpoczynała się burza, której nikt nie mógł już zatrzymać.
Nazwiska trafiały do mediów.
Dokumenty do prokuratur.
Nagrania do redakcji.
Dane finansowe do śledczych.
Ludzie, którzy przez dekady działali w cieniu, po raz pierwszy musieli liczyć się z tym, że świat pozna ich twarze.
A gdzieś między nimi znajdowała się kobieta, którą Alicja opłakiwała od dwudziestu dziewięciu lat.
Jej matka.
Żywa.
I prawdopodobnie znająca odpowiedź na pytanie, którego Alicja jeszcze nie potrafiła sformułować.
Dlaczego naprawdę się ukryła?
Alicja uniosła głowę.
Nie wiedziała, kto pierwszy wyjdzie z lasu.
Sojusznik.
Wróg.
Człowiek z Eos.
Jej matka.
Nie wiedziała nawet, czy następny świt zobaczy jako wolna kobieta.
Ale pierwszy raz w życiu nie chciała już, żeby ktoś inny wybierał za nią prawdę.
O 5:02 była analityczką finansową, która bała się spóźnić do pracy.
Kilka godzin później jej nazwisko znajdowało się w centrum skandalu zdolnego przewrócić instytucje, które przez dziesięciolecia wydawały się nietykalne.
Nie była już celem.
Nie była obiektem.
Nie była numerem w programie.
Stała na otwartej polanie, pod światłem śmigłowców, z krwią ojca w swojej historii i jego dowodami rozchodzącymi się po całym świecie.
I kiedy pierwsza uzbrojona sylwetka wyszła z ciemności, Alicja zrobiła jeden krok naprzód.
Nie po to, żeby się poddać.
Po to, żeby zobaczyć jej twarz.
Bo ta historia nie kończyła się w chwili ujawnienia prawdy.
Właśnie się zaczynała.
Jeśli chcesz wiedzieć, kim naprawdę była matka Alicji, kto stał na czele Projektu Eos i dlaczego ojciec przez lata ukrywał przed córką najważniejsze nazwisko, napisz w komentarzu, z jakiego miejsca czytasz tę historię, i obserwuj kanał — następny rozdział zacznie się od człowieka, którego Alicja nigdy nie spodziewała się zobaczyć żywego.



