Weszłam do domu i od razu zamarłam. Miałam wrócić tylko po zapomniany telefon, ale w przedpokoju zatrzymał mnie głos Leszka. Mówił do kogoś przez telefon, a w jego tonie brzmiała dziwna, triumfalna nuta. – Wszystko gotowe – powiedział.

– Przeciąłem przewód hamulcowy. Do zobaczenia na pogrzebie twojej siostry. Serce stanęło mi w piersi. W słuchawce zaśmiała się kobieta.
Poznałam ten śmiech bez cienia wątpliwości. To była Alicja. Moja młodsza siostra. Stałam tam, w ciemnym przedpokoju, trzęsąc się na całym ciele, a mój mąż omawiał ze moją siostrą szczegóły mojej śmierci.
Chwalił matkę za genialny plan. Mówił, że zajmę się domem i ubezpieczeniem. Że Alicja zajmie moje miejsce. Że wszystko jest idealnie wyliczone.
Nie wydałam z siebie ani jednego dźwięku. Wzięłam telefon, wyszłam tak cicho, jak weszłam, i przez kilka minut stałam za rogiem garażu, patrząc w szare niebo i próbując oddychać. Potem zadzwoniłam po lawetę. Kierowca nie zadawał pytań.
Kazałam mu zawieźć samochód pod dom teściowej. Elżbieta, ta miła starsza pani, która zawsze nakładała mi dokładki i martwiła się, czy nie wieje od okna – to ona była mózgiem całej operacji. Wręczyłam jej kluczyki do mojej toyoty. – To prezent od syna – powiedziałam z uśmiechem.
Wsiadła do tego auta, nie mając pojęcia, co czeka ją pod maską. Jechała ostrożnie, potem przyspieszyła, a gdy na skrzyżowaniu nacisnęła hamulec, pedał wpadł w podłogę bez oporu. Ciężarówka uderzyła w drzwi od strony kierowcy. Elżbieta Mazur zginęła na miejscu.
Policja szybko znalazła przyczynę. Przewód hamulcowy był przecięty równo, celowo. Zaczęło się śledztwo. Wieczorem wróciłam do domu.
Leszek stał w salonie blady jak ściana. Mama nie żyje – wychrypiał – jechała twoim samochodem. – Wiedziałam, że przeciąłeś przewód – powiedziałam spokojnie. – Słyszałam waszą rozmowę.
Całą. Do zobaczenia na pogrzebie twojej siostry. Mama to genialnie wymyśliła. Pamiętasz, Leszku?
Odskoczył, jakby go uderzono. Potem rzucił się na mnie i zacisnął ręce na moim gardle. Nie żałował. Chciał mnie zabić, a ja słabłam pod jego palcami, gdy nagle rozległ się huk.
Ojciec. Dariusz wpadł do środka, usłyszawszy krzyki, i zdzielił Leszka ciężką statuetką z kominka. Mąż osunął się na podłogę, a ja leżałam, łapiąc powietrze, czując, jak ojciec obejmuje mnie i powtarza, że żyję. Zabrali ich oboje tej nocy.
Leszka i Alicję. Proces trwał cztery miesiące. Leszek dostał piętnaście lat za usiłowanie zabójstwa i spowodowanie śmierci matki. Alicja dziesięć za współudział.
Gdy wyprowadzali ją z sali, syknęła, że mi zapłaci. Nie odpowiedziałam. Dla mnie przestała istnieć. Miesiąc później stałam na peronie dworca głównego z małą walizką.
Dom sprzedałam, pracę zostawiłam. Ojciec przytulił mnie mocno, matka płakała. – Muszę wyjechać – powiedziałam. – Tu każda ulica mi o tym przypomina.
Pociąg ruszył, a Poznań znikał za oknem. Przetrwałam. I to wystarczyło, żeby zacząć wszystko od nowa.


