W grudniu 1996 roku wracałem nocnym ekspresem z ekspedycji geologicznej. Za oknami szalała zamieć, a w wagonie pachniało rozżarzonym węglem i tanim tytoniem. Miałem za sobą ciężkie miesiące w górach, ale przede mną była jeszcze cała długa noc do Przemyśla. Marzyłem tylko o tym, żeby się wyspać.

Godzinę po odjeździe na korytarzu rozległ się huk i pijackie przekleństwo. Walisty osiłek, czerwony od alkoholu, szturchnął pasażera i wcisnął go w boazerię. Młoda konduktorka, Ewelina, próbowała interweniować, ale ten tylko odepchnął ją ciężką łapą. — Wynoś się, myszko!
— warknął. Wstałem i wyszedłem na korytarz. Nie uderzyłem go. Po prostu przechwyciłem jego nadgarstek w połowie zamachu i wykonałem twardy chwyt unieruchamiający.
Osiłek jęknął i osunął się na kolano. — Przeszkadza pan innym odpoczywać? — zapytałem równym, cichym głosem. Puściłem go, gdy zwiodczał.
Odwrócił się i zataczając, odszedł w stronę przedsionka. Ewelina patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami. W jej spojrzeniu nie było tylko wdzięczności. Było coś jeszcze.
Gorączkowe przeczucie. Wróciłem do przedziału, gdzie czekał mój współtowarzysz, Konrad — mężczyzna około czterdziestki w dobrej twidowej marynarce, o spokojnych, mądrych oczach. — Robi wrażenie — powiedział z lekkim uśmiechem. — Mało kto odważa się interweniować.
— To fizyka — odparłem. — Każdą masę można przesunąć, jeśli wie się, gdzie przyłożyć siłę. Piliśmy herbatę, rozmawiając o zmianach w gospodarce. Konrad wspomniał o wrogim przejęciu dużego kombinatu metalurgicznego na południu kraju, o człowieku nazwiskiem Bogusław Gołąbek, który zbił majątek na skupowaniu długów przedsiębiorstw.
Słuchałem i kiwałem głową. Niedługo potem wyszedłem na papierosa. W zimnym przedsionku dopadła mnie Ewelina, drżąca, z wargami pogryzionymi do krwi. — Błagam pana.
Proszę, niech pan nic nie mówi i idzie za mną. Zaprowadziła mnie do swojej klitki służbowej. Zamknęła drzwi na zasuwkę i zaciągnęła zasłonkę. Potem uklękła przed skrzynią na pościel i wyciągnęła z samego dna zawiniątko.
Służbowa kurtka konduktora, przesiąknięta od prawego rękawa po pierś czymś ciemnym i gęstym. Zapach nie kłamał. Krew. — Maciej — wyjąkała.
— Konduktor z sąsiedniego wagonu. Nie zgłosił się na zmianę. Znalazłam to wepchnięte pod rury ogrzewania. — Sama kurtka?
— spytałem. — Nie. W przedsionku stało dwóch mężczyzn. Nie widzieli mnie.
Jeden powiedział, że kurier na pewno wsiadł w Gdańsku, że ma przedmiot w bagażu i że „sprzątacz” już pracuje. Nie ma zdjęcia, będzie sprawdzał każdego. Drugi zaśmiał się: „Przez kawałek żelaza zatrzymali całą fabrykę. Jeśli matryca nie dojedzie do Przemyśla, Gołąbek nas wszystkich zakopie.
”
Matryca. Klisza do fałszywych weksli. Kawałek metalu wart miliony, wiozący w naszym wagonie człowiek, który najprawdopodobniej nie ma pojęcia, co ma w bagażu. A po pociągu chodzi egzekutor, zawodowiec, który już zlikwidował konduktora.
Zegar wskazywał wpół do pierwszej w nocy. Do Przemyśla zostało siedem godzin. Bez telefonów, bez możliwości zatrzymania pociągu — to oznaczałoby tylko dreszczyk dla mordercy. — Niech pani zamknie skrzynię — rozkazałem.
— Kurtka zostaje w środku. Od tej chwili pani nic nie wie. Ktoś zapyta o Macieja — wysiadł na stacji. Zrozumiała pani?
— A pan? — wyszeptała. — A ja znajdę kuriera wcześniej niż on. Wróciłem do przedziału.
Konrad nie spał. Patrzył w ciemne okno. — Długo pan palił — zauważył z półuśmiechem. — Zagadałem się z konduktorką.
Zimą w tych pociągach bywa nudno. — O, niech pan wierzy — odparł łagodnie. — Z doświadczenia wiem, że w tych pociągach bywa wszystko, tylko nie nuda. Patrzyłem na jego zadbane ręce.
Po plecach przeszedł mi dreszcz. Przeanalizowałem pasażerów, których widziałem przy wsiadaniu. Kurier musi być niepozorny, mieć legalny powód, by wieźć ciężki metalowy przedmiot. Narzędzia, części zamienne, antyki.
Przypomniałem sobie starszego pana w szarym płaszczu, który z trudem wnosił na półkę masywne pudło. Mówił, że wiezie stary zegar do renowacji. Idealne miejsce, żeby ukryć kawałek stali. Konrad wstał.
— Chyba się przejdę. Rozprostuję nogi — powiedział aksamitnym głosem i wyszedł. Odczekałem trzy minuty i ruszyłem za nim. Znalazłem Ewelinę, która potwierdziła: w przedziale numer siedem, na miejscu dwudziestym piątym, jedzie samotnie pan Henryk, starszy zegarmistrz.
Najgorszy z możliwych scenariuszy. Jeśli Konrad dotrze do niego pierwszy, staruszek po prostu zniknie. Poleciłem Ewelinie zamknąć się na klucz i nie otwierać nikomu poza mną. Przedział numer siedem.
Pan Henryk siedział przy stoliku, nad częściami mechanizmu zegara. Na półce bagażowej nad jego głową leżało podłużne drewniane pudło. Pudło leżało nierówno, wciskając się w obicie półki jednym rogiem. Zwykłe obciążniki, nawet najcięższe, nie wywołałyby takiego punktowego nacisku.
Matryca była tam. — Pomyliłem przedziały — powiedziałem. — Bezsenność. — Nic nie szkodzi, młody człowieku — odparł staruszek cicho.
— Za dnia w warsztacie ciągłe zamieszanie, a nocą ręce same pamiętają robotę. Uśmiechnął się zupełnie szczerze. Nic nie wiedział. Ślepy kurier, którego wykorzystano bez jego wiedzy.
Teraz wiedziałem cel. Konrada nie mogłem zlikwidować na korytarzu — wywołałoby to panikę i ściągnęło policję, która mogła być na usługach Gołąbka. Musiałem zmusić go, by grał według moich reguł. Znałem te pociągi.
System ogrzewania parowego, tablice rozdzielcze, zamki wagonów — wszystko dało się wykorzystać. Poluzowałem bezpiecznik przy siódmym przedziale, żeby światło zaczęło migotać. Potem zablokowałem zawór głównej rury, przekierowując ciśnienie do warnika węglowego. Wiedziałem, że mam około dwudziestu minut, zanim zawór bezpieczeństwa zrzuci nadmiar pary.
W wagonie bagażowym naruszyłem szczelność starego połączenia kołnierzowego na rurze, żeby para zaczęła ledwo słyszalnie syczeć. Naciągnąłem gruby brezentowy pas między kontenerem a ścianą na wysokości kolan — niewidoczna zapora. Drugi pas podwiesiłem u góry pętlą. Wróciłem na korytarz.
Konrad stał przy przedziale numer siedem, przyłożywszy ucho do drzwi. Jego prawa ręka powoli wsunęła się pod połę marynarki. Znalazł to, czego szukał. Stanąłem przy warniku.
Gdy Konrad chwycił klamkę, uderzyłem w dźwignię awaryjnego zrzutu ciśnienia. Rozległ się ogłuszający, syczący ryk, a korytarz wypełnił się gęstą, parzącą mgłą. Z przedziałów zaczęli wyglądać zaspani ludzie. — Co się dzieje?
Pali się? — krzyczał jakiś mężczyzna z wąsem. — Żadnego pożaru — powiedziałem równym tonem. — Zaciął się zawór na warniku.
System działa normalnie. Niech państwo wracają na miejsca. Kiedy mgła opadła, nasze spojrzenia spotkały się z Konradem. Jego twarz nie wyrażała już uprzejmej inteligencji.
Oczy były zimne jak lód. Skinął mi ledwo dostrzegalnie głową — uznanie dla drugiego drapieżnika. Odwrócił się i odszedł. Zapukałem do pana Henryka.
— Wie pan, mówił pan, że wiezie stary zegar. Jestem inżynierem geologiem. Pana pudło jest dociążone z jednej strony. Jeśli pociąg gwałtownie zahamuje, pudło ześlizgnie się z półki i roztrzaska panu głowę.
Pozwoli pan, że przeniosę je do swojego przedziału, do metalowej skrzyni na próbki skał. — Będę panu niezmiernie wdzięczny — odparł staruszek, zmęczony i ufny. Pudło było ciężkie jak ołów. Zabrałem je do swojego przedziału, zamknąłem drzwi i odkręciłem zaślepkę.
W środku, owinięta w naoliwiony papier, leżała prostokątna sztabka z misternym grawerunkiem. Matryca. Ogromny ciężar, który momentalnie przyprawił mnie o dreszcz. Ukryłem ją w wyprawowym plecaku, a pudło zegarmistrza wypełniłem próbkami bazaltu i kwarcytu.
Wyszedłem i spotkałem się z Konradem w pustym wagonie restauracyjnym. Usiadłem naprzeciwko niego. — Wtrącił się pan w proces, który pana nie dotyczy — powiedział cicho, mieszając herbatę. — Zepsuł mi pan robotę.
— Zabrałem przedmiot, Konradzie. Staruszek jest czysty. Jeśli tknie pan jego albo kogokolwiek innego, straci pan czas, a przedmiotu nie znajdzie. — Rozumie pan, że właśnie podpisał sobie wyrok śmierci?
— spytał uprzejmie. — Jestem zawodowcem. Usunę pana tak, jak usuwa się usterkę w mechanizmie. — Pociąg to nie ulica, Konradzie.
Stąd nie da się po prostu odejść. Obaj jesteśmy zamknięci w stalowej rurze pędzącej przez zamieć. Matryca jest dobrze ukryta. Będzie pan musiał przyjść po mnie.
Czekam na pana na swoim terenie. Kiedy wracałem do swojego wagonu, zastałem korytarz pogrążony w całkowitej ciemności. Konrad odciął zasilanie i zamknął ogrzewanie. Taktyka oblężenia.
W ciemności i chaosie łatwiej mu działać, wybuchnie panika, a ja stracę kontrolę wzrokową. Zamknąłem oczy. Wzrok był tu bezużyteczny. Geolog przywykł do ciemności głębokich szybów.
Usłyszałem ledwo dostrzegalny szelest tkaniny o ścianę. Konrad był tu, na tym korytarzu. Szedł ku mnie. Bezszelestnie opadłem na jedno kolano i wyjąłem z kieszeni ciężki kawałek bazaltu.
Zaczekałem, aż wagon przechyli się na łuku, i puściłem kamień po chodniku, celując w ścianę cztery metry przed sobą. Kamień uderzył. Cichy, suchy trzask. Błysk płomienia z lufy wyrwał z mroku blady zarys twarzy.
Zdradził swoją pozycję. Rzuciłem się do przodu i w dół, wbijając ramię w jego kolana. Konrad runął do tyłu, a pistolet wypadł mu z ręki. Ledwo zdążyłem odchylić głowę, gdy jego nóż ceramiczny rozpruł tkaninę kurtki na ramieniu.
Piekący chłód, potem ciepło. Zadraśnięcie, ale otrzeźwiające. Konrad wycofał się w przestrzeń między wagonami, rozpływając się w szumie zamieci. Zostałem sam.
Znalazłem pistolet, wyjąłem magazynek, wyrzuciłem nabój z komory, a sam pistolet wcisnąłem w szczelinę pod grzejnikiem. Potem przywróciłem prąd, wstawiając kawałek miedzianego drutu zamiast bezpiecznika, i otworzyłem zawór ogrzewania. Światło mrugnęło i zalało korytarz. Pasażerowie zaczęli wyglądać z przedziałów.
— Drużyna trakcyjna przełączała obiegi ogrzewania — skłamałem. — Za dziesięć minut będzie ciepło. Uspokoiłem Ewelinę i zaklinowałem drzwi siódmego przedziału od zewnątrz. Potem wróciłem do swojego przedziału, zostawiłem na stoliku mosiężny kompas — swoją wizytówkę — i skierowałem się do wagonu bagażowego.
Tam, w ciemności, za stalową szafą, czekałem. Wiedziałem, że Konrad przyjdzie. Drzwi powoli skrzypnęły. W progu pojawiła się sylwetka.
Konrad ruszył wąskim przejściem między kontenerami, przyciskając plecy do ściany, trzymając nóż przed sobą. Szukał mnie na wysokości oczu. Nie patrzył na podłogę. Jego stopa dotknęła napiętego brezentowego pasa.
Noga zablokowała się, środek ciężkości poszedł do przodu. Zaczął upadać. W tej samej chwili uderzyłem łomem w poluzowaną nakrętkę. Z rury z hukiem wyrwał się potężny strumień gorącej pary, wypełniając przejście parzącą mgłą.
Oślepiony, ogłuszony, szamotał się na podłodze. Rzuciłem się ku niemu i zarzuciłem mu pętlę na ramiona. Pas ściągnął mu ręce do tułowia, a ja przeciągnąłem wolny koniec przez metalowe ucho w podłodze i zacisnąłem węzeł żeglarski. — Mówił pan, że obsunięcie to proces naturalny — powiedziałem, klękając obok.
— Tyle że tym razem słabą skałą okazał się pan. — Gołąbek pana znajdzie — wyharczał. — Ta matryca nie przyniesie panu nic poza śmiercią. — Tryby to mechanika.
A mechanikę zawsze da się zepsuć, jeśli rzuci się między koła zębate dostatecznie twardy kamień. Wyjąłem z jego marynarki portfel z fałszywymi dokumentami i schowałem do kieszeni. Potem wyszedłem, zasuwając za sobą stalowe drzwi. Pociąg zwalniał.
Zbliżaliśmy się do Przemyśla. Ewelina otworzyła na umówione pukanie. Stała blada, wymizerowana, z podkrążonymi oczami. — Wszystko się skończyło — powiedziałem.
— Ten człowiek jest związany w wagonie bagażowym. Ale słuchaj uważnie. Nie wzywaj straży, nie szukaj kierownika pociągu. Otwórz drzwi i wypuść pasażerów jak zawsze.
Jeśli zaczniesz składać zeznania miejscowym, wciągną cię w sprawę Gołąbka. A świadkowie długo nie żyją. — Ale kurtka — wyszeptała. — A ten morderca?
— Gołąbek zostanie rozbity jeszcze dzisiaj. Godzinę po przyjeździe do twojego wagonu wejdą ludzie w cywilu. Nie pokażą legitymacji. Podadzą hasło: „Północny szyb”.
Tylko im oddasz klucz od skrzyni. Skinęła głową. Strach w jej oczach ustępował zrozumieniu. Na peronie przywitał mnie mróz i zapach spalonego węgla.
Pan Henryk, ściskając pudło z kamieniami, brnął w stronę taksówek, wdzięczny, że jego „bezcenne obciążniki” ocalały. Ewelina stała przy drzwiach, z profesjonalną maską na twarzy. Skinęła mi ledwo dostrzegalnie. Nie poszedłem do głównego wyjścia.
Skierowałem się do strefy technicznej, gdzie stały automaty telefoniczne. Wyjąłem kartę i wybrałem numer do Warszawy. — Słucham — rozległ się suchy głos. — Tu Zaręba.
Potrzebuję pomocy Urzędu Ochrony Państwa, majorze Przybylski. — Gdzie jesteś, Romanie? — Przemyśl. Dworzec główny.
Przywiozłem przedmiot. Oryginalną kliszę do weksli. Matryca jest autentyczna. Ale to nie wszystko.
W wagonie bagażowym pociągu z Gdańska leży związany człowiek, zawodowy egzekutor. W nocy zlikwidował konduktora. Ciało wyrzucono na szlaku, ale zakrwawiona kurtka jest ukryta w przedziale służbowym piątego wagonu. Zabierzcie go, zanim znajdą go miejscowi.
— Mam w Przemyślu grupę operacyjną — odparł major. — Będą na dworcu za dwanaście minut. Jak odebrać przedmiot? — Zostawię matrycę i dokumenty w przechowalni bagażu w poczekalni.
Schowek 47, kod: rok twojego urodzenia. Kurtkę odbierzecie od Eweliny. Hasło: „Północny szyb”. — Romanie, właśnie złamałeś kręgosłup jednej z najgroźniejszych grup przestępczych w kraju.
— Znalazłem słabe ogniwo i nacisnąłem. Majorze, zabierajcie śmieci. Włożyłem matrycę i portfel do schowka, zamknąłem drzwiczki i wybrałem kod. Potem ruszyłem do wyjścia.
Przy szklanych drzwiach zatrzymałem się. Na peron, piszcząc oponami, wypadły dwa czarne terenowe samochody. Wysypali się z nich krzepcy mężczyźni w cywilu, o wojskowej postawie. Grupa operacyjna UOP.
Patrzyłem, jak wyprowadzają Konrada. Skuty kajdankami, z pomiętą marynarką i twarzą w otarciach, wyglądał jak mechanizm, z którego wyjęto główną sprężynę. Agent wychodzący z piątego wagonu niósł przezroczysty worek z zakrwawioną kurtką. Dowody zostały zebrane.
Łańcuch się zamknął. Odwróciłem się i pchnąłem szklane drzwi. Zamieć ucichła. Przemyśl się budził.
Finału tej historii nie pokażą wieczorne wiadomości. Ale kombinat będzie dalej pracował, Gołąbek trafi do aresztu, a Konrad, złamany, zacznie mówić i pociągnie za sobą całą siatkę. Postawiłem kołnierz kurtki sztormowej i ruszyłem zaśnieżoną ulicą, wtapiając się w poranny tłum. Przede mną czekały góry, cisza głębokich szybów i długa, spokojna praca.
Nad Przemyślem wstawał zimny, pogodny poranek.


