Mój były mąż roześmiał się, gdy notariusz odczytał, że dostaję stary, zawilgocony pensjonat, podczas gdy on zatrzymuje mieszkanie, samochód i dom nad jeziorem. „Możesz tam leczyć złamane serce” –…

Mój były mąż roześmiał się, gdy notariusz odczytał, że dostaję stary, zawilgocony pensjonat, podczas gdy on zatrzymuje mieszkanie, samochód i dom nad jeziorem. „Możesz tam leczyć złamane serce" –...

Teresa siedziała naprzeciwko Ryszarda, który rozparty w skórzanym fotelu wyglądał, jakby właśnie wygrał wojnę. Obok niego Sylwia wodziła po niej wzrokiem pełnym cichej satysfakcji. Notariusz odchrząknął i odczytał warunki ugody. Ryszard zatrzymuje mieszkanie, samochód, pieniądze na rachunkach i dom nad jeziorem.

Thumbnail

Teresa dostaje dawny pensjonat w Kudowie-Zdroju. Razem z wilgocią, dziurawym dachem i długami. – Brzmi prawie elegancko, prawda? – parsknął Ryszard.

– Zwykła mokra ruina. Teresa nie odpowiedziała. Patrzyła na miejsce przygotowane na podpis. Ile razy w tym małżeństwie ogarniała jego rachunki, przeglądy, pozwolenia?

A on zawsze mówił, że to drobiazgi. Że to ona ma do tego głowę. – Nie rób takiej miny – rzucił lekko. – Sama chciałaś mieć święty spokój.

Możesz tam leczyć złamane serce, skoro lubisz ratować rzeczy, które inni dawno spisali na straty. Notariusz spojrzał na nią z zakłopotaniem. – Pani Tereso, mam obowiązek zapytać jeszcze raz. Czy jest pani pewna?

To nie jest mała decyzja. – Jestem pewna – powiedziała spokojnie. Głos jej nie zadrżał. Kilka miesięcy temu płakałaby w łazience, pytając, co zrobiła nie tak.

Potem przyszła złość, która budziła ją w nocy. A później cisza. Ta twarda cisza, w której człowiek przestaje pytać „dlaczego”, a zaczyna pytać „co dalej”. Ryszard nie wiedział, że Teresa od tygodni nie spała, bo nie rozpaczała, tylko planowała.

Nie wiedział, że przyjechała tu sama i w zawilgoconej szafie znalazła teczki poprzedniego właściciela: mapy, notatki, pożółkłą korespondencję z urzędem i nazwisko hydrogeologa powtarzające się na kilku dokumentach. Źródło mineralne. Dawne ujęcie. Badania przerwane, dokumentacja niezamknięta.

Gdy pierwszy raz to przeczytała, serce zabiło jej tak mocno, że musiała usiąść na zakurzonych schodach. Później odnalazła pana Edmunda, emerytowanego hydrogeologa. Staruszek długo milczał, a potem powiedział cicho, ale pewnie:

– Pani Tereso, jeżeli ta woda nadal idzie tym samym żyłem, to pani nie dostała ruiny. Pani dostała serce całego miejsca.

Teresa podpisała wszystkie kartki bez pośpiechu. Ryszard odchylił się wygodnie. – No i widzisz, da się bez awantur. Zawsze mówiłem, że kiedy chcesz, potrafisz być rozsądna.

– Och, Ryszard – odparła cicho. – Nawet nie wiesz jak bardzo. Spojrzał na nią podejrzliwie, ale tylko przez chwilę. Był zbyt zajęty własnym zwycięstwem, żeby usłyszeć w jej głosie coś więcej niż zmęczenie.

Wychodząc, Sylwia rzuciła lekkim tonem:

– Powodzenia w Kudowie! Podobno wilgoć dobrze robi na cerę. Teresa patrzyła, jak oboje oddalają się w stronę błyszczącego samochodu. Dawniej to by ją zabiło.

Teraz tylko potwierdziło, że nie ma już za kim patrzeć. Wsiadła do swojej starej Skody, tej, której Ryszard wstydził się pod firmą, i wybrała numer Jana, architekta zajmującego się rewitalizacją budynków uzdrowiskowych. – I jak? – spytał.

– Podpisane. Pensjonat jest mój. Po drugiej stronie zapadła krótka cisza. – W takim razie możemy zaczynać badania.

Pensjonat stał na lekkim wzniesieniu, bokiem do drogi, jakby odwrócił się od ludzi z urazy. Szyld wisiał krzywo, litery wyblakły, w rynnach tkwiły mokre liście. Ale w oknach odbijało się jasne niebo, a w ogrodzie, mimo chłodu, przebijały się uparte zielone pędy. – To miejsce nie tyle umarło – szepnęła do siebie – ile zasnęło na długo.

W środku uderzył ją zapach starych ścian i mokrego drewna. W holu stała recepcyjna lada, przy której dawno temu wyobrażała sobie siebie z zeszytem rezerwacji. Ryszard wtedy jeszcze potrafił mówić ciepło. Planowali mały rodzinny pensjonat.

Potem przeliczył wszystko po swojemu i stwierdził, że na takim miejscu nie ma szybkich pieniędzy. Jan przyjechał niedługo po niej. Nie rzucał wielkich słów. Chodził od pomieszczenia do pomieszczenia, stukał w ściany, notował.

– Dach do sprawdzenia od razu. Instalacje pewnie do wymiany. Osuszanie, wentylacja, dostępność dla osób po operacjach. Sanepid też będzie miał swoje wymagania.

– Czyli tragedia? – Nie. Dużo pracy. To różnica.

Te słowa podziałały na nią lepiej niż jakiekolwiek pocieszanie. Nie obiecywał cudów, ale też nie uciekł. Za domem pan Edmund rozłożył starą mapę. Jego dłonie, choć stare, były pewne.

– Ujęcie powinno być mniej więcej tutaj, bliżej tej skarpy. Przez następną godzinę była łopata, metalowa sonda, błoto na butach i ciche komendy. Gdy odsłonięto zardzewiałe zabezpieczenie dawnego ujęcia, Teresa zamarła. Nie trysnęła żadna fontanna.

Niebo się nie rozstąpiło. Po prostu technik pobrał próbkę, a laborantka oznaczyła pojemniki. – Czekamy na wyniki – rzucił pan Edmund. Czekać.

Teresa przez całe małżeństwo czekała na różne rzeczy: aż Ryszard wróci w lepszym humorze, aż ją pochwali, aż zauważy, że dźwiga za dużo. Teraz po raz pierwszy czekała na coś, co zależało od niej. Lidia przyjechała z Wrocławia z termosem i kanapkami. – Boże, wyglądasz, jakbyś przez tydzień żyła samą kawą.

Siadaj natychmiast. Usiadły na schodku przed wejściem. Lidia milczała chwilę, a potem zapytała cicho:

– Boli? Teresa przełknęła ślinę.

– Bardziej niż myślałam. Nie o mieszkanie, nie o samochód, nawet nie o pieniądze. Tylko o to, że on przez tyle lat brał moją troskę jak coś oczywistego. Jak prąd w gniazdku.

A potem uznał, że mogę zgasnąć i nic się nie stanie. – On cię nie zostawił z ruiną, Tereska. On cię zostawił samą ze sobą. A to akurat może być najlepsze, co zrobił.

Gdy przyszły wstępne wyniki, Teresa nie od razu wszystko zrozumiała. Ale pan Edmund tłumaczył cierpliwie, a Jan słuchał uważnie. – To jeszcze nie jest gotowy biznes – zaznaczył Jan. – Ale jest podstawa.

Można myśleć o małym centrum rehabilitacji. Pokoje dla osób po pięćdziesiątce, gabinety fizjoterapii, ogród do ćwiczeń. A źródło jako serce całego projektu. Teresa spojrzała na stary budynek.

Przed nią były pozwolenia, kredyty, urzędy, wykonawcy. Tysiąc rzeczy, na których mogła się potknąć. A jednak nie myślała o zemście. Myślała o tym, że to miejsce dostało jeszcze jedną szansę.

Tak samo jak ona. Ledwo zdążyła przywyknąć do szumu osuszaczy i ludzi w roboczych butach, a przy bramie zatrzymał się samochód Ryszarda. Poznała go po sposobie hamowania. Pewnym, trochę zbyt gwałtownym.

Wysiadł w ciemnych okularach i płaszczu zapiętym pod szyję. Sylwia za nim, w jasnym płaszczu i z miną przygotowaną do uprzejmego współczucia. Teresa wyszła im naprzeciw dopiero, gdy przekroczyli furtkę. – No proszę – zaczął Ryszard, rozglądając się po podwórku.

– Urządziłaś tu mały cyrk. – Porządkuję to, co sam mi oddałeś – odparła spokojnie. – I po co ci wszyscy ludzie? Ten budynek nadaje się tylko do rozbiórki.

– Do remontu, owszem. Do rozbiórki niekoniecznie. Ryszard zatrzymał się przy tabliczce: „Teren prywatny, prace badawcze”. – Jakie badawcze?

– Dotyczące wody. – Jakiej wody? Teresa patrzyła na niego w milczeniu. Tyle lat razem, tyle razy mówiła mu, że nie wszystko da się ocenić po odpadającej farbie.

On nigdy nie słuchał. Teraz też chciał tylko szybkiej odpowiedzi, najlepiej takiej, którą mógłby wyśmiać. – Na działce jest dawne ujęcie wody mineralnej – powiedziała. – Stare dokumenty wskazywały, że mogło tu być źródło.

Zleciliśmy badania. Wstępne wyniki są bardzo obiecujące. – Co ty opowiadasz? – To, co jest w dokumentach i w próbkach z laboratorium.

Jan przygotowuje koncepcję małego centrum rehabilitacji. Rozmawiamy o dotacji na rewitalizację budynku uzdrowiskowego. Na twarzy Ryszarda coś pękło. Najpierw była niewiara, potem złość, a dopiero pod spodem strach.

Ten brzydki strach człowieka, który nagle zrozumiał, że oddał coś, czego nie umiał zobaczyć. – Wiedziałaś – syknął. – Ty wiedziałaś przed podpisaniem. – Wiedziałam, że w starej szafie leżą mapy i notatki.

Wiedziałam, bo je przeczytałam. – Ukryłaś przede mną wartość tego miejsca! – Jaką wartość, Ryszard? W dniu podpisania ugody mieliśmy zawilgocony pensjonat, przeciekający dach, rachunki i niepotwierdzone przypuszczenia.

Wszystko leżało tutaj, do czego miałeś taki sam dostęp jak ja. – Nie będę grzebał w śmieciach! – rzucił i w tej samej chwili zrozumiał, co powiedział. Sylwia spojrzała na niego powoli.

– Ty naprawdę nie sprawdziłeś tych dokumentów? – Nie wtrącaj się! – warknął za ostro, za głośno. Na podwórku zrobiło się cicho.

Sylwia cofnęła się o pół kroku. Nie wyglądała już jak zwycięska kobieta u boku zwycięskiego mężczyzny. Raczej jak ktoś, kto zaczyna podejrzewać, że został wciągnięty w cudzą głupotę. – Myślisz, że to tak zostawię?

– rzucił Ryszard. – Nie nagle. Od podpisania ugody. A teraz wybacz, mam pracę.

To zdanie wyraźnie go zabolało. Przez lata to on wychodził do pracy, a ona miała tylko ogarniać resztę. Teraz stała przed nim w starym pensjonacie, w prostym płaszczu, z kurzem na rękawie, i wyglądała bardziej na właścicielkę niż kiedykolwiek on. Odjechał szybko.

Sylwia wsiadła bez słowa. Teresa chciała wierzyć, że na tym się skończy, ale znała Ryszarda zbyt dobrze. Jeszcze tego samego popołudnia zadzwonił Jan, spiętym głosem. – Byli ludzie z urzędu.

Pytali o zabezpieczenie prac, o pozwolenia, dostęp do budynku. Niby rutynowo, ale ktoś musiał ich popchnąć. Następnego dnia pojawiły się kolejne pytania. Teresa czuła, jak dawny lęk próbuje wrócić pod skórę.

Ten sam, który kazał jej kiedyś milczeć, żeby nie robić problemu. Ale Jan miał przygotowane kopie zgłoszeń, protokoły i opinie techniczne. – Spokojnie – powiedział. – Papierami też można się bronić.

Trzeba je tylko mieć. Wieczorem Teresa została sama w dawnej jadalni. Telefon zawibrował. Wiadomość od Ryszarda: „Jeszcze pożałujesz, że zrobiłaś ze mnie głupca”.

Przez moment serce zabiło jej szybciej, starym odruchem strachu. Zaraz jednak zrobiła zrzut ekranu i wysłała go Beacie, prawniczce poleconej przez Jana. Odpowiedź przyszła niemal natychmiast: „Proszę nic nie kasować i nie odpisywać. To może się przydać”.

Teresa odłożyła telefon ekranem do dołu. Pierwszy raz w życiu nie dała Ryszardowi ostatniego słowa. Pierwsze pismo przyszło pocztą poleconą. Prawniczy język był gładki, uprzejmy i nieprzyjemny jak zimna woda za kołnierzem.

Ryszard wyrażał gotowość do polubownego zakończenia sporu, o ile Teresa zgodzi się dopuścić go do udziału w przyszłym przedsięwzięciu. W przeciwnym razie miał podjąć kroki w celu ochrony swoich praw, bo według niego nie znał rzeczywistego potencjału nieruchomości. Na końcu dopisano jeszcze, że dostęp do części technicznej terenu może wymagać uregulowania sprawy sąsiedniej działki. Teresa usiadła na najbliższym krześle.

Lidia weszła z herbatą i od razu zobaczyła jej twarz. – Co jest? Przeczytała pismo i prychnęła. – On chce dostać kawałek twojego projektu za to, że przestanie podkładać nogi?

– Wygląda na to. – To jedźmy do niego i powiedzmy mu parę słów. – I co potem? On tylko na to czeka.

Na awanturę, na krzyk. Na coś, co będzie mógł pokazać jako dowód, że jestem rozchwiana i nie wiem, co robię. Jan podszedł bliżej i przeczytał pismo w milczeniu. – Nie panikujemy – powiedział.

– Najpierw sprawdzamy dojazd. Jeśli ta stara droga ma służebność, Ryszard może sobie straszyć do woli. Beata pojawiła się tego samego dnia. Miała krótko obcięte włosy, prostą czarną teczkę i taki sposób patrzenia, jakby od razu oddzielała fakty od emocji.

Nie była ciepła jak Lidia ani spokojna jak Jan. Była konkretna. – Pani Tereso, tu nie wygrywa ten, kto głośniej krzyczy. Tu wygrywa ten, kto ma porządek w papierach.

I zaczęło się chodzenie po urzędach, archiwach, pokojach z metalowymi szafami. Teresa dawniej bała się takich miejsc. Nie samych urzędów, tylko uczucia, że zaraz ktoś ją zbyje. Że powie „nie da się” i ona grzecznie wyjdzie, bo nie wypada się upominać.

Teraz stała przy okienku z kopią starej mapy. – Potrzebuję pisemnej informacji, czy przy tej działce istniała służebność dojazdu do części technicznej pensjonatu. Młody urzędnik wzruszył ramionami. – Takie stare sprawy to nie wiadomo.

Część dokumentów mogła trafić do archiwum. – Właśnie dlatego proszę o pisemną odpowiedź. Urzędnik spojrzał na nią uważniej. Może spodziewał się prośby, może tłumaczenia, może rezygnacji.

Ona tylko stała spokojnie z teczką pod pachą. – To trzeba będzie złożyć wniosek. – Złożę. I poczekam.

Ale proszę mi potwierdzić przyjęcie. Nie była niegrzeczna, nie podniosła głosu. Po prostu po raz pierwszy od dawna nie cofnęła się tylko dlatego, że ktoś mówił znużonym tonem. Najwięcej pomógł pan Wacław, emerytowany technik z gminy, którego nazwisko Beata znalazła na jednym z dawnych protokołów.

Mieszkał w małym domu. Miał stary kredens pełen segregatorów i pamięć ostrzejszą niż niejedna baza danych. – Ja ten pensjonat pamiętam jeszcze z czasów, jak tam goście na śniadania schodzili – powiedział, podając herbatę w szklankach. – Tam rzeczywiście było ujęcie.

Nie jakieś bajanie. Tylko komuś wtedy bardzo zależało, żeby sprawę przydusić. – Komu? – Lokalnym cwaniakom.

Chcieli kupić teren tanio. A jak zaczęło się mówić o wodzie, zaraz pojawiły się przeszkody. To dojazd nieuregulowany, to papiery niepełne. Wyciągnął z teczki kopię starej decyzji i mapę z czerwonym zaznaczeniem.

– Tu pani ma. Służebność przejazdu i dostępu technicznego była wpisana. Potem przy zmianie numeracji działek ktoś tego porządnie nie przepisał. Ale ślad został.

Teresa trzymała kartkę tak ostrożnie, jakby była z cienkiego szkła. – Panie Wacławie, pan nawet nie wie, co to dla mnie znaczy. – Wiem – odparł spokojnie. – Czasem jeden stary papier ratuje więcej niż worek pieniędzy.

Spotkanie z Ryszardem odbyło się w kancelarii Beaty. Przyszedł z prawnikiem i Sylwią. Był pewny siebie, ale nie tak swobodny jak wcześniej. Sylwia usiadła trochę z boku, z zaciśniętymi ustami.

– Nie chcę wojny – zaczął Ryszard, choć jego twarz mówiła coś zupełnie innego. – Proponuję rozsądny kompromis. Dostaję udział w projekcie, a ty masz spokój. Inaczej sprawy mogą się ciągnąć miesiącami.

Teresa położyła na stole teczkę. – Tu jest ugoda, którą podpisałeś. Tu twoje wiadomości, w których nazywasz pensjonat balastem i nalegasz, żebym wzięła go razem z kosztami. Tu dokumenty o służebności dojazdu.

Tu wyniki badań uzyskane po podziale majątku. A tu kopia twojej wiadomości, w której mi grozisz. Ryszard zbladł, ale jeszcze próbował się uśmiechnąć. – Przesadzasz.

Beata odezwała się bez emocji. – Jeżeli pański klient będzie dalej próbował wymuszać udział w przedsięwzięciu przez blokowanie dostępu, naciski urzędowe lub podważanie ugody bez podstaw, złożymy stosowne zawiadomienie. Dokumentacja jest kompletna. Prawnik Ryszarda odchrząknął.

Sylwia spojrzała na Ryszarda tak, jakby nagle zobaczyła przy nim nie silnego mężczyznę, tylko człowieka, który wciągnął ją w coś bardzo niebezpiecznego. Kiedy wychodzili, Teresa usłyszała jeszcze jej cichy głos na korytarzu. – Mówiłeś, że ona jest bezradna. Ona nie wygląda na bezradną.

– Zamknij się! – syknął Ryszard. I właśnie tym jednym słowem powiedział o sobie więcej niż wszystkimi wcześniejszymi zapewnieniami. Teresa wróciła do pensjonatu zmęczona tak bardzo, że nogi miała ciężkie jak z kamienia.

Pan Edmund czekał w dawnej jadalni z dokumentem w ręku. – Przyszło końcowe opracowanie – powiedział. – Przy odpowiednich pozwoleniach źródło nadaje się do dalszego wykorzystania. Teresa wzięła papier.

Palce jej zadrżały. Nie ze strachu. Z tego, że wytrzymała. Pensjonat zmieniał się powoli, bez fajerwerków.

Ale każdego dnia było w nim mniej ruiny, a więcej domu. Zniknęły mokre plamy przy schodach. Pojawiły się jasne ściany, nowe poręcze i drzwi, które nie skrzypiały. W dawnej jadalni pachniało już nie wilgocią, tylko drewnem, herbatą i świeżo umytą podłogą.

Na bramie zawisła nowa tablica: „Źródło spokoju”. Teresa długo patrzyła na te słowa, zanim pozwoliła je przykręcić. Bała się, że zabrzmią zbyt ładnie, zbyt odważnie. Jak obietnica, której nie da się dotrzymać.

Ale Lidia tylko machnęła ręką. – Ludzie nie przyjadą tu po marmury. Przyjadą, bo będą chcieli choć przez chwilę poczuć, że ktoś ich widzi. I miała rację.

Otwarcie nie było wielkie. Nie było czerwonego dywanu ani przemówień. Przyjechało kilka osób z gminy, lekarz rehabilitant, sąsiedzi, którzy jeszcze niedawno zaglądali przez płot z niedowierzaniem, i pierwsi pacjenci. Jan stał z boku w tej samej roboczej kurtce, tylko czystszej niż zwykle.

Pan Edmund co chwilę zerkał w stronę zabezpieczonego ujęcia, jakby spotkał starego znajomego po latach. Kiedy poproszono Teresę o kilka słów, poczuła znajome ściśnięcie w gardle. Stanęła przed ludźmi i spojrzała na jasny hol, odnowione schody, ogród z ławkami. – Kiedyś mówiono, że to miejsce jest za stare, za mokre i za trudne – zaczęła.

– Może trochę takie było. Ale czasem właśnie trudne miejsca uczą nas oddychać od nowa. Trzeba tylko znaleźć ludzi, którzy nie boją się pracy. I nie uwierzyć tym, którzy widzą wyłącznie kłopot.

Nie mówiła długo. Podziękowała Janowi, Lidii, panu Edmundowi i tym, którzy przyszli, zanim wszystko było idealne. Bo nic w życiu nie zaczyna się od ideału. Czasem zaczyna się od przeciekającego dachu i jednej decyzji, żeby mimo wszystko nie uciec.

Pani Halina, pierwsza pacjentka po operacji biodra, ścisnęła jej potem rękę. – Wie pani, czego się bałam? Że będzie tu jak w szpitalu. A tu pachnie herbatą, drewnem i spokojem.

W sali ćwiczeń pan Marian po udarze przeszedł kilka kroków między poręczami. Wolno, z wysiłkiem. Gdy dotknął końcowej barierki, jego żona zaczęła płakać tak cicho, że prawie nikt tego nie zauważył. Teresa zauważyła.

I wtedy naprawdę zrozumiała, że ten budynek nie jest już dowodem jej rozwodu. Jest czyjąś drogą z powrotem do życia. O Ryszardzie słyszała później różne rzeczy. Nie szukała ich, same do niej docierały.

Próbował podważać ugodę, ale dokumenty i jego własne słowa nie zostawiły mu wiele miejsca. Beata załatwiła sprawę spokojnie i twardo. Sylwia odeszła od niego niedługo potem. Podobno nie chciała tłumaczyć się z podpisów, których nie rozumiała.

Dom nad jeziorem sprzedał, bo koszty prawników i stare zobowiązania rosły szybciej, niż się spodziewał. Teresa nie czuła radości, kiedy o tym słyszała. Może kiedyś by poczuła. Teraz miała zbyt dużo własnego życia, żeby karmić się jego porażką.

Przyjechał któregoś popołudnia, gdy w ogrodzie dwie pacjentki spacerowały powoli z kijkami. Teresa zobaczyła go przez okno gabinetu. Nie wyglądał już jak człowiek, który wszystko ma pod kontrolą. Był starszy, zmęczony.

Wysiadł przed budynek. – Czego chcesz, Ryszard? Rozejrzał się po odnowionym pensjonacie, po tablicy, po ludziach w ogrodzie. Przez chwilę milczał.

– Mogliśmy to mieć razem. Teresa poczuła ukłucie. Nie bólu takiego jak dawniej. Raczej wspomnienia po bólu.

– Mogliśmy – powiedziała. – Ale ty nie chciałeś mieć niczego razem. Chciałeś mieć wszystko sam. – Byłem twoim mężem.

– Byłeś. I właśnie dlatego bolało. Ale to już nie jest moje miejsce bólu. To jest moje miejsce pracy.

Nie odpowiedział od razu. Chyba czekał, że będzie tłumaczyć, wypominać, może płakać. Teresa nie zrobiła nic z tych rzeczy. – Muszę wracać do pacjentów – dodała.

– Proszę, nie przyjeżdżaj tu więcej bez potrzeby. Patrzył na nią jeszcze chwilę, potem odwrócił się i odszedł. Bez trzaskania drzwiami, bez ostatniej groźby. I może właśnie dlatego ten moment był taki mocny.

Bo po raz pierwszy naprawdę nie miał już nad nią żadnej władzy. Wieczorem Teresa przeszła przez ogród. Przy zabezpieczonym ujęciu słychać było cichy, równy szmer wody. W oknach „Źródła spokoju” paliło się miękkie światło.

Ze środka dobiegał śmiech Lidii, brzęk filiżanek i czyjś głos proszący o herbatę. Ktoś wolno szedł korytarzem po zabiegu, krok po kroku, cierpliwie. Jak człowiek, który wie, że nie musi już nikomu niczego udowadniać. Teresa zatrzymała się pod starą lipą.

Ryszard zostawił jej stare ściany, wilgoć i długi. Nie zauważył tylko najważniejszego. Pod tym wszystkim wciąż biło żywe źródło.