Stałem na brzegu własnej wyspy, gdy z mgły wyłoniły się dwie motorówki i rozległ się głos, który znałem tylko z opowieści. Nocą, późną wiosną 1991 roku, cisza, którą tak długo budowałem, pękła. Zobaczyłem, jak taranują łódź dwóch starych rybaków i wrzucają do wody kobietę, która zbyt dużo widziała. Maurycy, pan tych jezior, zostawił ją na mieliźnie, żeby o świcie urządzić sobie polowanie.

Ale nie wiedział, że wyspa, którą wybrał na arenę, nie jest pusta. Ja tu mieszkałem. Tamtego wieczoru siedziałem przy rozgrzanym piecu, wcierając pastę w zrogowaciałe dłonie. Był koniec marca.
Polska dopiero uczyła się wolności, a na ulicach miast rządzili ogoleni chłopcy w skórzanych kurtkach. Ja, Cyprian, mechanik z miasta, uciekłem stamtąd, gdy bandyci spalili mój garaż, a sądy przymykały na to oczy. Zabrałem narzędzia i osiadłem na głuszy, na zabagnionej wyspie na Mazurach. Miejscowi omijali ją z daleka.
Zostałem pustelnikiem, naprawiającym silniki nielicznym rybakom. Około północy wyszedłem sprawdzić cumy. Wtedy je usłyszałem. Nie stary terkot sowieckich silników, ale drapieżny pomruk zagranicznych motorówek.
Płynęły bez świateł, 200 metrów od brzegu. Zgasiłem latarkę i cofnąłem się w cień sosen. Moją zasadą było nie wtrącać się w cudze sprawy. Ale to, co zobaczyłem, kazało mi o niej zapomnieć.
Zobaczyłem, jak dwie motorówki biorą w kleszcze drewnianą łódź. Rozpoznałem ją. Należeli do niej Grzegorz i Józef, starsi rybacy z sąsiedniej wsi. Głos Maurycego niósł się nad wodą: „Na tych wodach nie ma niczyjej ryby.
Cała ryba jest moja”. Po chwili silnik ryknął, łódź pękła z trzaskiem i poszła na dno. Krzyki umilkły. Wtedy z mierzei błysnęło światło aparatu.
Ktoś to fotografował. Motorówki ruszyły w tamtą stronę. Usłyszałem szamotaninę i kobiecy krzyk. Maurycy kazał ją rozebrać z aparatu i wrzucić za burtę.
„Płyń, ptaszku, wydostaniesz się na brzeg. A o świcie wrócimy”. Znalazłem ją w trzcinach. Była lekka jak dziecko, ale przemoczone ubrania ważyły tonę.
Zaniosłem ją do chaty, nie zapalając światła. Wysuszyłem, owinąłem w koce, nalałem gorącej herbaty. Gdy przestała szczękać zębami, przedstawiła się jako Celina. Fotoreporterka z regionalnej gazety.
Miesiąc wcześniej dotarły do niej plotki o znikających rybakach. Przyjechała sama, sfotografowała przemyt, twarze bandytów i morderstwo. „Maurycy powiedział, że jezioro mnie schowa tak, że nikt nie znajdzie”. Ale wtedy Celina zrobiła coś niespodziewanego.
Wyciągnęła z kieszeni dżinsów czarną, wodoszczelną kasetkę. „Zdeptali starą kliszę, którą założyłam na pokaz. Prawdziwa jest tutaj. Cała”.
Patrzyła na mnie wyzywająco. Wiedziała, że miejscowa policja jest kupiona. Potrzebowała dotrzeć do śledczego Seweryna z województwa. Spojrzałem na zegar.
Do świtu zostały trzy godziny. Do lądu było osiem kilometrów otwartą wodą. Moja łódź wiosłowa płynęła pięć kilometrów na godzinę. Ich motorówki pokonywały ten dystans w piętnaście minut.
Celina powiedziała cicho: „Jesteśmy w pułapce. Niepotrzebnie mnie pan wyciągnął”. Odwróciłem się do niej. „W moim warsztacie nikt nie będzie dyktował zasad oprócz mnie.
Raz już ustąpiłem takim jak oni. Przysiągłem, że więcej się nie cofnę”. Spojrzałem na sterty liny, kotwice, łańcuchy. Maurycy i jego ludzie myśleli, że jadą na łatwe polowanie.
Nie wiedzieli dwóch rzeczy. Nie wiedzieli, że wyspa kryje śmiertelne grzęzawiska, które znam na pamięć. I nie wiedzieli, kim jestem. Jestem mechanikiem.
Potrafię sprawić, by porozrzucane części działały jak jeden mechanizm. Przez te trzy godziny zamierzałem zamienić wyspę w pułapkę. Schowałem Celinę w starej ziemiance za chatą, zamknąłem dębowe drzwi na łańcuch i zamaskowałem wejście. „Cokolwiek usłyszysz, nie wydasz dźwięku i nie wyjdziesz”.
Zapytała, dlaczego ryzykuję życie dla obcej. Zamarłem. Przed oczami stanęła twarz młodego czeladnika z miasta, który zapłacił za mój upór. „Kiedyś już się spóźniłem.
Nie chcę więcej budzić się z poczuciem bezsilności”. Zatrzasnąłem drzwi. Na południowym brzegu rozłożyłem sieć na grzęzawisku, mocując ją do korzeni. Polałem ją smołą.
Stąpnięcie oznaczało zapadnięcie się po kolana w lepkie błoto. Między sosnami zawiesiłem na linie blok cylindrów ze starego traktora, 150 kilogramów żeliwa. Przez ścieżkę przeciągnąłem nylonową żyłkę. Zaczepienie o nią miało poderwać człowieka do góry nogami.
Nad kanałem naprawczym zawiesiłem ciężką sieć rybacką z ołowianymi ciężarkami. A za chatą, wzdłuż przedwojennego ścieku, przeciągnąłem stalową linę, przerzucając ją do suchej studni i przywiązując do starej kotwicy okrętowej. Sterczała z ziemi dźwignia, która miała ją zwolnić. Gdy skończyłem, niebo na wschodzie zaczynało jaśnieć.
Wdrapałem się na dach drewutni i czekałem. O szóstej nad ranem ciszę przeciął dźwięk silników. Z mgły wyłoniły się dwie motorówki. Było ich sześciu.
Maurycy zeskoczył pierwszy, w drogim płaszczu, jak gospodarz oglądający swoje włości. Rozkazał ludziom przeszukać wyspę. Poszli dokładnie tam, gdzie czekała moja pierwsza pułapka. Smolak, krępy drab, zapadł się w grzęzawisko.
Sieć ze smołą zacisnęła się na nim jak potrzask. Gdy jego kompani próbowali go wyciągnąć, cisnąłem kamieniem w krzaki. Jeden z nich, spanikowany, wypalił w ciemność. Strzał ściągnął pozostałych.
Włodek i Kornel biegli ścieżką między sosnami. Włodek zaczepił o żyłkę. Usłyszałem metaliczny szczęk, świst spadającego żeliwa i krzyk. Lina poderwała go do góry nogami, wysoko nad ziemią.
Kornel zamarł, celując w las. Tymczasem z mgły wyszedł Maurycy. Zobaczył wiszącego człowieka, oceniając system bloków. „Żadnej klątwy.
Ktoś to zbudował”. Krzyknął w mgłę: „Myślisz, że jesteś najmądrzejszy, mechaniku? Spalę tu wszystko! ”.
Strzelił dwa razy w linę, ale tylko wykrzesał iskry. Zostawił Włodka wiszącego i ruszył w stronę chaty. Obszedłem ich szerokim łukiem. Smolak i Bolesław utknęli w grzęzawisku.
Bolesław próbował wyciągnąć towarzysza, a Sztyl stał z tyłu, trzęsąc się ze strachu. Szarpnąłem łańcuchem owiniętym wokół martwej olchy. Padła z hukiem dwa metry od nich. Sztyl pisnął, wypalił w powietrze i rzucił się do ucieczki.
Bolesław ześlizgnął się w wodę obok Smolaka. Stałem w cieniu. „Nie wciągnie was głęboko, sieć trzyma. Wkrótce po was przyjdą.
Nie zaśnijcie”. Odwróciłem się i odszedłem. Wtedy poczułem zapach rozpuszczalnika. Pobiegłem, przeskakując pnie.
Moja chata płonęła. Maurycy oblali ją rozpuszczalnikiem i podpalili. Ciężki, toksyczny dym ścielił się po ziemi, mieszając z mgłą. Widoczność spadła do kilku kroków.
W tym oparze byłem królem. Obszedłem ogień szerokim łukiem i sprawdziłem rurę wentylacyjną od piwnicy. Stuknąłem dwa razy. Z głębi dobiegło jedno stuknięcie w odpowiedzi.
Celina żyła. Kornel, oślepiony dymem, błąkał się po podwórzu. Wyprowadził się prosto na wiatę z kanałem naprawczym. Stąpnął na brezent, zapadł się, a ja szarpnąłem linkę.
Sieć rybacka runęła na niego, przygniatając do dna. Wyszedłem zza słupa. Przełamałem jego strzelbę, wytrząsnąłem naboje. „Leż spokojnie.
Będziesz się szarpał, udusisz się”. Zniknąłem w dymie. Został tylko Maurycy. Widziałem go przez płomienie.
Szedł powoli, nie uciekał. Patrzył na nietknięty ogniem skrawek ziemi za chatą, tam gdzie stała stara sosna. Tam gdzie była piwnica. Ruszył prosto ku kryjówce Celiny.
Uniósł pistolet, celując w ziemię. Musiałem go odciągnąć. Wyszedłem z cienia, zrzuciłem zwój liny na kamienie. „Szukasz mnie, Maurycy?
”. Odwrócił się. Dystans piętnaście metrów. Celował prosto w moją pierś.
„Drogo mnie kosztowałeś, mechaniku. Gdzie dziewczyna? ”. „Na dnie jeziora”, odpowiedziałem spokojnie.
Zrobił krok w moją stronę. Drugi. Jego noga opadła na ziemię, pod którą biegła lina. Nadepnąłem na dźwignię.
Metalowy szczęk. Kotwica runęła w studnię. Lina przecięła błoto, uderzyła Maurycego w kostki i powlokła go po ziemi, przyciskając do żeliwnej kraty ścieku. Leżał rozpłaszczony, bezsilny.
Przyszedłem do niego, nadepnąłem na nadgarstek, wytrąciłem pistolet. „Przywykłeś kupować ludzi. Ale tu jest tylko mechanika”. Odwróciłem się i odszedłem.
Wypuściłem Celinę z piwnicy. Patrzyła na pogorzelisko. „Spalili wszystko”. „Żelazo nie czuje bólu.
Za to ludzie czują”, odpowiedziałem. „Czekają na nas motorówki”. Poprowadziłem ją na brzeg. Po drodze widziała wiszącego Włodka, Kornela w sieci.
Na brzegu, z trzcin, wyszedł Sztyl. Trzymał dubeltówkę, trzęsąc się tak, że zęby mu szczękały. Celował w nas. Spojrzałem mu w oczy.
„Spójrz na swoje ręce. Nie czujesz spustów. Twoi kumple albo utonęli, albo wiszą na drzewach. Twój szef płacze w błocie.
Jeśli rzucisz broń, będziesz żył”. Sztyl zerknął na dłonie. Dubeltówka wypadła mu z palców. Padł na kolana i zaszlochał.
Przełamałem strzelbę. Była pusta. Przez cały czas trzymał nas na muszce pustą bronią. Na motorówce wytłumaczyłem Celinie, jak odpalić silniki.
„Płyń na południe. Za dwadzieścia minut dobijesz do przystani. Żądaj połączenia ze śledczym Sewerynem”. Chwyciła mnie za rękaw.
„Jedź ze mną. Maurycy jest mściwy. Jego ludzie będą cię szukać”. Delikatnie odczepiłem jej palce.
„Moje miejsce jest tutaj. Zbyt długo uciekałem. Prędzej czy później trzeba wstać i ich zatrzymać”. Zeskoczyłem na żwir.
Motorówka odbiła od brzegu, tnąc czarną wodę. Zostałem sam. Słońce wschodziło, ale nie niosło ciepła. Pułapki trzymały, cała piątka żyła, ale lodowata woda dobijała ich pewniej niż strzał.
Gdyby któryś zamarzł, stałbym się taki jak oni. Zacząłem ich ratować. Narzuciłem Sztylowi brezent i przywiązałem do pnia. Poluzowałem linę, opuszczając Włodka.
Wyciągnąłem Smolaka i Bolesława z grzęzawiska bliżej twardego brzegu. W końcu usiadłem obok Maurycego. Próbował mnie kupić. „Sto tysięcy dolarów.
Nikt się niczego nie dowie”. Spojrzałem na niego. Opowiedziałem mu o czeladniku, którego bandyci okaleczyli w odwecie za moją dumę. „Jesteście silni tylko wtedy, gdy gracie według waszych zasad.
Tu jest tylko fizyka. Nie da się jej przekupić”. Wstałem i odszedłem. Po piętnastu minutach ciszę przeciął warkot silników i wycie syren.
Trzy policyjne motorówki wbiły się w żwir. Z pierwszej zszedł mężczyzna około sześćdziesiątki. Przenikliwe oczy, ciężki płaszcz. „Pan jest Cyprianem”.
Skinąłem głową. „Cała piątka żyje. Potrzebują pomocy medycznej”. Seweryn spojrzał na mnie z zawodowym szacunkiem.
„Dziewczyna mówiła, że zamierzał ich pan zatrzymać. Nie usłyszałem ani jednego strzału”. „Nie strzelałem”. Maurycego zdjęto z kotwicy w piętnaście minut.
Założono mu kajdanki. Dostał dwadzieścia pięć lat za podwójne zabójstwo i zorganizowaną grupę przestępczą. Jego ludzie poszli siedzieć na piętnaście do dwudziestu lat. Archipelag odetchnął.
Pół roku zajęło mi odbudowanie chaty i warsztatu. Ciepłe lato zatarło ślady tamtej nocy. Pod koniec września siedziałem przy piecu, gdy od strony cieśniny dobiegł pomruk silnika. To była Celina.
Wysiadła na brzeg pewnym krokiem, w ciepłej kurtce i jaskrawym szaliku. Podała mi pakunek. W środku było zdjęcie mojej wyspy o poranku, ze żdżającą mgłą i słońcem na wodzie. „To miejsce nie jest już przeklęte, Cyprianie.
Naprawiłeś je”. Patrzyłem na fotografię i dopiero wtedy zrozumiałem. Myślałem, że ratuję ją przed drapieżnikiem. A to ona uratowała mnie.
Swoim pojawieniem się zmusiła mnie, bym przestał uciekać od przeszłości. Myślałem, że naprawiam zepsuty archipelag. Naprawiłem samego siebie.


