Na pogrzebie mojej córki jej szef podszedł do mnie i powiedział: „Pani córka była bardziej odważna, niż pani może sobie wyobrazić”. Wtedy myślałam, że to tylko słowa pocieszenia. Trzy tygodnie…

Na pogrzebie mojej córki jej szef podszedł do mnie i powiedział: „Pani córka była bardziej odważna, niż pani może sobie wyobrazić”. Wtedy myślałam, że to tylko słowa pocieszenia. Trzy tygodnie...

Zadzwonili do mnie trzy tygodnie po pogrzebie Anity. Numer był nieznany, ale głos rozpoznałam od razu – Tomasz Wiśniewski, szef mojej córki. Na pogrzebie powiedział coś dziwnego: że Anita była odważniejsza, niż mogłam sobie wyobrazić. Wtedy nie zrozumiałam tych słów.

Thumbnail

Teraz miał się okazać ich prawdziwy sens. Umówiliśmy się w jego biurze. Siedział naprzeciwko mnie, wyraźnie zestresowany, i położył na stole teczkę pełną dokumentów. Anita odkryła, że w firmie ktoś fałszuje faktury i wyprowadza ogromne pieniądze.

Setki tysięcy złotych. Zbierała dowody przez ostatnie tygodnie życia. Była przerażona, ale nie zamierzała się poddać. Tomasz powiedział, że osoby odpowiedzialne wciąż są na wolności i nie wiedzą, że mamy dowody.

A potem podał mi list od Anity. Napisała, żebym była ostrożna, bo ci ludzie są niebezpieczni. Najbardziej wstrząsnęło mnie nazwisko, które wymienił: Jolanta Adamczyk. Kobieta, którą Anita uważała za przyjaciółkę z pracy.

To ona miała być zamieszana w oszustwa. Moja córka jej ufała, a ta kobieta wykorzystała jej zaufanie. Wróciłam do domu z teczką pełną dowodów i postanowiłam dokończyć to, co zaczęła Anita. Następnego dnia poszłam do jej mieszkania, żeby poszukać czegoś jeszcze.

W książce kucharskiej znalazłam pamiętnik. Ostatnie wpisy były z października, kilka tygodni przed jej śmiercią. Pisała o tym, jak Jolanta wypytywała ją o pracę, jak przynosiła jej herbatę, której Anita nie wypiła. Bała się.

Czuła, że ktoś ją obserwuje i że nie może ufać nikomu. Czytając te słowa, płakałam. Moja córka była sama w tym strachu, a ja nic nie wiedziałam. Tego samego dnia, gdy wróciłam pod swój blok, na klatce schodowej czekała na mnie właśnie ona.

Jolanta Adamczyk. Uśmiechnęła się, ale jej oczy pozostały zimne. Powiedziała, że chce porozmawiać o Anicie, że jej choroba wypaczyła jej osąd i że widziała spiski tam, gdzie ich nie było. Twierdziła, że dokumenty od Tomasza to manipulacja, bo był zakochany w mojej córce, a ona go odrzuciła.

Kłamała, a ja to widziałam. Ale najbardziej przerażające padło na końcu. Powiedziała, że ma piękną młodszą córkę Magdalenę i dwoje małych wnucząt i że szkoda byłoby, gdyby ta sytuacja wpłynęła na ich spokój. To była groźba.

Wyprosiłam ją za drzwi, ale jej słowa zostały ze mną. Zadzwoniłam do Tomasza. To on poradził mi, żebyśmy nie czekali do poniedziałku, tylko poszli do prokuratora od razu. Następnego ranka pojechaliśmy do prokuratury.

Przekazałam dokumenty, pamiętnik Anity i opowiedziałam o groźbach Jolanty. Prokurator zapewnił nam ochronę. Ale to był dopiero początek. Wieczorem ktoś włamał się do mieszkania Anity.

Szukali czegoś konkretnego. Razem z policją sprawdziliśmy piwnicę, którą wynajmowała. Za starą szafą znaleźliśmy metalową skrzynkę. W środku był pendrive z dokumentami i nagraniami rozmów telefonicznych.

Na jednym z nich usłyszałam głos Jolanty rozmawiającej z Markiem Kozińskim, dyrektorem finansowym firmy. Mówiła, że Anita za dużo wie i że trzeba coś z tym zrobić, zanim pójdzie do prokuratury. Padły słowa o przyspieszeniu pogorszenia jej zdrowia. Wtedy zrozumiałam, że moja córka nie umarła naturalną śmiercią.

Została zamordowana. Następnego dnia rano prokurator poinformował mnie, że Jolanta i Marek uciekli. Policja nie zdążyła ich zatrzymać. Ja i moja rodzina znaleźliśmy się pod ochroną.

W mieszkaniu, do którego na krótko wróciłam, ktoś zostawił kartkę: „Zostaw to w spokoju, albo skończysz jak twoja córka”. Przeprowadzono mnie do bezpiecznego schroniska. Kilka dni później przyszły wyniki sekcji zwłok. W organizmie Anity znaleziono duże stężenie digoksyny – leku na serce, którego nigdy nie brała.

Ktoś podmieniał jej tabletki przez około tydzień. Anita była powoli truta, a jej mordercy liczyli na to, że nikt nie zwróci uwagi na śmierć chorej kobiety. Marek Koziński został złapany na dworcu w Warszawie. Podczas przesłuchania zrzucał winę na Jolantę, ale opisał wszystko dokładnie: jak podmieniali leki, jak kontrolowali jej dawki.

Jolantę zatrzymano miesiąc później na lotnisku w Monachium, gdy próbowała polecieć do Brazylii na fałszywych dokumentach. Proces zakończył się sprawiedliwym wyrokiem. Marek dostał piętnaście lat, Jolanta dwadzieścia. W sali sądowej siedziałam obok Magdaleny i wnuków, czując, jak ogromny ciężar spada mi z serca.

Sprawiedliwość została wymierzona. Założyłam fundację imienia Anity, która pomaga rodzinom ofiar przestępstw finansowych. Co miesiąc spotykam się z Tomaszem przy jej grobie. Czasami myślę o jej ostatnim liście, w którym napisała, że jestem silniejsza, niż myślę.

Miała rację. To ona była prawdziwą bohaterką, ale ja dokończyłam to, co zaczęła. I wiem, że gdziekolwiek teraz jest, jest ze mnie dumna.