
15 października 1959 roku Stepan Bandera wracał do domu w Monachium.
Miał pięćdziesiąt lat, wielu wrogów i wystarczająco dużo powodów, by nigdy nie wchodzić do własnej klatki schodowej bez obejrzenia się za siebie. Od lat żył pod przybranymi nazwiskami, zmieniał rutynę, korzystał z ochrony i wiedział, że sowieckie służby specjalne nie zapomniały o jego istnieniu.
A jednak tego dnia nie czekał na niego człowiek z pistoletem wyposażonym w tłumik.
Nie było serii strzałów.
Nie było wybuchu.
Nie było nawet rany, którą lekarz mógłby natychmiast zobaczyć.
Na klatce schodowej pojawił się niepozorny mężczyzna. Nazywał się Bohdan Staszynski. Pracował dla KGB i przywiózł do Monachium broń tak dziwną, że gdy dwa lata później opowiedział o niej zachodnim śledczym, początkowo nie chcieli mu uwierzyć.
Urządzenie miało rozpylać truciznę prosto w twarz ofiary.
Kilka chwil później Bandera runął na schody.
Człowiek, którego nie zdołała złamać przedwojenna polska cela śmierci, którego nie zabiło więzienie III Rzeszy, którego organizacja prowadziła walkę przeciw kilku państwom i którego nazwisko od lat doprowadzało Moskwę do wściekłości, umierał w zachodnioniemieckim mieście bez jednego wystrzału słyszalnego na ulicy.
Prawdziwy powód jego śmierci miał stać się częścią jednej z najbardziej niezwykłych historii szpiegowskich zimnej wojny. Dokumenty i późniejsze zeznania Staszynskiego potwierdziły użycie specjalnej broni z trucizną oraz udział sowieckich służb w zabójstwie Bandery.
Ale żeby zrozumieć, dlaczego KGB wysłało zabójcę aż do Monachium, trzeba cofnąć się o osiemnaście lat.
Do dnia, w którym Bandera uwierzył, że właśnie otworzyło się przed nim największe okno możliwości w jego życiu.
I jednocześnie zastawił na siebie pułapkę.
Był 22 czerwca 1941 roku.
O świcie niemieckie samoloty pojawiły się nad terytorium Związku Radzieckiego. Artyleria zaczęła walić w posterunki graniczne. Kolumny czołgów ruszyły na wschód.
Hitler rozpoczął operację „Barbarossa”.
Był to początek jednej z najbardziej krwawych kampanii w dziejach świata.
Dla milionów ludzi oznaczał początek okupacji, masowych egzekucji, deportacji, zagłady społeczności żydowskich i wojny prowadzonej z niewyobrażalną brutalnością.
Ale dla części ukraińskich nacjonalistów pierwszy moment niemieckiego ataku wyglądał zupełnie inaczej.
Widzieli w nim szansę.
Nie dlatego, że nie wiedzieli, czym jest III Rzesza. Bandera i jego ludzie od miesięcy utrzymywali kontakty z niemieckimi strukturami wojskowymi.
Powód był prostszy i zarazem bardziej cyniczny.
Ich największym marzeniem było niepodległe państwo ukraińskie.
A największym wrogiem na wschodzie był Związek Radziecki.
Jeżeli Hitler miał rozbić Stalina, nacjonaliści chcieli wykorzystać chaos powstały po niemieckiej ofensywie, zanim ktokolwiek zdąży im w tym przeszkodzić.
Bandera zakładał, że w wielkiej wojnie imperiów mały naród może wyrwać kilka godzin, kilka dni, być może kilka tygodni, podczas których historia pozostawi otwarte drzwi.
Nie przewidział jednego.
Hitler wcale nie zamierzał wpuszczać przez te drzwi niepodległej Ukrainy.
I właśnie ten błąd miał wkrótce odwrócić całą sytuację.
Stepan Bandera urodził się 1 stycznia 1909 roku we wsi Stary Uhrynów w Galicji, należącej wówczas do Austro-Węgier.
Jego ojciec, Andrij, był księdzem greckokatolickim. Rodzina należała do środowiska, w którym religia, ukraińska tożsamość i polityka nie były oddzielnymi światami.
Kiedy Stepan był dzieckiem, mapa Europy zaczęła rozpadać się na jego oczach.
Pierwsza wojna światowa przetoczyła się przez Galicję. Austro-Węgry zniknęły. Na gruzach dawnych imperiów Polacy i Ukraińcy próbowali tworzyć własne państwa.
Lwów stał się miejscem walki.
Dla Polaków był jednym z najważniejszych miast odradzającej się Rzeczypospolitej.
Dla ukraińskiego ruchu narodowego był miastem, które miało znaleźć się w państwie ukraińskim.
W rodzinie Bandery nie była to abstrakcyjna dyskusja z gazet.
Jego ojciec zaangażował się w struktury Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej i służył jako kapelan Ukraińskiej Armii Halickiej.
Ukraiński projekt państwowy poniósł klęskę.
Galicja Wschodnia znalazła się w granicach II Rzeczypospolitej.
Młody Bandera dorastał więc nie tylko ze świadomością własnej narodowości, lecz również z opowieścią o przegranej wojnie i utraconej państwowości. Podczas nauki angażował się w ukraińskie organizacje młodzieżowe, w tym Plast, a później wszedł w środowisko Ukraińskiej Organizacji Wojskowej. W 1929 roku został członkiem nowo utworzonej Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów — OUN.
Nie był typem człowieka, który robił największe wrażenie wyglądem.
Niski, szczupły, niepozorny.
Jego siłą była dyscyplina.
I bezkompromisowość.
OUN nie chciała czekać, aż historia sama przyniesie Ukrainie państwo.
Organizacja uznawała, że trzeba je wywalczyć.
Propagandą.
Konspiracją.
Sabotażem.
A jeżeli będzie trzeba — również terrorem politycznym.
Właśnie tu zaczyna się część historii Bandery, której nie da się wygładzić późniejszymi legendami.
Można dyskutować o niesprawiedliwościach, jakich doświadczali Ukraińcy w II Rzeczypospolitej. Można opisywać polonizację, represje, konflikt wokół szkolnictwa, akcję pacyfikacyjną z 1930 roku i narastające napięcia narodowościowe.
Ale Bandera nie wybrał wyłącznie politycznego protestu.
Wybrał organizację, która zaakceptowała przemoc jako narzędzie walki.
I bardzo szybko okazało się, że jest w tym świecie wyjątkowo skuteczny.
W wieku niewiele ponad dwudziestu lat awansował w strukturach OUN.
Budował siatki konspiracyjne.
Organizował propagandę.
Pomagał rozwijać system łączników.
Podziemie wymagało ludzi, którzy potrafili pracować miesiącami, wiedząc, że jeden błąd może zakończyć się aresztowaniem.
Bandera właśnie takich ludzi szukał.
Tyle że wraz ze wzrostem jego wpływów zmieniała się również skala przemocy.
OUN atakowała przedstawicieli polskiego państwa, prowadziła akcje sabotażowe i karała tych Ukraińców, których uznawała za zdrajców lub przeciwników swojej strategii.
To ostatnie jest szczególnie ważne.
Bo konflikt Bandery nigdy nie sprowadzał się do prostego schematu: Ukraińcy przeciw Polakom.
Radykalni nacjonaliści potrafili równie bezwzględnie traktować własnych rodaków, jeżeli ci sprzeciwiali się ich metodom.
25 lipca 1934 roku zamordowany został Iwan Babij, dyrektor ukraińskiego gimnazjum we Lwowie i były żołnierz ukraiński.
Był ukraińskim patriotą.
Ale sprzeciwiał się działalności OUN wśród uczniów.
Dla radykałów to wystarczyło.
Jeszcze większe konsekwencje miał zamach dokonany kilka tygodni wcześniej.
15 czerwca 1934 roku w Warszawie zastrzelono ministra spraw wewnętrznych Bronisława Pierackiego.
Bezpośrednim wykonawcą był członek OUN.
Bandera został zatrzymany i oskarżony o udział w przygotowaniu zamachu.
Proces zamienił się w polityczne widowisko.
Na sali sądowej siedział człowiek, który miał zaledwie dwadzieścia kilka lat, ale był już jednym z najbardziej rozpoznawalnych nazwisk ukraińskiego podziemia.
Nie wyglądał na przerażonego.
Dla jego sympatyków każda kolejna rozprawa budowała legendę.
Dla polskiego państwa był terrorystą odpowiedzialnym za organizowanie przemocy.
Wyrok był najcięższy z możliwych.
Śmierć.
Bandera usłyszał, że ma zostać stracony.
Jednak na skutek amnestii karę zamieniono na dożywotnie więzienie. W kolejnych procesach skazano go także za działalność OUN, a więzienne lata tylko wzmocniły jego status wśród części ukraińskich nacjonalistów.
Wydawało się, że polskie państwo rozwiązało problem.
Bandera miał spędzić resztę życia za kratami.
Historia miała jednak dla niego pierwszy wielki zwrot.
1 września 1939 roku Niemcy zaatakowały Polskę.
Siedemnaście dni później od wschodu wkroczyła Armia Czerwona.
Państwo polskie, które skazało Banderę na dożywocie, rozpadało się pod uderzeniem dwóch totalitarnych sąsiadów.
Więzienny system przestawał funkcjonować.
Strażnicy wycofywali się.
Kolumny uchodźców zapełniały drogi.
Jednostki wojskowe próbowały wyrwać się z okrążenia.
W tym chaosie Bandera odzyskał wolność.
Człowiek, który jeszcze kilka tygodni wcześniej miał przed sobą dziesięciolecia za kratami, nagle zobaczył, że nie istnieje już państwo, które go uwięziło.
Ale jego rodzinne ziemie dostały się pod kontrolę drugiego przeciwnika.
Związku Radzieckiego.
Dla OUN była to katastrofa i szansa jednocześnie.
NKWD szybko zaczęło rozbijać ukraińskie środowiska nacjonalistyczne.
Aresztowania, deportacje i egzekucje nie pozostawiały złudzeń, że Stalin pozwoli na jakąkolwiek niezależną działalność polityczną.
Bandera znalazł się w Krakowie, na obszarze kontrolowanym przez Niemców.
Tam rozpoczęła się kolejna faza jego kariery.
I kolejny konflikt.
OUN nie była monolitem.
Starsze kierownictwo skupione wokół Andrija Melnyka chciało działać ostrożniej i zachować istniejącą hierarchię.
Bandera i jego zwolennicy uważali, że potrzebna jest rewolucyjna akcja.
W 1940 roku konflikt stał się otwarty.
Organizacja pękła.
Od tej chwili mówiło się o OUN-M — frakcji Melnyka — oraz OUN-B, czyli frakcji Bandery.
Dla młodszych radykałów Bandera był przywódcą, który nie zamierza prosić historii o pozwolenie.
Problem polegał na tym, że aby rozpocząć planowaną rewolucję, potrzebowali potężnego sojusznika.
I znaleźli go w państwie, którego cele były diametralnie inne od ich własnych.
III Rzesza szykowała się do wojny ze Związkiem Radzieckim.
Abwehra i część niemieckich wojskowych interesowały się nacjonalistami reprezentującymi narody znajdujące się pod kontrolą Moskwy.
Z punktu widzenia niemieckiego wywiadu takie środowiska były użyteczne.
Znały języki.
Znały teren.
Miały siatki konspiracyjne.
Mogły prowadzić rozpoznanie, propagandę i działania dywersyjne.
Bandera patrzył na tę samą współpracę dokładnie odwrotnie.
Niemcy mieli być narzędziem do rozbicia Związku Radzieckiego.
Obie strony sądziły więc, że wykorzystują partnera.
Tylko jedna z nich dysponowała milionami żołnierzy, czołgami, lotnictwem i aparatem okupacyjnym.
W ramach współpracy z niemieckimi strukturami wojskowymi powstały ukraińskie formacje znane jako „Nachtigall” i „Roland”. OUN-B przygotowywała również grupy marszowe, które miały podążać na wschód za nacierającymi Niemcami i tworzyć ukraińskie struktury administracyjne. Sam Bandera pozostawał jednym z głównych organizatorów politycznej części przedsięwzięcia.
Plan wydawał się niezwykle prosty.
Niemcy rozbijają Armię Czerwoną.
OUN-B wchodzi na tereny opuszczone przez Sowietów.
W miastach pojawiają się ukraińskie administracje.
Następnie nacjonaliści ogłaszają odbudowę państwa.
A Berlin, postawiony przed faktem dokonanym, będzie musiał to zaakceptować.
To była gigantyczna kalkulacja.
I jeden z najbardziej niebezpiecznych błędów w całej historii OUN-B.
Bo hitlerowska wizja wschodniej Europy nie przewidywała suwerennej Ukrainy.
Przewidywała przestrzeń do niemieckiej kolonizacji.
Surowce.
Zboże.
Siłę roboczą.
Podporządkowane narody.
Bandera i jego ludzie widzieli Wehrmacht jako taran, który rozbije sowieckie imperium.
Hitler widział ich przede wszystkim jako potencjalnie użytecznych ludzi na drodze do własnego imperium.
22 czerwca 1941 roku te dwie sprzeczne wizje ruszyły razem na wschód.
Przez kilka pierwszych dni nic nie wskazywało jeszcze, jak szybko nastąpi zderzenie.
Armia Czerwona cofała się.
Niemcy zajmowali kolejne miasta.
Ale przed wycofaniem się z Lwowa sowieckie NKWD dokonało masakry więźniów.
Kiedy do miasta weszły wojska niemieckie, w więzieniach odkryto tysiące ciał.
Rodziny szukały bliskich.
Ludzie wchodzili do pomieszczeń pełnych rozkładających się zwłok.
Gniew eksplodował.
Niemiecka propaganda natychmiast zaczęła łączyć sowieckie zbrodnie z Żydami, wykorzystując istniejący antysemityzm oraz stereotyp „żydowskiego bolszewizmu”.
To właśnie w takiej atmosferze Lwów stał się sceną kolejnej zbrodni.
Na początku lipca 1941 roku doszło do pogromu ludności żydowskiej.
Żydów wyciągano z mieszkań.
Bito.
Poniżano.
Zmuszano do pracy przy ciałach ofiar NKWD.
Dochodziło do zabójstw.
United States Holocaust Memorial Museum opisuje udział ukraińskich nacjonalistów w przemocy i podkreśla, że niemieckie siły zachęcały miejscową ludność do ataków; w pierwszych dniach lipca zamordowano tysiące Żydów.
I tutaj pojawia się szczegół kluczowy dla zrozumienia odpowiedzialności Bandery.
On sam nie stał wtedy na rynku we Lwowie.
Pozostawał w Krakowie.
Nie ma podstaw, żeby każdą zbrodnię popełnioną w mieście w tych dniach opisywać jako wykonaną na jego osobisty rozkaz.
Ale równie fałszywe byłoby udawanie, że jego ruch nie miał z tym światem nic wspólnego.
OUN-B była w mieście wpływową organizacją.
Jej dokumenty z 1941 roku zawierały radykalne, autorytarne i antysemickie elementy, a ludzie związani z ukraińskimi strukturami nacjonalistycznymi uczestniczyli w przemocy.
To właśnie tutaj historia Bandery przestaje mieścić się w wygodnych kategoriach.
Nie jest historią człowieka, którego można po prostu wstawić do jednej szuflady.
Ofiara jednego totalitaryzmu może jednocześnie tworzyć ruch, który sam akceptuje przemoc.
Wróg Stalina nie staje się przez to demokratą.
Człowiek aresztowany później przez nazistów nie przestaje ponosić odpowiedzialności za wcześniejszą współpracę z nimi.
I odwrotnie — współpraca z niemieckimi strukturami w 1941 roku nie oznacza, że Hitler traktował Banderę jak równorzędnego sojusznika.
Najlepiej pokazały to wydarzenia z 30 czerwca.
Tego dnia we Lwowie przedstawiciele OUN-B ogłosili akt odnowienia państwa ukraińskiego.
Jedną z centralnych postaci wydarzenia był Jarosław Stećko, zastępca Bandery, który stanął na czele tworzonego rządu.
Dokument deklarował jednocześnie współpracę z narodowosocjalistycznymi Niemcami.
Ludzie OUN-B wierzyli, że wykonali najważniejszy ruch.
Ogłosili państwo.
Teraz czekali na niemiecką akceptację.
Z Berlina nadeszła odpowiedź.
Nie.
Niemcy nie tylko nie zamierzali uznawać deklaracji.
Zażądali jej wycofania.
Bandera odmówił.
Stećko również.
Nagle człowiek, który jeszcze kilka dni wcześniej zakładał, że niemieckie zwycięstwo otworzy drogę do niepodległej Ukrainy, zobaczył prawdziwe granice swojej współpracy.
5 lipca Bandera został zatrzymany.
Stećkę aresztowano kilka dni później.
Niemieckie źródła dotyczące prób ukraińskiej państwowości potwierdzają, że proklamacja nastąpiła bez niemieckiej zgody, a po odmowie jej cofnięcia obaj przywódcy zostali zabrani do Berlina.
To był pierwszy wielki paradoks.
Bandera próbował wykorzystać Hitlera.
Hitler wykorzystał ludzi Bandery podczas przygotowań do wojny.
A kiedy ukraiński nacjonalista spróbował przekroczyć granicę wyznaczoną przez Berlin, został usunięty z planszy.
Nie rozstrzelano go.
Nie wysłano od razu do zwykłego baraku obozowego.
Początkowo przebywał pod niemieckim nadzorem i był przesłuchiwany, a następnie znalazł się w systemie więziennym III Rzeszy.
W 1942 roku został osadzony w specjalnej części obozu koncentracyjnego Sachsenhausen — Zellenbau.
To ważna różnica.
Sachsenhausen było miejscem terroru, niewolniczej pracy i śmierci tysięcy ludzi.
Ale Zellenbau służył również do przetrzymywania szczególnie ważnych więźniów Gestapo.
Warunki takich osadzonych mogły bardzo różnić się od losu zwykłych więźniów obozu. Niektórzy mieli lepsze wyżywienie, własne ubrania czy możliwość korespondencji, ponieważ reżim uważał ich za politycznie użytecznych zakładników.
Bandera siedział więc za drutami państwa, z którym jeszcze niedawno próbował prowadzić polityczną grę.
A wojna wokół niego stawała się coraz bardziej brutalna.
W lipcu 1941 roku NKWD rozstrzelało jego ojca Andrija.
Dwaj bracia Bandery, Ołeksandr i Wasyl, trafili do Auschwitz i zginęli tam w 1942 roku.
Rodzina człowieka, który chciał wykorzystać wojnę Hitlera ze Stalinem, została uderzona przez oba totalitarne systemy.
I właśnie w tym miejscu późniejsza legenda Bandery najczęściej zatrzymuje opowieść.
Pokazuje więźnia niemieckiego obozu.
Ojca zamordowanego przez NKWD.
Braci zmarłych w Auschwitz.
I pyta: jak można nazywać współpracownikiem nazistów człowieka, którego naziści zamknęli?
Tyle że historia nie kończy się na jednym obrazie.
Bo kiedy Bandera siedział w Sachsenhausen, organizacja nosząca jego polityczne nazwisko rozwijała się dalej.
I na Wołyniu zaczęło dziać się coś, czego nie można przykryć żadnym późniejszym sporem o pomniki.
9 lutego 1943 roku do polskiej kolonii Parośla I przybył uzbrojony oddział.
Mieszkańcom wmówiono, że mają do czynienia z partyzantami sowieckimi.
Goście zażądali jedzenia.
Ludzie przygotowali posiłek.
Później usłyszeli, że dla własnego bezpieczeństwa powinni pozwolić się związać.
Wyjaśnienie brzmiało przekonująco: jeśli Niemcy przyjdą i odkryją, że wieś dobrowolnie gościła partyzantów, nastąpi odwet.
Związani mieszkańcy wyglądaliby jak zakładnicy.
Niektórzy zgodzili się.
Chwilę później zaczęło się zabijanie.
Zginęło około 150 osób.
Wśród ofiar były kobiety i dzieci.
Parośla jest uznawana za pierwszy wielki masowy mord UPA na polskiej ludności Wołynia i symboliczny początek fali przemocy, która w następnych miesiącach osiągnęła katastrofalną skalę.
Wiosną 1943 roku mordy nasilały się.
Wieś po wsi.
Dom po domu.
Informacje docierały do kolejnych polskich miejscowości, ale trudno było odróżnić prawdziwe ostrzeżenie od pogłoski.
Ludzie mieszkali obok siebie od lat.
Polacy i Ukraińcy znali swoje rodziny.
Spotykali się na targach.
Pożyczali sobie narzędzia.
Dzieci chodziły tymi samymi drogami.
Nagle nazwisko sąsiada mogło oznaczać ratunek.
Albo wyrok.
Byli Ukraińcy, którzy ostrzegali Polaków i ukrywali ich, ryzykując własnym życiem.
Byli również tacy, którzy uczestniczyli w atakach.
Były polskie samoobrony.
Były akcje odwetowe, w których ginęli ukraińscy cywile.
Byli Niemcy.
Sowieccy partyzanci.
Polskie podziemie.
UPA.
Wojna rozbiła dotychczasowy porządek na dziesiątki konkurujących ze sobą struktur.
Ale jedna rzecz nie może zniknąć w tym chaosie.
OUN-B i UPA prowadziły zorganizowaną antypolską akcję, której celem było usunięcie polskiej ludności z terenów uznawanych przez nacjonalistów za ukraińskie.
11 lipca 1943 roku, podczas wydarzeń później nazwanych Krwawą Niedzielą, oddziały ukraińskiego podziemia zaatakowały dziesiątki polskich miejscowości.
Część ataków przeprowadzono w niedzielny poranek.
W miejscach, gdzie ludzie byli zgromadzeni w kościołach.
Polscy badacze i Instytut Pamięci Narodowej klasyfikują te działania jako ludobójczą czystkę etniczną i szacują liczbę polskich ofiar Wołynia i Galicji Wschodniej na dziesiątki tysięcy, przy czym współczesne polskie szacunki często mieszczą się w przedziale około 80–120 tysięcy zamordowanych Polaków w latach 1943–1945.
I wtedy pojawia się pytanie, które do dziś wywołuje spory.
Gdzie był Bandera?
W Sachsenhausen.
Czy istnieje dokument z jego podpisem nakazujący rozpoczęcie rzezi wołyńskiej?
Nie.
Czy dowodził oddziałami przemieszczającymi się między wołyńskimi wsiami?
Nie.
Czy można więc powiedzieć, że osobiście „zabił sto tysięcy ludzi”?
Nie.
To byłoby historyczne uproszczenie.
Ale czy można z tego wyciągnąć drugi wniosek — że Bandera nie miał z wydarzeniami nic wspólnego?
Również nie.
To właśnie tutaj zaczyna się najtrudniejsza część całej historii.
OUN-B była jego organizacją polityczną.
Jego nazwisko stało się nazwą całej frakcji.
To środowisko kształtowało kadry, ideologię i wizję rewolucji narodowej jeszcze przed jego uwięzieniem.
W dokumentach i publicystyce ruchu od lat obecna była idea stworzenia państwa maksymalnie jednorodnego narodowo.
Przemoc wobec przeciwników politycznych nie pojawiła się w 1943 roku znikąd.
OUN stosowała ją już przed wojną.
Polski IPN, opisując problem osobistej odpowiedzialności Bandery, zauważa właśnie tę różnicę: jego bezpośredni udział w mordach był ograniczony albo żaden z powodu uwięzienia, natomiast jego odpowiedzialność polityczna i moralna jako przywódcy radykalnego ruchu jest oceniana znacznie szerzej. Nie wiadomo również w pełni, jaki zakres informacji o antypolskiej operacji docierał do niego w czasie pobytu w niemieckim więzieniu.
To rozróżnienie jest niewygodne dla obu skrajnych wersji opowieści.
Dla jednej Bandera powinien być prostym potworem wydającym każdy rozkaz zbrodni.
Dla drugiej — nieskazitelnym więźniem Hitlera, który nie może odpowiadać za czyny organizacji działającej w czasie jego izolacji.
Historia jest bardziej skomplikowana.
I właśnie dlatego jest bardziej niepokojąca.
Nie trzeba własnoręcznie trzymać siekiery, żeby stworzyć kulturę polityczną, w której przeciwnika przestaje się postrzegać jako człowieka.
Nie trzeba też znać planu każdego lokalnego dowódcy, żeby później ponosić ciężar nazwiska związanego z ruchem.
Ale nie wolno również przypisywać człowiekowi rozkazów, na których istnienie nie ma dowodów.
W 1943 roku Bandera nie kontrolował wydarzeń na Wołyniu tak, jak kontrolował przedwojenną siatkę OUN w Galicji.
Powstały nowe ośrodki władzy.
Nowi dowódcy.
Roman Szuchewycz stawał się jedną z najważniejszych postaci zbrojnego podziemia.
Dmytro Klaczkiwski odgrywał kluczową rolę na Wołyniu.
UPA rosła.
Jej oddziały prowadziły walkę z Sowietami, w różnych okresach również z Niemcami, z polskimi strukturami oraz z innymi przeciwnikami.
Nie była prostą niemiecką jednostką.
Nie była też armią prowadzącą wyłącznie „czystą” walkę niepodległościową.
Wojna partyzancka mieszała się z terrorem.
Taktyczne porozumienia z jednym wrogiem potrafiły następnego miesiąca zamienić się w walkę.
Niemcy raz rozstrzeliwali ukraińskich nacjonalistów, a innym razem próbowali ich wykorzystać.
Sowieci przedstawiali wszystkie ukraińskie struktury niepodległościowe jako faszystowskich bandytów, jednocześnie sami prowadzili masowe represje i deportacje.
Polskie podziemie próbowało bronić ludności i utrzymać przedwojenne granice.
Każda ze stron miała swoją mapę przyszłości.
Problem polegał na tym, że na tych samych ziemiach żyli ludzie, których mapy wzajemnie się wykluczały.
W 1944 roku sytuacja odwróciła się po raz kolejny.
Armia Czerwona ruszała na zachód.
III Rzesza przegrywała.
Niemcy potrzebowali wszystkiego, co mogło spowolnić Sowietów.
Nawet ludzi, których wcześniej zamknęli.
We wrześniu 1944 roku Bandera został zwolniony z Sachsenhausen.
Jeszcze trzy lata wcześniej Berlin traktował jego deklarację niepodległości jako niebezpieczną niesubordynację.
Teraz niemieckie władze próbowały ponownie nawiązać kontakty z ukraińskimi nacjonalistami.
To był kolejny absurd tej wojny.
Najpierw współpraca.
Potem aresztowanie.
Potem obóz.
Potem ponowna próba współpracy.
Nie dlatego, że którakolwiek strona nagle sobie zaufała.
Dlatego, że III Rzesza tonęła.
Bandera nie miał już jednak w ręku tych samych kart co w 1941 roku.
Niemcy cofali się na wszystkich frontach.
Europa Wschodnia nie miała zostać wyzwolona spod Stalina przez niemieckie zwycięstwo.
Miała znaleźć się pod kontrolą Stalina właśnie dzięki niemieckiej klęsce.
Dla ukraińskich nacjonalistów oznaczało to nową wojnę.
Podziemie kontynuowało walkę przeciwko sowieckiej władzy jeszcze długo po 1945 roku.
NKWD organizowało obławy.
Stosowano infiltrację.
Aresztowano rodziny podejrzanych.
Deportowano ludzi.
Tworzono fałszywe oddziały podszywające się pod partyzantów.
Sowiecki aparat bezpieczeństwa miał doświadczenie, zasoby i cierpliwość.
Jednego dowódcę można było zabić.
Drugiego aresztować.
Siatkę rozbić.
Łącznika przejąć.
Kolejnego zmusić do współpracy.
Właśnie w tym świecie nazwisko Bandery zaczęło funkcjonować niezależnie od samego Bandery.
Dla sowieckiej propagandy „banderowiec” stawał się określeniem niemal każdego ukraińskiego nacjonalisty walczącego przeciwko ZSRR.
Dla części Ukraińców Bandera symbolizował opór przeciwko Moskwie.
Dla Polaków coraz silniej kojarzył się z Wołyniem i masowymi mordami.
Dla ocalałych Żydów oraz historyków badających rok 1941 ważnym elementem pozostawały antysemityzm OUN-B i udział ukraińskich nacjonalistów w przemocy towarzyszącej początkowej fazie niemieckiej okupacji.
Jeden człowiek.
Kilka całkowicie różnych pamięci.
Każda związana z prawdziwym fragmentem przeszłości.
Po zakończeniu wojny Bandera pozostał w Europie Zachodniej.
Ostatecznie jednym z głównych centrów działalności emigracyjnych ukraińskich nacjonalistów stało się Monachium.
Miasto znajdowało się w zachodniej strefie politycznego świata.
Po jednej stronie była Republika Federalna Niemiec, Stany Zjednoczone i NATO.
Po drugiej Związek Radziecki.
A pomiędzy nimi znajdowały się tysiące emigrantów ze wschodniej Europy, którzy nie zamierzali wracać do krajów kontrolowanych przez komunistów.
Polacy.
Ukraińcy.
Rosjanie.
Bałtowie.
Białorusini.
Ludzie z życiorysami tak skomplikowanymi, że zachodnie służby nie zawsze wiedziały, czy patrzą na ofiarę Stalina, byłego kolaboranta, podwójnego agenta, fanatycznego nacjonalistę czy człowieka, który w różnych momentach życia był kilkoma z nich naraz.
Bandera wrócił do kierowania OUN-B na emigracji.
Ale ruch nie był już tym samym ruchem co w 1941 roku.
Wewnątrz narastały konflikty.
Część działaczy uważała, że dawna autorytarna struktura i ideologia wymagają zmian.
Inni pozostawali wierni twardemu modelowi przywództwa.
Bandera wciąż miał ogromny autorytet symboliczny.
Nie miał jednak armii zdolnej maszerować na Kijów.
Największym polem bitwy stała się informacja.
Kontakty z podziemiem.
Propaganda.
Radio.
Emigracyjne gazety.
Kurierzy.
To mogło wyglądać niegroźnie w porównaniu z wojną.
Moskwa uważała inaczej.
Dla Kremla ukraiński nacjonalizm nie był martwą ideologią pokonanego podziemia.
Był wirusem, który mógł wrócić.
Sowieckie kierownictwo doskonale wiedziało, że państwo zbudowane z wielu republik i narodów nie może pozwolić, aby popularny symbol niepodległości funkcjonował bezkarnie za granicą.
A Bandera był symbolem wyjątkowo niebezpiecznym.
Nie dlatego, że miał czołgi.
Nie miał.
Nie dlatego, że dowodził tysiącami partyzantów w 1959 roku.
Nie dowodził.
Był niebezpieczny, ponieważ nadal żył.
I dlatego można było wokół niego budować mit.
Sowieci nie zamierzali czekać, aż mit zrobi się większy.
W Monachium mieszkał również inny ukraiński działacz emigracyjny.
Lew Rebet.
Był intelektualistą i publicystą, związanym z ukraińskim ruchem nacjonalistycznym, choć politycznie różnił się od Bandery.
12 października 1957 roku wszedł do budynku, w którym pracował.
Na schodach pojawił się młody mężczyzna.
Nikt nie usłyszał strzału.
Rebet nagle zmarł.
Wszystko wyglądało jak przypadek medyczny.
Serce.
Naturalna śmierć.
Sprawa została zamknięta.
Mężczyzną na schodach był Bohdan Staszynski.
Agent sowieckich służb.
Jego broń została skonstruowana właśnie po to, żeby lekarz nie znalazł klasycznej rany po kuli.
Mechanizm rozbijał ampułkę z trucizną i wyrzucał toksyczny aerozol.
Wdychana trucizna miała doprowadzić do bardzo szybkiej śmierci.
Staszynski wykonał zadanie.
Moskwa wiedziała już, że metoda działa.
Następnym celem miał być Bandera.
To nie była łatwa operacja.
Bandera zdawał sobie sprawę z zagrożenia.
Jego środowisko obawiało się infiltracji.
Sowieckie służby już wcześniej próbowały docierać do emigracyjnych przeciwników.
Ale Staszynski miał jedną przewagę.
Nie wyglądał jak człowiek z filmu szpiegowskiego.
Żadnego charakterystycznego munduru.
Żadnego radzieckiego samochodu czekającego pod domem.
Żadnej wielkiej grupy uderzeniowej.
Tylko człowiek, który mógł minąć swoją ofiarę na klatce schodowej i zniknąć, zanim ktokolwiek zrozumie, że właśnie dokonano zabójstwa.
15 października 1959 roku wszystko było gotowe.
Staszynski czekał w Monachium.
Bandera wrócił do budynku przy Kreittmayrstrasse.
Spotkali się na schodach.
Broń została uruchomiona.
Trucizna uderzyła w twarz Bandery.
Agent uciekł.
Ofiara upadła.
Kiedy pojawiła się pomoc, nie było klasycznej rany postrzałowej.
Nie było łuski.
Nie było pocisku tkwiącego w ciele.
Ale sekcja zwłok wykazała obecność cyjanku.
Zaczęto podejrzewać zabójstwo.
Brakowało tylko zabójcy.
I motywu, który dałoby się udowodnić.
20 października 1959 roku Banderę pochowano na cmentarzu Waldfriedhof w Monachium.
Dla jego zwolenników było oczywiste, kto najbardziej chciał jego śmierci.
Moskwa.
Ale przekonanie nie jest dowodem.
KGB milczało.
Staszynski wrócił do swojego życia.
Operacja wydawała się sukcesem.
Człowiek nie żył.
Broń zniknęła.
Agent nie został rozpoznany.
Świadkowie nie potrafili wskazać sprawcy.
Sprawa mogła z czasem wejść do katalogu nierozwiązanych politycznych śmierci zimnej wojny.
Gdyby nie kobieta.
I dziecko.
Staszynski poznał młodą Niemkę, Inge Pohl.
Zakochał się.
Dla normalnego człowieka byłaby to prywatna sprawa.
Dla funkcjonariusza sowieckich służb specjalnych prywatność praktycznie nie istniała.
KGB nie ufało jego związkowi.
Kontrolowało małżeństwo.
Obserwowało.
Podsłuchiwało.
Staszynski wiedział już zbyt dużo, żeby po prostu odejść z pracy.
Wiedział, jak zabito Rebeta.
Wiedział, jak zabito Banderę.
Wiedział, kto wydał rozkazy.
Wiedział, jak wygląda broń.
Znał mechanizm operacji.
Był żywym dowodem.
W 1961 roku małżeństwo przeżyło tragedię.
Ich mały syn zmarł.
Staszynski otrzymał możliwość wyjazdu do Niemiec Wschodnich.
I wtedy człowiek wyszkolony przez sowieckie służby do zabijania podjął decyzję, której jego przełożeni bali się najbardziej.
Postanowił uciec.
12 sierpnia 1961 roku Bohdan i Inge przedostali się do Berlina Zachodniego.
Data brzmi zwyczajnie, dopóki nie spojrzy się na kalendarz.
Kilka godzin później rozpoczęła się operacja zamykania granicy.
13 sierpnia ruszyła budowa Muru Berlińskiego.
Gdyby Staszynski zwlekał jeszcze jeden dzień, jego droga ucieczki mogłaby już nie istnieć.
Po dotarciu na Zachód powiedział coś, co brzmiało absurdalnie.
Jest agentem KGB.
Zabił dwóch ludzi w Monachium.
Nie pistoletem.
Nie nożem.
Trucizną wystrzeloną z ukrytego urządzenia.
Jedną z ofiar był Stepan Bandera.
Śledczy słuchali i mieli problem.
Historia przypominała powieść.
Tajny agent.
Specjalny rozpylacz cyjanku.
Zabójstwo upozorowane na naturalną śmierć.
Rozkazy z Moskwy.
Ucieczka tuż przed zamknięciem Berlina.
Gdyby ktoś próbował sprzedać taki scenariusz producentowi filmowemu, prawdopodobnie usłyszałby, że jest przesadzony.
Tyle że szczegóły zaczęły się zgadzać.
Hotele.
Podróże.
Daty.
Miejsca.
Wiedza o ofiarach.
Okoliczności śmierci.
Wersja Staszynskiego przestała wyglądać jak fantazja.
A zaczęła wyglądać jak opis operacji państwowej.
Proces rozpoczął się w 1962 roku w Republice Federalnej Niemiec.
Na sali sądowej znalazł się człowiek, który nacisnął mechanizm zabójczej broni.
Ale proces dotyczył czegoś większego.
Jeżeli Staszynski mówił prawdę, oznaczało to, że sowieckie służby nie ograniczały się do śledzenia emigrantów.
Mordowały politycznych przeciwników na terytorium Zachodu.
Sąd uznał jego relację za wiarygodną.
Staszynski został skazany na osiem lat więzienia.
Wyrok wywołał kontrowersje, ponieważ sąd potraktował go jako wykonawcę działającego pod ogromną presją systemu, a większy ciężar odpowiedzialności przypisał osobom wydającym rozkazy.
Dokumenty CIA dotyczące sprawy Bandery i Staszynskiego pokazują, jak szczegółowo analizowano później zarówno metodę zabójstwa, jak i sprzeczności w zeznaniach agenta. Sam fakt sowieckiej operacji i odpowiedzialności Staszynskiego został jednak potwierdzony.
I tak kończy się życie Bandery.
Nie przed plutonem egzekucyjnym.
Nie w Norymberdze.
Nie w sowieckim więzieniu.
Nie na polu bitwy.
Na klatce schodowej w Monachium.
Zabity przez człowieka, którego najpotężniejszą bronią było to, że wyglądał zwyczajnie.
Ale śmierć Bandery nie zakończyła jego historii.
Przeciwnie.
Dopiero wtedy zaczęła się druga część — walka o pamięć.
Dla Związku Radzieckiego Bandera został symbolem wszystkiego, co w ukraińskim nacjonalizmie należało przedstawiać jako faszyzm, kolaborację i bandytyzm.
Sowiecka propaganda przez dziesięciolecia używała jego nazwiska jako politycznego przekleństwa.
Nie potrzebowała niuansów.
Nie interesowała jej różnica między OUN-B, UPA, emigracyjnym kierownictwem a zwykłym człowiekiem podejrzanym o ukraiński patriotyzm.
„Banderowiec” miał znaczyć wróg.
Na emigracji następował proces odwrotny.
Dla części Ukraińców Bandera był przede wszystkim człowiekiem, który nie zgodził się wyrzec niepodległego państwa nawet wtedy, gdy zażądała tego III Rzesza.
Więźniem Sachsenhausen.
Synem człowieka zabitego przez NKWD.
Przywódcą ruchu, który po wojnie walczył z sowiecką dominacją.
Tutaj również nie było miejsca na wszystkie niuanse.
Bo legenda potrzebuje prostych obrazów.
Bohater kontra imperium.
Więzień kontra oprawca.
Naród kontra okupant.
Polska pamięć widziała coś zupełnie innego.
Wołyń.
Spalone wsie.
Zamordowane rodziny.
Kościoły zaatakowane w niedzielny poranek.
Nazwisko „Bandera” nie kojarzyło się z celą Sachsenhausen, lecz z organizacją odpowiedzialną za masową antypolską przemoc.
I dlatego kiedy po dziesięcioleciach na zachodniej Ukrainie zaczęły pojawiać się pomniki Bandery, dla wielu Polaków nie wyglądały jak pomniki antykomunistycznego bojownika.
Wyglądały jak gloryfikacja nazwiska związanego z ludźmi, którzy mordowali polskich cywilów.
Każda ze stron patrzyła na ten sam monument.
I widziała innego człowieka.
To właśnie czyni Banderę tak trudnym tematem.
Bo można przedstawić zestaw faktów prawdziwych, a mimo to stworzyć całkowicie fałszywy obraz — wystarczy starannie wybrać tylko te fakty, które pasują do tezy.
Można powiedzieć:
Bandera współpracował przed atakiem na ZSRR z niemieckimi strukturami wojskowymi.
To prawda.
Można powiedzieć:
Niemcy aresztowali go za odmowę wycofania deklaracji ukraińskiej państwowości.
To również prawda.
Można powiedzieć:
Siedział w Sachsenhausen.
Prawda.
Można powiedzieć:
OUN-B i UPA dokonały masowych zbrodni na polskich cywilach.
Prawda.
Można powiedzieć:
Podczas szczytowej fazy rzezi wołyńskiej Bandera znajdował się w niemieckim więzieniu i nie ma dowodu na jego osobisty rozkaz rozpoczęcia tych masakr.
Również prawda.
Można powiedzieć:
Jego organizacja przed wojną stosowała terror polityczny, a on sam został skazany za udział w przygotowaniu zamachu na polskiego ministra.
Prawda.
Można powiedzieć:
Sowieckie KGB zamordowało go w Monachium.
Także prawda.
Problem zaczyna się dopiero wtedy, kiedy ktoś bierze jedną z tych prawd i używa jej do wymazania wszystkich pozostałych.
Jeżeli Bandera był więźniem nazistów, nie oznacza to, że wcześniejsza współpraca OUN-B z Niemcami nigdy nie istniała.
Jeżeli OUN-B współpracowała z Niemcami, nie oznacza to, że Hitler chciał niepodległej Ukrainy.
Jeżeli UPA walczyła z Sowietami, nie oznacza to, że nie mordowała polskich cywilów.
Jeżeli Bandera nie dowodził bezpośrednio rzezią wołyńską z Sachsenhausen, nie oznacza to, że jego ideologia i organizacja są od tej zbrodni całkowicie oddzielone.
Jeżeli KGB go zamordowało, nie oznacza to automatycznie, że wszystko, co robił wcześniej, staje się moralnie usprawiedliwione.
I jeżeli sowiecka propaganda przez lata demonizowała jego nazwisko, nie oznacza to, że każda zbrodnia przypisywana ruchowi banderowskiemu była propagandowym wymysłem.
To właśnie jest pułapka pamięci.
Chcemy mieć bohaterów bez ciemnych kart.
I zbrodniarzy bez momentów, w których sami stawali się ofiarami.
Historia rzadko jest tak uprzejma.
Stepan Bandera miał dwadzieścia pięć lat, kiedy polski sąd skazał go na śmierć.
Miał trzydzieści lat, gdy rozpad Polski otworzył mu więzienie.
Trzydzieści dwa, kiedy wojska Hitlera ruszyły przeciw Stalinowi.
Wierzył wtedy, że właśnie rozpoczyna się moment jego życia.
Niemcy rozbiją Związek Radziecki.
OUN wejdzie za frontem.
Lwów ogłosi państwo.
Świat stanie przed faktem dokonanym.
Kilka dni później Niemcy kazali mu się z tego państwa wycofać.
Odmówił.
Został aresztowany.
Kiedy siedział w niemieckim więzieniu, ludzie organizacji noszącej jego nazwisko budowali UPA, prowadzili brutalną walkę i uczestniczyli w czystce etnicznej przeciwko Polakom.
Kiedy wyszedł na wolność, III Rzesza, która go więziła, próbowała ponownie wykorzystać ukraiński ruch przeciw Sowietom.
Niedługo później Hitler przegrał.
Stalin wygrał.
Bandera przeżył.
Uciekł na Zachód.
I mógł pomyśleć, że najgorsze jest już za nim.
Nie było.
Moskwa nie zapomniała.
KGB znalazło człowieka, który mógł podejść do niego na odległość jednego kroku.
Dało mu broń, która nie brzmiała jak broń.
Wysłało do Monachium.
A później przez prawie dwa lata tajemnica pozostała tajemnicą.
Największy zwrot przyszedł dopiero wtedy, kiedy zabójca sam przeszedł na drugą stronę.
Staszynski uciekł na Zachód kilkanaście godzin przed powstaniem bariery, która na następne dziesięciolecia podzieli Berlin.
Gdyby zdecydował się dzień później, być może świat nigdy nie poznałby pełnej historii.
Być może śmierć Bandery pozostałaby jednym z nierozwiązanych zabójstw zimnej wojny.
Być może sowiecka metoda likwidowania emigracyjnych przeciwników nadal funkcjonowałaby tylko jako plotka.
Zamiast tego zabójca wszedł na zachodni posterunek i zaczął mówić.
O Rebecie.
O Banderze.
O cyjanku.
O szkoleniu.
O Moskwie.
I w tym momencie człowiek, który miał na zawsze uciszyć Banderę, zrobił coś odwrotnego.
Sprawił, że jego śmierć stała się jeszcze bardziej znana.
To być może najbardziej ironiczny element całej historii.
KGB potrafiło zabić człowieka.
Nie potrafiło zabić symbolu.
Wręcz przeciwnie.
Zabójstwo uczyniło symbol silniejszym.
Po rozpadzie Związku Radzieckiego spór eksplodował na nowo.
Na Ukrainie pamięć o OUN i UPA zaczęła wychodzić z podziemia.
Otwierano archiwa.
Powstawały książki.
Pomniki.
Nazwy ulic.
Jedni widzieli w tym odzyskiwanie historii wymazanej przez Moskwę.
Inni — rehabilitację radykalnego nacjonalizmu i przemilczanie ofiar.
Bandera stał się jednym z najbardziej polaryzujących nazwisk Europy Wschodniej.
Dla jednych bohater.
Dla innych terrorysta.
Dla jednych symbol antykomunistycznego oporu.
Dla innych twarz organizacji splamionej ludobójczą przemocą.
Dla rosyjskiej propagandy — wygodne narzędzie pozwalające przedstawiać ukraińską tożsamość narodową jako rzekomo nierozerwalnie związaną z nazizmem.
I właśnie dlatego trzeba być wyjątkowo ostrożnym.
Bo historia Bandery jest wystarczająco mroczna bez dopisywania do niej rzeczy, których nie da się udowodnić.
Nie trzeba twierdzić, że własnoręcznie mordował tysiące ludzi.
Nie trzeba nazywać jego zabójstwa „egzekucją”.
Nie trzeba udawać, że w 1943 roku kierował z Sachsenhausen każdą sotnią UPA.
Rzeczywiste fakty są bardziej niepokojące.
Pokazują polityka, który wyrósł w świecie konfliktu narodowego i bardzo wcześnie zaakceptował terror jako narzędzie.
Pokazują ruch, który marzył o niepodległości, ale którego część ideologii była skrajnie autorytarna, etnicznie wykluczająca i gotowa do brutalnej przemocy.
Pokazują ludzi próbujących wykorzystać nazistowskie Niemcy do stworzenia własnego państwa.
Pokazują Hitlera, który nigdy nie zamierzał pozwolić im na prawdziwą suwerenność.
Pokazują Banderę uwięzionego przez reżim, z którym wcześniej próbował współpracować.
Pokazują masowe zbrodnie dokonane przez struktury politycznie wywodzące się z jego frakcji w czasie, gdy on sam siedział za drutami.
Pokazują Sowietów, którzy najpierw zniszczyli znaczną część ukraińskiego podziemia na własnym terytorium, a później wysłali zabójcę tysiąc kilometrów dalej, żeby zlikwidować człowieka, który stał się symbolem.
Nie ma tutaj jednej wygodnej sceny.
Jest ich wiele.
Warszawski sąd.
Lwowskie więzienia pełne ciał zamordowanych przez NKWD.
Żydzi bici podczas pogromu.
Sala, w której ogłaszano ukraińską państwowość.
Gestapo żądające wycofania deklaracji.
Cela Sachsenhausen.
Parośla.
Wołyńskie wsie budzące się o świcie 11 lipca 1943 roku.
Monachium.
Klatka schodowa.
Mała broń rozpylająca truciznę.
I wreszcie Berlin, sierpień 1961 roku.
Mężczyzna biegnący na Zachód kilka godzin przed tym, jak granica zostanie zamknięta drutem kolczastym.
Każdy z tych obrazów jest częścią tej samej historii.
Usunięcie któregokolwiek zmienia jej znaczenie.
Dlatego pytanie „kim był Bandera?” nie ma odpowiedzi mieszczącej się na propagandowym plakacie.
Był radykalnym ukraińskim nacjonalistą.
Był konspiratorem.
Był człowiekiem skazanym przez polski sąd za udział w organizowaniu politycznej przemocy.
Był przywódcą OUN-B.
Próbował wykorzystać III Rzeszę w walce o ukraińską państwowość.
Jego ruch współpracował z niemieckimi strukturami.
Jego ludzie ogłosili państwo bez zgody Hitlera.
Został przez Niemców zatrzymany.
Był więźniem Sachsenhausen.
Jego frakcja stworzyła struktury odpowiedzialne za masową przemoc wobec ludności polskiej.
Nie ma dowodu, że osobiście kierował rzezią wołyńską z obozowej celi.
Po wojnie pozostał przeciwnikiem Związku Radzieckiego.
KGB uznało go za cel.
I w końcu zabiło.
Żadna z tych informacji nie anuluje poprzedniej.
To właśnie czyni tę historię znacznie bardziej przerażającą niż prosta opowieść o bohaterze albo potworze.
Bo prawdziwe niebezpieczeństwo nie zaczyna się wtedy, kiedy ludzie budzą się pewnego ranka jako bezmyślni mordercy.
Zaczyna się wcześniej.
Od przekonania, że cel jest tak święty, iż można dla niego przesuwać granice.
Najpierw propaganda.
Potem zastraszenie przeciwnika.
Potem zamach na człowieka uznanego za przeszkodę.
Później kolejny.
W końcu całe grupy przestają być sąsiadami, a zaczynają być „problemem”, który trzeba usunąć.
Polacy mogą zrobić z tej historii prostą opowieść o ukraińskim złu.
Ukraińcy mogą zrobić z niej prostą opowieść o bohaterze walczącym z każdym okupantem.
Rosja może zrobić z niej propagandowy dowód, że cały ukraiński ruch narodowy był nazistowski.
Wszystkie te uproszczenia mają jedną wspólną cechę.
Potrzebują zapomnienia.
Jedni muszą zapomnieć o Wołyniu.
Drudzy o sowieckich zbrodniach i walce ukraińskiego podziemia z komunizmem.
Trzeci o tym, że sam Stalin był odpowiedzialny za terror, deportacje i masowe mordy, których nie da się usprawiedliwić walką z nacjonalizmem.
Historia zaczyna działać dopiero wtedy, kiedy pamięta się wszystko jednocześnie.
Kiedy można potępić zbrodnię NKWD bez usprawiedliwiania OUN.
Potępić nazistowską okupację bez udawania, że każdy jej przeciwnik był demokratą.
Pamiętać ofiary Wołynia bez zamieniania współczesnych Ukraińców w zbiorowych spadkobierców win.
I uznać prawo Ukrainy do własnej historii bez obowiązku uznania każdego historycznego nacjonalisty za bohatera bez skazy.
Bandera nie potrzebuje kolejnej legendy.
Ani czarnej.
Ani złotej.
Potrzebuje historii.
Bo wystarczy spojrzeć na ostatnią scenę jego życia.
Jeszcze w 1941 roku wierzył, że może wykorzystać walkę dwóch imperiów.
Osiemnaście lat później jedno z tych imperiów już nie istniało.
Drugie nadal go ścigało.
Czekało cierpliwie.
Wyszkoliło agenta.
Dało mu broń.
Wysłało za granicę.
I pewnego październikowego dnia człowiek, którego nazwisko przeżyło polskie więzienie, Gestapo, Sachsenhausen, upadek Hitlera i likwidację ukraińskiego podziemia, wszedł do własnej klatki schodowej.
Kilka sekund później leżał na ziemi.
Moskwa wygrała operację.
Ale przegrała coś większego.
Nie zdołała zdecydować, jak Bandera zostanie zapamiętany.
Do dziś robią to za niego Polacy, Ukraińcy, Rosjanie, historycy, politycy, potomkowie ofiar i potomkowie ludzi walczących w ukraińskim podziemiu.
Każdy wybiera inne zdjęcie.
Inną datę.
Inną ofiarę.
Innego wroga.
I dlatego prawdziwym testem nie jest pytanie, czy ktoś „popiera Banderę”.
Prawdziwy test brzmi: czy potrafimy zobaczyć całą historię również wtedy, kiedy jej część niszczy wygodny obraz, który chcieliśmy zachować.
Bo naród nie staje się dojrzalszy wtedy, kiedy potrafi zbudować największy pomnik swoim bohaterom.
Staje się dojrzalszy wtedy, kiedy potrafi spojrzeć także na ludzi leżących w cieniu tego pomnika.
A historia zaczyna się psuć dokładnie w chwili, gdy flaga staje się ważniejsza od twarzy ofiary.


