Barbara stanęła w przedpokoju w puchowej kurtce tak wielkiej, że wyglądała jak napompowana. Z czapki kapało na linoleum, a ona patrzyła na synową tym spojrzeniem, od którego robiło się zimniej niż na klatce schodowej. – Gdzie są moje 2500, Agnieszko? Agnieszka wyrzęła szmatę do wiadra.

– Pani chyba zapomniała, że Michał od miesiąca nie pracuje. Moja pensja laborantki nie jest z gumy. Barbara skrzywiła usta, jakby ugryzła cytrynę. – Michał zawsze dbał o matkę.
Ja mam ciśnienie, serce mi kołacze, stawy bolą. Prywatny lekarz kosztuje. Ty jesteś jego żoną, więc przejmij obowiązek. Za ścianą rozległo się potężne ziewnięcie, jakby w salonie budził się niedźwiedź.
Agnieszka zacisnęła palce na ścierce. Michał jeszcze miesiąc temu był elektrykiem. Ale pewnego poniedziałku uznał, że nikt nie docenia jego potencjału, pokłócił się z kierownikiem, trzasnął drzwiami i od tamtej pory leżał na kanapie w bordowym szlafroku. Wieczorami tłumaczył żonie, że człowiek wybitny musi poczekać na właściwy moment.
– Michał jest w delikatnym okresie – ciągnęła Barbara. – On się przebudowuje. Nie możesz mu dokładać nerwów rachunkami. – Ja to mieszkanie ciągnę sama.
Od 28 dni nie przyniósł ani złotówki. – Bo zbiera siły. A ty masz mu stworzyć zaplecze. Barbara odwróciła się żwawo i trzasnęła drzwiami.
Agnieszka podeszła do okna i zobaczyła, jak ta schorowana kobieta żwawo przeskakuje kałuże i prawie truchtem biegnie na przystanek. Wróciła do pokoju. Michał leżał z nogą założoną na nogę. – Aga, skończył się ser z niebieską pleśnią.
Weź dwa opakowania i herbatę jaśminową. A mamie trzeba było coś dać. – Pasztet z promocji może być? – zapytała równo.
Michał uniósł się na łokciu. – Ja nie jem takich rzeczy. Jestem w procesie. Organizm potrzebuje dobrego paliwa.
Masz może łososia? – Mam u sąsiadów w akwarium. Możesz iść złowić. Nie odpowiedział.
Obraził się z godnością człowieka, którego talent został niezrozumiany. Następnego dnia ktoś zapukał. To była Zofia, właścicielka mieszkania, potężna kobieta z rudym kotem na rękach. – Za miesiąc doliczam 300 zł.
Wszystko drożeje. Agnieszka odliczyła pieniądze. Zofia zajrzała do salonu. – A ten dalej choruje na kanapie?
Michał poczerwieniał. – Jestem w okresie zawodowej transformacji. – Słyszysz, Filemon? Transformacja.
Za moich czasów mówiło się na to lenistwo. Agnieszka zamknęła drzwi i zrozumiała coś bardzo prostego. Ona nie prowadziła domu. Ona utrzymywała trzech dorosłych ludzi.
Następnego dnia wyszła z pracy wcześniej. Mijała aptekę, gdy usłyszała znajomy głos. Barbara stała pod daszkiem w dopasowanym płaszczu, z czerwonymi ustami i błyskiem w oku, jakby wygrała loterię. – Domowe solarium kolagenowe – wyszeptała z dumą do koleżanki.
– Z lampami, z nawiewem, z programem odmładzającym. – A ile takie coś kosztuje? – Normalnie 42 000, ale trafiłam na ofertę bez pierwszej wpłaty. Tylko rata.
2400 miesięcznie. Agnieszce zrobiło się gorąco. 2400 – prawie cała kwota, którą Barbara co miesiąc żądała na lekarzy. – A Michał wie?
– zapytała Halinka. Barbara prychnęła. – Syn by mi nie dał. Ale jak matka mówi, że ma serce i ciśnienie, to syn nie dyskutuje.
Agnieszka poczuła, jak coś w niej pęka. Cicho, jak cienka nitka, która długo była napięta. Usiadła na ławce pod nagim drzewem. Przez głowę przelatywały jej wszystkie rozmowy.
Prywatny kardiolog, badania, leki. A to było solarium za 42 000. Wyjęła telefon. Artur, dyrektor zakładu, miesiąc temu proponował jej nowy oddział w innym mieście.
Wtedy odmówiła. Teraz nacisnęła zieloną słuchawkę. – Dzwonię w sprawie transferu. Czy propozycja jest aktualna?
– Aktualna. Pensja 9500 netto, mieszkanie służbowe. Tylko ty masz męża. Michał pojedzie z tobą?
– Michał zostanie tutaj. Ma bardzo ważne sprawy na kanapie. Przez cały tydzień była spokojna. Michał niczego nie zauważył.
Ani pustej półki w szafie, ani znikających butów. Wieczorami pakowała walizkę, gdy on chrapał na kanapie. W piątek wstała przed świtem. Napisała do Zofii, że rozwiązuje umowę.
Potem zaparzyła sobie czarną kawę. Michał obudził się przed dziewiątą. – Aga, zrobiłaś herbatę jaśminową? – Czajnik stoi na kuchence.
Zanim zdążył zaprotestować, zadzwonił dzwonek. Do środka wpadła Barbara w musztardowym płaszczu, ściskając teczkę. – Dość tego! Potrzebuję 2500 natychmiast.
Mam dokumenty z kliniki. Michał stanął za Agnieszką. – Mamo, nie krzycz. Rozbijasz mi skupienie.
– Twój mąż jest w kryzysie – Barbara obróciła się do Agnieszki. – Ty masz wziąć na siebie ciężar rodziny. Michał pokiwał głową. – Mama ma rację.
Możesz wziąć dodatkowe zmiany. Agnieszka odstawiła kubek i uśmiechnęła się szeroko. – Ma pani rację, Barbaro. Żona powinna dzielić wszystkie trudności męża.
Tylko że pieniędzy nie ma. Zwolniłam się. Zapadła cisza. Michał zakrztusił się herbatą.
Barbara pobladła pod pudrem. – Zwolniłaś się? Kto teraz będzie płacił moją ratę za… Urwała i zakryła usta dłonią.
– Jaką ratę, mamo? – Głos Michała zrobił się cienki. – No właśnie – powiedziała Agnieszka. – Może tę za domowe solarium kolagenowe za 42 000?
Barbara zesztywniała. – A nawet jeśli prawda, to co? Ja jestem twoją matką! Należy mi się coś od życia!
– Ty brałaś ode mnie pieniądze na lekarzy! – wrzasnął Michał. – Bo na solarium byś mi nie dał! – Oczywiście, że bym nie dał!
Zaczęli krzyczeć jedno przez drugie. W zamku zazgrzytał klucz. Do środka weszła Zofia z kotem. – Co tu za cyrk?
– zapytała basem. Agnieszka położyła klucze na blacie. – Oddaję mieszkanie. Michał odwrócił się gwałtownie.
– Jak to oddajesz? To gdzie ja pójdę? – Do mamy. Skoro rodzina to obowiązek, na pewno cię przyjmie.
– Do mnie z nim? A gdzie ja go położę? – Przy solarium. Możecie się wymieniać.
Zofia parsknęła tak głośno, że Filemon poruszył wąsami. – Przecież mówiłaś, że się zwolniłaś – wybełkotał Michał. – Nie zwolniłam się. Przeniosłam się do innego miasta.
Mam nową posadę, 9500 netto i mieszkanie służbowe. Wyjeżdżam dzisiaj. Michał patrzył na nią, jakby ktoś wyjął mu spod pleców kanapę. – Ale ja nie mam pieniędzy.
Co ja mam zrobić? – To samo, co radziłeś mnie. Znaleźć rozwiązanie, pożyczyć, wziąć dodatkową zmianę. Barbara zaczęła coś mówić, ale Zofia huknęła: – Koniec przedstawienia!
Macie chwilę na zebranie rzeczy, a jak będziecie wrzeszczeć, to Filemon was pogoni. On nierobów nie znosi. Agnieszka chwyciła walizkę. – Barbaro, zabiera pani syna.
Jego kryzys, jego kanapa i pani kredyt to od dziś wasze wspólne trudności. Proszę je sobie dzielić sprawiedliwie. Nie czekała na odpowiedź. Zaczęła schodzić po schodach, a za plecami wybuchła kłótnia.
Na zewnątrz powietrze było ostre. Zamówiła taksówkę na dworzec. Granatowa walizka stała obok niej.
Po raz pierwszy od wielu lat wzięła głęboki oddech i poczuła, że naprawdę ma czym oddychać.


