Dźwięk jej obcasów na podłodze wciąż mam w uszach. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że za moment zostanę sam. Palce miałem sztywne, jakby nie do końca należały do mnie. Robiłem to setki razy – do pracy, na święta, na uroczystości.

Ale tamten dzień był inny. Za mną w odbiciu drzwi do pokoju Alicji były uchylone. Odwróciła się do mnie, ale tylko na moment. – A zdążysz do kościoła?
– zapytała, już odwracając się do drzwi. – Zadzwonię później – dodała jeszcze. Wróciłem powoli do sypialni. – W takim razie do zobaczenia – mruknąłem do siebie.
Dopiero wtedy naprawdę dotarło do mnie, co znaczy, że będę tam sam. Na cmentarzu ludzie ściskali mi dłoń, kiwałem głową, ale niewiele z tego do mnie docierało. Wszedłem do środka, przeszliśmy razem do pierwszego rzędu. Potem zrobiłem krok do przodu, potem kolejny.
– Do zobaczenia – powiedziałem cicho, tak żeby tylko ona mogła to usłyszeć, jeśli w ogóle mogła. Kiedy zaczęto opuszczać trumnę, zrozumiałem coś, czego wcześniej nie chciałem do siebie dopuścić. Do domu wróciłem późnym popołudniem. Fotel Barbary stał jak zawsze lekko pod kątem do telewizora.
Wziąłem do ręki jej książkę, ostrożnie, jakby mogła się rozsypać. Potem przeszedłem do kuchni. Zapukało do drzwi. Weszła Grażyna, sąsiadka, postawiła naczynie na blacie i odwróciła się do mnie.
– Zjesz coś? – zapytała. – Nie jestem głodny – powiedziałem. Wróciłem do sypialni.
Przesunąłem dłonią po jednym z jej swetrów i przyciągnąłem go do twarzy. Przypomniało mi się, jak siedziała tu wieczorami, czekając, aż Alicja wróci do domu, kiedy była jeszcze nastolatką. Zamknąłem szafę, wróciłem do kuchni i usiadłem przy stole. Grażyna została.
Patrzyłem na nią, ale myślami byłem gdzie indziej. – Wiesz, ludzie do mnie dzwonią – powiedziała nieśmiało. – No, że Alicji nie było na pogrzebie, że była gdzie indziej. – Młodzi teraz inaczej do tego podchodzą – odpowiedziałem, ale to nie do końca była prawda.
Nagle usłyszałem szarpanie klamki. Ktoś ciągnął walizki do środka. Alicja stała w drzwiach, ciężko dysząc. Przeszła do salonu i usiadła na kanapie.
– Dzwonił do ciebie? – zapytała. – Nie – odpowiedziałem, choć wiedziałem, że to nie wszystko. Pochyliłem się lekko do przodu.
– Wkład własny 100 000 zł – powiedziałem. Przez moment miałem wrażenie, że coś w niej drgnęło, że może zaraz powie coś innego, ale to trwało tylko chwilę. Jej oczy się rozszerzyły, jakby nie do końca rozumiała, co właśnie usłyszała. Stała tyłem do mnie, a potem powoli się obróciła.
– Wzięłaś pieniądze z jego konta? – zapytałem. Stała tylko i patrzyła, a potem ruszyła do drzwi. Do kancelarii poszedłem trzy dni później.
Ten sam zapach papieru i kawy, te same segregatory na półkach. Dokumenty leżały przygotowane, gotowe do użycia. Telefon zadzwonił, zanim dotarłem do rogu ulicy. Alicja.
Schowałem telefon do kieszeni i ruszyłem dalej. W domu usiadłem w fotelu Barbary. Przez okno widziałem ludzi idących do pracy, ktoś prowadził dziecko do szkoły, ktoś niósł zakupy. – Wiesz – powiedziałem cicho, bardziej do siebie niż do kogokolwiek.
– Zawsze myślałem, że rodziny wracają do siebie. —


