Pewnego lipcowego weekendu Halina, nowobogacka królowa zamkniętego osiedla, wydawała wystawne przyjęcie na plaży. Szampan lał się strumieniami, a goście w bieli rozprawiali o zagranicznych wojażach. Nagle jej wzrok spoczął na skraju trzcin, gdzie stary pan Piotr w znoszonej kurtce moro i gumowcach spokojnie łowił ryby. „Natychmiast ma pan stąd zabrać te śmieci i wynosić się z powrotem do lasu” – syknęła Halina, podchodząc do niego.

Piotr nawet nie odwrócił głowy. „Z całym szacunkiem do pani stanowiska, ale nigdzie się nie wybieram” – odpowiedział cicho. Wtedy Halina wpadła w furię. Zadzwoniła po patrol, wrzeszcząc do słuchawki, że ten „brudas” wtargnął na teren jej elitarnej wspólnoty i domagała się, by go skuto i zabrano do aresztu.
Piotr wyciągnął właśnie małą płotkę, uśmiechnął się do siebie i wypuścił ją z powrotem do wody. Gdy patrol przyjechał, sierżant spojrzał na Halinę zimno jak lód. „Pani mąż kupił dom. Ale kupił tylko cegły i beton, a nie ziemię, na której ten dom stoi.
Ta ziemia należy do pana Piotra. Do dziś byłem przekonany, że przedłużę wam dzierżawę na kolejne 30 lat”. Halina posiniała. Rozwścieczeni sąsiedzi błyskawicznie odwołali ją z funkcji prezesa zarządu.
Skandal stał się tematem całego osiedla. Presja sąsiedzka i wyrzuty sumienia okazały się nie do zniesienia. Ona i jej mąż wynieśli się z willi za miliony do ciasnego mieszkania w hałaśliwym centrum miasta.


