Otwierając drzwi mieszkania teściowej, usłyszałem znajomy, mechaniczny głos: „Proszę usiąść wygodnie. Rozpoczyna się program relaksacyjny”. Zamiast zapłakanej kobiety, która miała podobno tracić…

Otwierając drzwi mieszkania teściowej, usłyszałem znajomy, mechaniczny głos: „Proszę usiąść wygodnie. Rozpoczyna się program relaksacyjny”. Zamiast zapłakanej kobiety, która miała podobno tracić...

Grzegorz stał w drzwiach kuchni z miną człowieka, który właśnie uratował komuś życie, ale przy okazji podpalił własny dom. Wciąż miał na sobie kurtkę, a w dłoni ściskał kluczyki tak mocno, jakby to one były winne całego nieszczęścia. Renata nie odwróciła się od razu. Spokojnie kroiła ogórki do sałatki.

Thumbnail

Nóż stukał o deskę równym, miarowym rytmem. — Jaką kopertę? — zapytała po chwili, choć doskonale wiedziała. — Te z pieniędzmi na samochód.

Nóż zatrzymał się w połowie ruchu. Dwadzieścia pięć tysięcy złotych. Oszczędzali prawie rok. Renata brała dodatkowe zmiany w hurtowni, a Grzegorz zrezygnował z obiadów na mieście i przez kilka miesięcy jadł kanapki z serem.

— Oddałeś wszystko? — Wszystko. Renata odłożyła nóż, wytarła dłonie w ściereczkę i spojrzała na męża. — Dlaczego?

Grzegorz natychmiast się ożywił, bo uznał, że skoro jeszcze nie krzyczy, to sytuacja nie jest tragiczna. Mama zadzwoniła do niego zapłakana. Była u prywatnego okulisty, który stwierdził szybko rozwijającą się zaćmę na obu oczach. Jeśli nie zrobi operacji natychmiast, może prawie stracić wzrok.

— Natychmiast, czyli kiedy? — Chyba pojutrze albo w piątek, nie pamiętam dokładnie. — Jak nazywa się klinika? Grzegorz zamrugał.

Jakaś prywatna, nowoczesna. Mama mówiła, że bardzo dobra. Nazwy nie zapytał. Lekarza też nie pamiętał.

Za to przez NFZ mama czekałaby miesiącami, a w tej klinice nagle zwolniło się miejsce. Trzeba było od razu wpłacić za operację, soczewki, badania i opiekę po zabiegu. Dwadzieścia pięć tysięcy gotówką. Tak wyszło.

— Komu je dałeś? — Mamie. Powiedziała, że człowiek z kliniki przyjedzie do niej po zaliczkę. — Oczywiście dostałeś pokwitowanie.

Nie fakturę, nie umowę. — Nie było czasu na papiery. Mama mówiła, że już ledwo widzi, że nie potrafi przeczytać wiadomości w telefonie, że boi się sama wychodzić z domu. Na końcu głos mu zadrżał.

Naprawdę w to wierzył. W jego oczach Bożena była samotną, przerażoną kobietą stojącą na granicy ciemności, a on jedynym człowiekiem, który mógł ją uratować. Renata poczuła, jak coś zimnego zaciska jej się w żołądku. Nie zamierzała rzucać talerzami.

Talerze kosztowały, a pieniądze i tak już zniknęły. — Umyj ręce. Zaraz wrócę. Wyszła do przedpokoju i zamknęła za sobą drzwi.

Wyjęła telefon. Numer Beaty znalazła od razu. Szwagierka odebrała po kilku sygnałach. — Cześć, Renata.

Mogę mówić tylko chwilę? Mam klientkę z farbą na głowie. — Rozmawiałaś dziś z mamą jakąś godzinę temu? Ma problemy ze wzrokiem.

Po drugiej stronie zapadła krótka cisza. — Ze wzrokiem? Godzinę temu czytała mi przez telefon drobny druk z pudełka po tabletkach. Potem znalazła błąd w cenie w gazetce i przez pięć minut tłumaczyła, że masło miało być tańsze o trzydzieści groszy.

Renata zacisnęła usta. — O operacji nic nie mówiła. Za to od kilku dni zachowuje się jak dziecko przed Wigilią. Pytała mnie dwa razy, czy będę dziś wieczorem w domu.

Mówiła, że czeka ją prawdziwa zmiana i że niedługo wszyscy będą jej zazdrościć. — Beata, Grzegorz dał jej nasze dwadzieścia pięć tysięcy. Całe. Po drugiej stronie fryzjerska suszarka nagle ucichła.

— O matko, Renata, ona go zrobiła jak dziecko. — Wiem. Chcę, żeby Grzegorz sam zobaczył prawdę. Rozłączyła się i wróciła do kuchni.

Grzegorz siedział przy stole i nerwowo obracał w palcach widelec. — Ubieraj się. Jeśli twoja mama naprawdę prawie nie widzi, nie możemy zostawić jej samej. Może się przewrócić, pomylić leki albo wyjść na klatkę i nie trafić z powrotem.

Grzegorz pobladł. — Myślisz, że jest aż tak źle? — Możliwe, że gorzej, niż nam powiedziała. Jedziemy do niej natychmiast.

Wstał tak gwałtownie, że krzesło zaskrzypiało po podłodze. Renata wzięła klucze. Tym razem nie musiała udawać pośpiechu. Chciała tylko jednego: zdążyć, zanim Bożena zdąży schować prawdę.

Otworzyła szafkę w przedpokoju i wyciągnęła dużą płócienną torbę. — Co ty robisz? — zapytał Grzegorz, wkładając drugi but. — Jedziemy do kobiety, która prawie nie widzi.

Trzeba się przygotować. Najpierw wrzuciła apteczkę, potem stary ciśnieniomierz, butelkę wody, paczkę wilgotnych chusteczek i ciemne okulary. Z dolnej szuflady wyjęła duże szkło powiększające oraz drewnianą laskę po babci — ciemną, ciężką, ze srebrną rączką w kształcie łabędziej szyi. — Po co ci to?

— Grzegorz wskazał laskę. — Nie mnie. Twojej mamie. Może nie zauważyć progu, uderzyć w szafę albo pomylić drzwi mieszkania z drzwiami windy.

Grzegorz wyobraził sobie matkę krążącą bezradnie po klatce schodowej. Zrobiło mu się słabo. — Może nie jest aż tak źle. — Sam mówiłeś, że nie potrafi przeczytać wiadomości w telefonie.

Skoro tak powiedziała, laska się przyda. Wsunęła mu ją pod ramię, w drugą rękę wcisnęła ciemne okulary. — Zadzwońmy do kliniki — zaproponowała. — Dowiemy się, jak przygotować ją do zabiegu.

Grzegorz znieruchomiał. — Teraz? — A kiedy? Jutro może być za późno.

Podaj nazwę kliniki. — Nie zapisałem. — To znajdź w wiadomościach od mamy. Grzegorz wyjął telefon i zaczął przesuwać palcem po ekranie.

Czytał wiadomości coraz wolniej, jakby liczył, że nazwa placówki sama pojawi się między zdjęciem promocji na kawę a życzeniami miłego dnia. — Nie ma. Adres też nie. Nazwisko lekarza?

Mówiłem ci, że wszystko działo się bardzo szybko. — A numer telefonu do człowieka, któremu dałeś pieniądze? — Zadzwonił z zastrzeżonego numeru. Renata zacisnęła pasek torby.

— Wspaniale. Dwadzieścia pięć tysięcy złotych przekazałeś nieznajomemu z zastrzeżonego numeru. To był przedstawiciel kliniki, oczywiście. A ja jestem dyrektorką NFZ.

Grzegorz spuścił głowę. Renata nie zamierzała pozwolić mu odpocząć od własnych myśli. — Po operacji będą potrzebne krople, okulary ochronne i wizyty kontrolne. Trzeba będzie wozić mamę.

Samochodu praktycznie nie mamy — stary ledwo dojeżdża do pracy. Może przez kilka tygodni nie będzie mogła zostać sama. Będzie musiała zamieszkać u nas. Mąż pobladł jeszcze bardziej.

Kochał matkę, ale dobrze pamiętał jej ostatni trzydniowy pobyt. W tym czasie zdążyła przestawić wszystkie kubki, wyrzucić dwie rośliny jako podejrzane i oznajmić, że Renata źle składa ręczniki. — Może Beata ją weźmie? — zapytał z nadzieją.

— Beata ma kawalerkę i dwa koty. Poza tym to ty uratowałeś matce wzrok. Bohater powinien dokończyć dzieła. Grzegorz nie odpowiedział.

Wybrał numer matki. Telefon dzwonił długo. Nikt nie odebrał. Spróbował ponownie.

— Mamo, odbierz. — mruczał, chodząc po przedpokoju. Znów cisza. — Może nie widzi, gdzie nacisnąć — powiedziała Renata.

— Albo upuściła telefon, albo przewróciła się, szukając ładowarki. — Przestań, proszę. To ty mówiłaś, że sytuacja jest poważna. Wyszli z mieszkania.

Przez całą drogę do samochodu Grzegorz trzymał laskę tak ostrożnie, jakby była sprzętem medycznym najwyższej klasy. Na ulicach zaczynały się wieczorne korki. Grzegorz siedział na miejscu pasażera, na kolanach trzymał ciemne okulary i laskę po babci. Co kilka minut dzwonił do matki.

Bożena nadal nie odpowiadała. — Może powinniśmy wezwać pogotowie? — powiedział. — Do jakiego mieszkania?

Może przecież wyjść i zabłądzić. Grzegorz ścisnął laskę mocniej. Renata patrzyła przed siebie. Na twarzy miała troskę, lecz w głowie układała kolejne kroki.

Nie wiedziała jeszcze, co zastaną na miejscu. Wiedziała tylko, że Bożena kłamie, a dwadzieścia pięć tysięcy złotych musiało trafić na coś, czym zamierzała się tego wieczoru pochwalić. Pod blokiem Bożeny stał duży biały furgon. Na jego boku widniał rysunek człowieka rozpartego wygodnie w czymś przypominającym fotel.

Napis zasłaniały otwarte drzwi. — Pewnie ktoś się przeprowadza — stwierdził Grzegorz. Renata nic nie odpowiedziała. Weszli do klatki.

Przy windzie spotkali pana Zbigniewa, który wracał ze sklepu z reklamówką pełną bułek. — Dobry wieczór. Co to za wyprawa? Na pielgrzymkę idziecie?

— Spojrzał na laskę. — To dla Bożeny — wyjaśniła Renata. — Podobno bardzo źle widzi. Pan Zbigniew uniósł brwi.

— Źle widzi? Pół godziny temu z drugiego końca korytarza zauważyła plamkę na moim rękawie. Powiedziała, że wyglądam, jakbym jadł pomidorową bez łyżki. Była na korytarzu, dowodziła dwoma chłopakami, którzy wnosili do niej ogromne pudło.

Krzyczała, żeby nie zarysowali ściany koło windy. W końcu musieli zdjąć drzwi w mieszkaniu, bo to coś nie chciało przejść. — Co wnieśli? — zapytała Renata.

— Nie wiem. Wielkie jak szafa i ciężkie jak obietnice przed wyborami. Wszystko było w kartonie. Potem przywieźli sernik, kanapki i kawę.

Chyba urządza jakieś przyjęcie. Grzegorz nic już nie powiedział. Weszli po schodach. Im bliżej mieszkania, tym wyraźniej słyszeli cichą muzykę.

Nagle zza drzwi dobiegł spokojny, mechaniczny głos:

— Proszę usiąść wygodnie. Rozpoczyna się program relaksacyjny. Po chwili odezwała się Bożena, zadowolona i pełna energii:

— Sebastian, a można jeszcze mocniej? Przecież doskonale widzę ten przycisk, tylko nie mogę do niego dosięgnąć.

Renata nacisnęła klamkę. Drzwi ustąpiły bez oporu. Bożena najwyraźniej wciąż czekała na gości i jak zwykle nie zamknęła mieszkania. Renata weszła pierwsza.

Grzegorz ruszył za nią, nadal trzymając pod pachą laskę. W przedpokoju panował bałagan. Pod ścianą leżały zwinięte pasy folii ochronnej, kawałki styropianu i rozcięte kartony. Drzwi do salonu były zdjęte z zawiasów i oparte o szafę.

Renata podeszła do salonu i szeroko otworzyła przejście. To, co zobaczyli, wyglądało jak wystawa nowoczesnej techniki urządzona w mieszkaniu emerytki. Pośrodku pokoju stał ogromny, czarny, błyszczący fotel masujący. Przypominał jednocześnie siedzenie luksusowego samochodu, fotel dentystyczny i stanowisko pilota w samolocie.

Z obu stron wystawały grube poduszki na ręce, na dole znajdowały się osobne komory na łydki i stopy. Nad zagłówkiem świecił niebieski panel, a z boku zwisał pilot z tyloma przyciskami, że można by nim sterować małą elektrownią. W samym środku tej konstrukcji siedziała Bożena. Miała na sobie bordowy satynowy szlafrok i nowe, puszyste kapcie.

Włosy ułożyła starannie, policzki miała zaróżowione, a twarz promieniała zadowoleniem. Nie nosiła ani okularów, ani ciemnych szkieł, ani żadnej medycznej osłony. W dłoni trzymała pilot. Obok niej stał Sebastian.

Biała koszula była napięta na brzuchu, na szyi wisiała plakietka z nazwą firmy. Mówił miękkim, uspokajającym głosem człowieka, który potrafiłby sprzedać parasol podczas suszy. — Tutaj mamy masaż karku i barków. Niżej pracują rolki na odcinku lędźwiowym.

Jest także podgrzewanie pleców, masaż stóp oraz pneumatyczna kompresja nóg. Bożena przytaknęła z zachwytem. — A ten księżyc? — Tryb snu.

Fotel delikatnie odchyla ciało, zmniejsza napięcie i przygotowuje do odpoczynku. — A ta dłoń? — Program tajski. Bardziej intensywny.

— A korona? Sebastian uśmiechnął się szerzej. — Królewski relaks. Nasz najbardziej ekskluzywny program.

Na stoliku przed nimi stały dzbanek kawy, sernik, półmisek małych kanapek, winogrona i butelka bezalkoholowego wina musującego. Obok talerzy leżała szara koperta, dobrze znana Renacie. Była już wyraźnie cieńsza. — Mówię panu, moje dzieci nie rozumieją, przez co ja przechodzę — ciągnęła Bożena.

— Kręgosłup boli, nogi puchną, człowiek nie ma chwili dla siebie. A synowa? Ona by najchętniej liczyła mi każdą kromkę chleba. Sebastian pokiwał głową ze współczuciem.

— Niestety, rodzina często nie dostrzega codziennego cierpienia. Dobry fotel może zastąpić wyjazd do sanatorium, masażystę, a czasami nawet rodzinnego psychologa. — Właśnie! — Bożena klasnęła.

— Ja przecież nie kupuję luksusu. Ja inwestuję w zdrowie. Renata weszła do salonu. — Boże, jakie cudowne uzdrowienie — powiedziała spokojnie.

— Operacji jeszcze nie było, a ty już czytasz drobne przyciski bez okularów. Zapadła cisza. Sebastian znieruchomiał. Bożena zastygła w fotelu.

Grzegorz patrzył raz na matkę, raz na urządzenie, a potem na kopertę. Jego twarz powoli traciła kolor. — Mamo — odezwał się cicho. — Co to jest?

— Jak to co? Fotel rehabilitacyjny. — A operacja? Bożena poruszyła się niespokojnie.

— Operacja oczywiście nadal jest potrzebna, ale lekarz powiedział, że przed zabiegiem trzeba wyciszyć organizm. — Okulista zalecił ci masaż stóp? — Renata uniosła brwi. — Nie tylko stóp.

Powiedział, że wszystko jest ze sobą połączone. Kręgosłup, nerwy, oczy. — Jak nazywa się ten lekarz? Bożena spojrzała w sufit.

— Doktor… no, taki wysoki. Nazwisko wypadło mi z głowy ze stresu. Renata podeszła do stolika i podniosła kolorową ulotkę reklamową.

— To może sprawdzimy wzrok inaczej. Przeczytaj mi warunki gwarancji na dole. — Renata, nie rób przedstawienia. — Przecież prawie nie widzisz.

Bożena prychnęła, wyrwała jej ulotkę i bez namysłu zaczęła czytać:

— Gwarancja nie obejmuje uszkodzeń wynikających z niewłaściwego użytkowania, zalania, przepięcia oraz ingerencji osób nieuprawnionych. O, tu jest błąd. Powinno być nieautoryzowanych, a nie nieupoważnionych… Urwała.

Dopiero wtedy zrozumiała, co zrobiła. Grzegorz zamknął oczy. Renata odłożyła ulotkę i sięgnęła po kopertę. — Co pani robi?

— odezwał się Sebastian. — Wyliczę pieniądze. Wyjęła plik banknotów i szybko je przeliczyła. Brakowało ponad połowy.

— Ponieważ zakup został sfinalizowany — wyjaśnił Sebastian — fotel dostarczono, uruchomiono i zaprogramowano. Zwrot nie jest możliwy. — Proszę pokazać umowę. Sebastian zawahał się, ale wyjął z teczki kilka kartek.

Renata usiadła przy stole, odsunęła talerz z sernikiem i wygładziła dokument dłonią. — Najpierw przeczytam każdą linijkę — powiedziała. — Potem sprawdzimy, czy istnieje klinika, w której Bożena miała dziś pilnie opłacić operację. Bożena przestała się uśmiechać.

Po raz pierwszy tego wieczoru wyglądała naprawdę na chorą. Renata przesuwała palcem po kolejnych punktach umowy. Czytała powoli, bez pośpiechu. Im dłużej trwała cisza, tym bardziej Sebastian tracił zawodowy uśmiech.

— Zamówienie złożono telefonicznie po reklamie internetowej — powiedziała w końcu. — Zgadza się. — A dokumenty podpisano tutaj? — Tak.

— Czyli jest to umowa zawarta na odległość i poza lokalem przedsiębiorstwa. Sebastian poprawił plakietkę na piersi. — Proszę pani, sprawa nie jest taka prosta. — Wręcz przeciwnie, jest wyjątkowo prosta.

Klient ma prawo odstąpić od umowy w ustawowym terminie. Bożena poruszyła się w fotelu. — Ale ja już go użyłam! — Siedziałaś w nim pół godziny, a nie przejechałaś nim przez Mazury — odpowiedziała Renata.

Sebastian odchrząknął. — Ten model został przygotowany indywidualnie dla pani Bożeny. Towary wykonywane na specjalne zamówienie nie podlegają zwrotowi. Renata podniosła wzrok znad dokumentów.

— Co dokładnie wykonano indywidualnie? — Ustawienia zostały dopasowane do użytkowniczki. — Jakie ustawienia? Sebastian zawahał się.

— Wprowadziliśmy wzrost pani Bożeny. — Ile? — Sto sześćdziesiąt cztery centymetry. — Coś jeszcze?

— Wybraliśmy język polski. Renata przez chwilę patrzyła na niego w milczeniu. — Czyli fotel został specjalnie wykonany, bo wpisał pan wzrost i nacisnął „polski”? To element konfiguracji.

Ja też ustawiłam dziś język polski w pralce. Nie wiedziałam, że mam teraz sprzęt na indywidualne zamówienie. Grzegorz parsknął, ale natychmiast spoważniał, gdy matka posłała mu oburzone spojrzenie. Renata przewróciła następną stronę.

— Co to jest pakiet aromatycznego odprężenia? Sebastian nabrał powietrza. — Specjalne kapsuły zapachowe. Lawenda, drzewo sandałowe i morska bryza.

Czterysta dziewięćdziesiąt złotych. A ten pokrowiec chroni tapicerkę. Za tysiąc dwieście złotych wykonano go z materiału premium. Renata czytała dalej.

Podstawka na kubek, rozszerzona gwarancja, poduszka ortopedyczna, dwie pary specjalnych skarpet do masażu stóp, pakiet zdalnych konsultacji. Spojrzała na Sebastiana. — Czy w tej cenie jest jeszcze orkiestra na imieniny i osobista pielęgniarka z Ciechocinka? Sebastian przestał się uśmiechać.

— Wszystkie dodatki zostały wybrane dobrowolnie. — Oczywiście — wtrąciła Bożena — bo ja dbam o zdrowie kompleksowo. Renata odłożyła kartki. — Świetnie.

W takim razie oddajemy fotel i dodatki. — Nie ma mowy! — Bożena wyprostowała się w siedzisku. — Fotel został uruchomiony.

Używany towar nie podlega zwrotowi. To nie sklep z bielizną. Sebastian, proszę jej wytłumaczyć. Sprzedawca otworzył usta, ale Bożena już chwyciła pilot.

— Zaraz pokażę, że to urządzenie jest po pełnym użyciu. Wtedy niczego nie zabierzecie! — Mamo, zostaw to — powiedział Grzegorz. Za późno.

Bożena nacisnęła przycisk z czerwonym symbolem błyskawicy. Fotel odpowiedział melodyjnym dźwiękiem. — Uruchamianie programu intensywnego — oznajmił elektroniczny głos. Boczne poduszki natychmiast zacisnęły się na łydkach Bożeny.

Podnóżek uniósł jej nogi, a oparcie gwałtownie odchyliło się do tyłu. — Co on robi?! — krzyknęła. Masażery ruszyły pełną mocą.

Bożena podskoczyła w siedzisku. — Wyłączcie to natychmiast! Grzegorz wyrwał jej pilot. — Który przycisk?

— Ten czerwony! — Wszystkie są czerwone! Nacisnął pierwszy z brzegu. — Włączono podgrzewanie lędźwi — poinformował fotel.

— Boże, pali mnie w plecy! Grzegorz nacisnął kolejny. — Intensywny masaż stóp. Bożena zawyła.

— On mi miażdży palce! Wyłącz to, bo mnie tu upieczecie jak kiełbasę na majówce! Sebastian rzucił się do panelu. — Fotel, zatrzymaj program!

— Nie rozumiem polecenia — odpowiedziało urządzenie. — Zatrzymaj masaż! — Włączono masaż tajski. Bożena krzyczała, Grzegorz naciskał kolejne guziki, a Sebastian próbował przekrzyczeć elektroniczną lektorkę.

Fotel ugniatał, grzał i ściskał z entuzjazmem maszyny, która wreszcie dostała szansę wykazać się wszystkimi funkcjami na raz. Renata wstała od stołu, podeszła do ściany i wyciągnęła wtyczkę z gniazdka. W salonie zapadła cisza. Poduszki zwolniły uścisk.

Bożena wyrwała nogi z komór, podciągnęła szlafrok i wyskoczyła z fotela szybciej niż człowiek, który jeszcze godzinę wcześniej miał podobno tracić wzrok i zdrowie. — To jest niebezpieczne urządzenie! — zawołała. — Przed chwilą była to inwestycja w zdrowie — zauważyła Renata.

Grzegorz patrzył na matkę. W jego twarzy nie było już troski. Było coś znacznie cięższego. — Jak mogłaś?

— zapytał cicho. — Co? Jak mogłam? — Powiedziałaś, że możesz oślepnąć, że potrzebujesz pilnej operacji.

Wzięłaś nasze pieniądze na samochód i kupiłaś sobie fotel. Bożena poprawiła pasek szlafroka. — Całe życie poświęciłam dzieciom. Mam prawo do odrobiny wygody.

Wy jesteście młodzi, jeszcze zarobicie, a ja mam tylko jedno zdrowie. — To nie chodzi o fotel — powiedział Grzegorz. — Chodzi o to, że skłamałaś o chorobie. — Ona cię przeciwko mnie nastawiła!

— Bożena wskazała Renatę. — Od początku liczy tylko pieniądze. Nieważne, czy twoja matka cierpi! — Dosyć!

— przerwał jej Grzegorz. Bożena zamilkła. Syn nigdy wcześniej nie mówił do niej takim tonem. Renata spokojnie złożyła umowę.

— Masz wybór. Albo oddajemy fotel, albo przepisujemy zakup na ciebie. Raty będziesz spłacać z emerytury. Bożena pobladła.

— Ile wynosi rata? Sebastian zerknął w dokumenty. — Przy pełnym pakiecie około tysiąca siedmiuset złotych miesięcznie. — Zabierajcie go!

— powiedziała natychmiast. Sebastian westchnął i wyjął telefon. Kilka minut później dwóch zmęczonych dostawców znów pojawiło się w salonie. Zaczęli obracać ciężki fotel, ale urządzenie zaklinowało się między framugą a ścianą.

Na klatce rozległ się szelest. Pan Zbigniew wyszedł z mieszkania, niosąc mały składany stołeczek. Rozstawił go naprzeciwko drzwi Bożeny, usiadł wygodnie i skrzyżował ręce na brzuchu. — Proszę się mną nie przejmować — powiedział.

— Ja tylko zobaczę, jak się skończy ten program relaksacyjny. Dwaj dostawcy napierali na fotel z obu stron. — Jeszcze trochę w lewo! — komenderowała Bożena.

— Nie, nie tak! Zaraz obijecie framugę! — Proszę pani, musimy go obrócić — sapnął jeden z mężczyzn. — Widzę przecież.

Tylko uważajcie na ten narożnik. Tam już jest rysa! Pan Zbigniew obserwował wszystko z miną człowieka, który dostał darmowy bilet do teatru. — No proszę — powiedział głośno.

— Operacji nie było, a wzrok jak u sokoła. Nawet rysę pod sufitem pani widzi. Bożena obrzuciła go lodowatym spojrzeniem. — Panie Zbigniewie, proszę się nie wtrącać.

— Ja się nie wtrącam. Ja tylko podziwiam postęp medycyny. Na korytarzu zaczęły otwierać się kolejne drzwi. Sąsiadka z naprzeciwka wyszła w fartuchu, trzymając drewnianą łyżkę.

Za nią pojawił się starszy mężczyzna w kapciach. — Co się stało? — zapytała kobieta. — Dopiero co to wnosili.

— Towar okazał się wadliwy — Bożena poprawiła szlafrok. Fotel odpowiedział melodyjnym sygnałem. — Proszę usiąść wygodnie — oznajmił nagle mechaniczny głos. Jeden z dostawców zaklął pod nosem.

— On się sam włączył — wyjaśnił Sebastian. — Bardzo wadliwy — dodał pan Zbigniew. Dostawcy ruszyli dalej. Przy każdym przechyleniu urządzenie wydawało inny dźwięk: raz zapraszało do relaksu, innym razem informowało o uruchomieniu masażu stóp.

Kiedy jeden z mężczyzn mocniej uderzył bokiem fotela o framugę, z głośnika popłynęła spokojna melodia z odgłosami morza. Sąsiedzi śmiali się już bez skrępowania. Bożena stała pośrodku korytarza, czerwona ze złości. Fotel z ogromnym trudem zmieścił się w windzie.

Jeden z dostawców przytrzymał drzwi, drugi wciągał podnóżek, a Sebastian naciskał panel tak długo, aż urządzenie zamilkło. Kiedy winda wreszcie ruszyła w dół, na klatce zapadła cisza. Renata wróciła do salonu. Sebastian rozłożył dokumenty na stole i zaczął wypełniać formularz odstąpienia od umowy.

— Zwrot obejmie cenę fotela i większość dodatków — powiedział. — Potrącimy koszt dostawy oraz wykorzystane kapsuły zapachowe. — Ile dokładnie? — zapytała Renata.

Sebastian podał kwotę. Nie była mała, ale większość pieniędzy miała wrócić. Po kilkunastu minutach część gotówki ponownie znalazła się w szarej kopercie, a reszta miała trafić na konto następnego dnia roboczego. Renata schowała kopertę do torby.

Bożena natychmiast zaczęła lamentować. — Zabraliście mi jedyną przyjemność! Całe życie człowiek pracuje, wychowuje dzieci, oszczędza na sobie, a na starość nawet wygodnie usiąść mu nie wolno! — Mamo — powiedział Grzegorz — nie chodzi o to, że chciałaś fotel.

— Oczywiście, że chodzi! Renata od początku była przeciwko mnie! — Nie chodzi o to, że skłamałaś o operacji i możliwej utracie wzroku. Wzięłaś nasze oszczędności bez pytania.

— Gdyby nie ona, sam byś mi dał! — I właśnie dlatego od dziś wszystko się zmienia. Grzegorz mówił spokojnie, ale stanowczo. — Żadnych większych kwot bez wspólnej decyzji.

Żadnego przekazywania pieniędzy ludziom, których nie znamy. Jeśli będziesz miała poważną diagnozę, jedziemy razem do lekarza. Najpierw dokumenty i rachunek, potem zapłata. I jeszcze jedno.

Słowo „pilne” nie oznacza, że mamy przestać myśleć. Bożena spojrzała na niego tak, jakby to on właśnie ją oszukał. — Własna matka musi się teraz tłumaczyć przed synową! — To ty zniszczyłaś zaufanie.

— Nie, Renata… Bożena otworzyła usta, ale nic nie powiedziała. Renata nie miała ochoty ciągnąć awantury. Podeszła do stołu, zamknęła pudełko z sernikiem i wzięła je pod pachę.

— To zabieramy za benzynę i straty moralne. W tej samej chwili zadzwonił telefon. Na ekranie pojawiło się imię Beaty. Renata włączyła głośnik.

— I co? — zapytała Beata. — Znaleźliście cudowną klinikę? — Znaleźliśmy fotel — odpowiedziała Renata.

Po drugiej stronie rozległ się śmiech. — A poprawiał chociaż wzrok? Z korytarza odezwał się pan Zbigniew. — Wzrok miała świetny od początku, zwłaszcza na cudze pieniądze.

Bożena trzasnęła drzwiami salonu. Na ulicy było chłodno i spokojnie. Grzegorz szedł do samochodu z pudełkiem sernika w dłoniach. — Zachowałem się jak idiota — powiedział.

— Powinienem był zadzwonić do ciebie, sprawdzić klinikę, poprosić o dokumenty. — Powinieneś — i tyle. Renata wręczyła mu laskę po babci. — Na dziś wystarczy.

Zanieś do samochodu naszą rekompensatę i sprzęt ratunkowy. Wieczorem przeliczyli odzyskane pieniądze i schowali kopertę w nowym miejscu. Tym razem Grzegorz nie pytał, gdzie. Kilka tygodni później kupili używany samochód.

Nie był nowy ani szczególnie elegancki, ale jeździł. Miał sprawną klimatyzację i podgrzewane siedzenia. Grzegorz nacisnął przycisk i uśmiechnął się. — Prawie jak fotel masujący.

— Nawet nie wspominaj o tym twojej matce. Kilka dni później zadzwoniła Bożena. — Grzesiu, widziałam reklamę specjalnej lampy. Podobno poprawia wzrok i odmładza twarz.

Grzegorz westchnął. — Mamo, znowu źle widzisz, czy po prostu za dobrze zauważyłaś promocję? Po drugiej stronie zapadła długa cisza. — Ja tylko chciałam się poradzić — odpowiedziała w końcu Bożena.

Ze wzrokiem rzeczywiście nie miała żadnych problemów. Najlepiej widziała to, co znajdowało się w cudzej kopercie.