Wtorek, zwykłe pranie, radio w tle. W kieszeni granatowej kurtki męża zamiast paragonów znalazłam złożoną kartkę. Było na niej imię, którego nie znałam, kwota czterdzieści siedem tysięcy złotych i…

Wtorek, zwykłe pranie, radio w tle. W kieszeni granatowej kurtki męża zamiast paragonów znalazłam złożoną kartkę. Było na niej imię, którego nie znałam, kwota czterdzieści siedem tysięcy złotych i...

Siedziałam przy pralce, kiedy palce trafiły na złożoną kartkę w kieszeni jego granatowej kurtki. Przez czternaście lat wyciągałam stamtąd paragony, cukierki i zapomniane klucze. Tym razem wyciągnęłam cienki papier wyrwany z notesu, zanim jeszcze przeczytałam choćby jedno słowo, wiedziałam, że to coś innego. Na kartce było imię, którego nie znałam.

Thumbnail

Kwota: czterdzieści siedem tysięcy złotych. Adres kancelarii notarialnej dziesięć minut od naszego domu. I data, za cztery dni. Włożyłam kartkę z powrotem do kieszeni, dokładnie tak, jak leżała.

Dopiero wtedy poczułam, że drżą mi ręce. Usiadłam na krawędzi wanny i patrzyłam na szare niebo za oknem. Przez czternaście lat rozmawialiśmy o każdej większej kwocie. O kredycie, o remoncie łazienki, o tym, czy stać nas na nowy samochód.

Czterdzieści siedem tysięcy to nie jest suma, o której się zapomina powiedzieć żonie. Tomasz wrócił o osiemnastej z butelką wina i szerokim uśmiechem. Mówił o szefie, o tym, że może byśmy gdzieś wyszli w weekend. Patrzyłam na jego ręce, kiedy otwierał butelkę i zastanawiałam się, czy te ręce podpisały już coś, czego ja nie widziałam.

Uśmiechnęłam się i podałam mu talerz zupy. Siedzieliśmy przy tym samym stole co każdego wieczoru, a między nami leżało coś, o czym tylko ja wiedziałam. Tej nocy nie mogłam spać. Leżałam obok niego i słuchałam jego równego, spokojnego oddechu.

Myślałam o tym, że przez czternaście lat wierzyłam, że znam tego człowieka lepiej niż siebie samą. Może patrzyłam na niego tak, jak chciałam go widzieć. Może to nie on się zmienił. Może ja po prostu przestałam patrzeć.

O trzeciej w nocy wstałam po wodę. W przedpokoju wisiała jego kurtka. Nie dotknęłam kieszeni. Wróciłam do sypialni i powiedziałam sobie jedno zdanie, które powtarzałam aż do świtu, jak obietnicę złożoną samej sobie.

Przez siedem dni będę tylko patrzeć. Nie zapytam, nie oskarżę, nie powiem ani słowa, bo zanim cokolwiek powiem, muszę wiedzieć wszystko. Dzień pierwszy był dniem korka, którego nie było. Tomasz wyszedł czterdzieści minut wcześniej niż zwykle.

Mówił o remoncie na obwodnicy, o tym, że woli wyjechać przed szczytem. Całował mnie w policzek, tym samym ruchem co zawsze i zamknął za sobą drzwi. Stałam przy oknie i patrzyłam, jak wychodzi z bramy. Poszedł w lewo.

Do pracy zawsze chodził w prawo. Sprawdziłam w telefonie mapy. Żadnych korków. Żadnych remontów.

Droga czysta. Dzień drugi był dniem trzech słów usłyszanych przez uchylone drzwi. Siedziałam w kuchni, kiedy zadzwonił jego telefon. Tomasz wyszedł do gabinetu i tym razem drzwi nie domknął do końca.

Przez szczelinę usłyszałam tylko fragment wypowiedziany ściszonym głosem, spokojnie, jakby mówił o czymś zupełnie zwykłym. Jeszcze nie. Ona nie wie. Kiedy wrócił do kuchni, powiedział, że to był kolega z działu.

Kiwnęłam głową i zrobiłam mu kanapkę z serem, bez musztardy, tak jak lubi. Krojąc chleb, myślałam tylko o tym, że ona, to ja. Że stał w pokoju obok i mówił o mnie do kogoś, kogo nie znam. Dzień trzeci był dniem, który zmroził mnie bardziej niż wszystkie poprzednie.

Tomasz zapomniał laptopa i wrócił po niego po dziesięciu minutach, zdyszany, roztrzęsiony. Kiedy wyszedł, usiadłam przy jego biurku, żeby pozamykać otwarte karty przeglądarki. Historia była skasowana, prawie cała. Ale jeden urwany adres tkwił w pasku jak odłamek.

Niecały, tylko tyle, żeby zobaczyć słowa. Podział majątku bez zgody. Zamknęłam laptop i umyłam wszystkie naczynia w zlewie. Długo, starannie, jedno po drugim.

Patrzyłam na śnieg padający nad miastem i myślałam o tym, że człowiek, z którym sypiam w jednym łóżku, siedział w tym pokoju i szukał w internecie, jak odebrać mi to, co wspólnie zbudowaliśmy. Dni czwarty i piąty były dniami kwiatów. Tomasz wrócił z tulipanami, potem z różami. Pytał, czy nie chciałabym pojechać w weekend do Krakowa.

Był miły w sposób, który bolał bardziej niż obojętność. Któregoś wieczoru zapytał przy kolacji, patrząc na mnie wprost. Czy jesteś szczęśliwa? Patrzyłam na te oczy, które znam od tylu lat.

Oczywiście, powiedziałam i uśmiechnęłam się szeroko, spokojnie, bez drżenia ust. Poczułam, że jestem w tym bardzo dobra. Dzień szósty był dniem hasła. Tomasz zostawił telefon na stoliku i wyszedł pod prysznic.

Telefon zaświecił się od wiadomości. Nie przeczytałam jej. Nie musiałam. Zobaczyłam tylko, że ekran blokuje się inaczej niż wcześniej.

Nie pięć cyfr, które znałam od lat. Coś nowego. Kiedy wyszedł z łazienki, powiedział, że telefon prosił o aktualizację i coś się przestawiło. Wzruszyłam ramionami.

Uśmiechnął się z ulgą. A ulga na twarzy winnego człowieka ma bardzo charakterystyczny kształt. Raz się go zobaczy, nie można pomylić z niczym innym. Dzień siódmy był dniem Katowic.

Wieczorem Tomasz powiedział spokojnie, że w ten weekend wyjeżdża służbowo. Że szef prosi o obecność na jakimś spotkaniu. Żałuje, ale nie ma wyjścia. Powiedział to przy zlewie, nie patrząc na mnie.

Kiwnęłam głową i powiedziałam, że rozumiem. Tej nocy znowu nie spałam, ale tym razem nie z bólu. Z czegoś innego. Z rodzaju skupienia, które przychodzi, kiedy przestajesz się bać, a zaczynasz myśleć.

Miałam fragmenty. Miałam kwotę na złożonej karteczce, skasowaną historię przeglądarki, nowe hasło do telefonu. Ale nie miałam całości i wiedziałam, że sama jej nie ułożę. Była jedna osoba, do której mogłam zadzwonić.

Jedna osoba, która zna mnie od dwudziestu lat i zawsze mówiła mi prawdę, nawet gdy nie chciałam jej słyszeć. Renata, musimy się spotkać. Renata odpisała po trzech minutach. Jutro kawiarnia na Śródmieściu.

O dziesiątej. Bez żadnego pytania. Przez dwadzieścia lat przyjaźni nauczyłyśmy się, że są takie wiadomości, na które nie pyta się o szczegóły. Odpowiada się i przychodzi.

Kawiarnia była mała i ciepła. Renata siedziała przy stoliku przy oknie z dwiema kawami. Kiedy mnie zobaczyła, nic nie powiedziała, tylko kiwnęła głową w stronę krzesła. Usiadłam, wzięłam kubek w obie dłonie i zaczęłam mówić.

Mówiłam długo. O karteczce, o korku, którego nie było, o trzech słowach za uchylonymi drzwiami, o historii przeglądarki, o haśle i o kwiatach, które bolały bardziej niż milczenie. O siedmiu nocach, kiedy leżałam obok niego i słuchałam jego oddechu. O tym, jak równy był ten oddech.

Jak zupełnie pozbawiony ciężaru. Renata słuchała bez przerywania. Nie kiwała głową w odpowiednich miejscach, nie mówiła, że wszystko będzie dobrze. Po prostu słuchała z tym skupionym wyrazem twarzy, który znam od dwudziestu lat i który zawsze oznacza, że naprawdę jest przy mnie.

Kiedy skończyłam, zapadła cisza. Potem Renata postawiła kubek na stole i powiedziała spokojnie. Widziałam Tomasza trzy tygodnie temu. Przy banku na Oławskiej.

Z jakimś mężczyzną, którego nie znałam. Stali na chodniku i coś podpisywali. Przechodziłam po drugiej stronie ulicy. Nie widział mnie.

Myślałam, że wiesz. Że pewnie jakieś służbowe sprawy. Poczułam, jak coś we mnie powoli opada. Nie jak upadek.

Jak powolne osiadanie ziemi pod nogami. Bank na Oławskiej. Trzy tygodnie temu. Podpisywali coś.

Renata nakryła moje dłonie swoją ręką. Nie jesteś sama. I nie zrobimy nic pochopnie. To zdanie.

Nie poczułam ulgi, za wcześnie na ulgę. Ale poczułam coś, czego przez te siedem dni kompletnie mi brakowało. Poczułam, że jest obok mnie ktoś, kto widzi to samo co ja. Kto nie patrzy na mnie jak na kobietę, która przesadza i szuka problemu tam, gdzie go nie ma.

Zamówiłyśmy jeszcze po jednej kawie. Renata jest księgową od osiemnastu lat. Pracuje z dokumentami, liczbami, umowami. Wie, gdzie patrzeć, kiedy coś się nie zgadza.

Kiedy powiedziałam jej o kwocie, o notariuszu, o podziale majątku, zmrużyła oczy w ten swój sposób, który zawsze oznaczał, że przelicza coś w głowie. Zapytała, czy mam dostęp do naszych wspólnych dokumentów, do polis i umów. Powiedziałam, że tak. Trzymamy je razem w sypialni, w tekturowym pudełku, które kupiliśmy jeszcze przed ślubem.

To zacznijmy od tego, co masz prawo wiedzieć. Bo jest różnica między szpiegowaniem a sprawdzaniem tego, co do ciebie należy. Wróciłam do domu przed południem. Mieszkanie było ciche i puste.

Otworzyłam szafę i wyjęłam zakurzone pudełko z naszymi nazwiskami na wieczku. Usiadłam na łóżku i zaczęłam przeglądać. Umowa kredytowa, gwarancje, stare rachunki, wyciągi bankowe z lat, które wyglądały jak dokumenty z innego życia. Między papiery wpadło zdjęcie z naszego ślubu.

Na nim mamy po dwadzieścia pięć lat. Stoimy i śmiejemy się z czegoś, czego już nie pamiętam. A on patrzy na mnie w sposób, który wtedy brałam za miłość. Odłożyłam zdjęcie stroną do dołu.

Szukałam polis. Mieliśmy dwie. Na mieszkanie i na życie, którą wykupiliśmy razem osiem lat temu. Byłam w niej wymieniona jako główna beneficjentka.

Znalazłam polisę na mieszkanie. Polisy na życie w pudełku nie było. Przeszukałam wszystko jeszcze raz, wolno, wyjmując każdy papier osobno. Nic.

Sprawdziłam szuflady biurka, segregator w gabinecie, teczkę przy drukarce. Puste. Zadzwoniłam do towarzystwa ubezpieczeniowego. Czekałam na połączenie, słuchając muzyczki, która ciągnęła się jak najdłuższa melodia, jaką słyszałam.

Kiedy konsultantka odebrała, podałam numer polisy, który miałam w głowie od ośmiu lat. Zapytała o dane. Podałam. Poprosiła o chwilę cierpliwości.

Polisa istnieje i jest aktywna. Ale dane beneficjenta zostały zmienione na wniosek właściciela polisy sześć tygodni temu. Zgodnie z przepisami właściciel ma prawo zmienić beneficjenta bez zgody dotychczasowej osoby wskazanej. Zapytałam, kto jest teraz beneficjentem.

Powiedziała, że nie może mi udzielić tej informacji, bo nie jestem właścicielem polisy. Podziękowałam i rozłączyłam się. Siedziałam przy biurku i patrzyłam na ścianę. Na zdjęcie z wakacji w Zakopanem.

Na kaktusa na parapecie, który dostałam od koleżanki i który jakoś wciąż żyje. Na własne odbicie w ciemnym ekranie wyłączonego monitora. Sześć tygodni temu. Zanim znalazłam karteczkę.

Zanim zaczęłam obserwować. Zanim cokolwiek wiedziałam, on już działał. Zadzwoniłam do Renaty. Odebrała po pierwszym sygnale, jakby czekała.

Powiedziałam jej spokojnie, co usłyszałam, każde słowo. Renata przez chwilę milczała tym swoim skupionym milczeniem, które zawsze poprzedza ważne zdanie. Marta, to nie jest impuls. To jest plan.

I właśnie wtedy, nie przy karteczce, nie przy skasowanej historii, nie przy kwiatach, które kłamały razem z nim. Właśnie w tej chwili poczułam, że coś we mnie pęka. Nie płakałam. Nie umiałam.

Było za głęboko na łzy. To, co poczułam, było rozpoznaniem. Jakbym gdzieś w środku wiedziała już od dawna, tylko nie pozwalała sobie tego zobaczyć. I teraz to widziałam.

Całe i wyraźne. Tomasz nie zdradzał mnie z kobietą. Zdradzał mnie z naszą wspólną przyszłością. Tej nocy wrócił o zwykłej porze.

Pytał, co na kolację. Powiedziałam, że makaron. Gotowałam wodę i słuchałam, jak zdejmuje buty, wiesza kurtkę, włącza telewizor. Te same dźwięki co każdego wieczoru.

Ale kiedy postawiłam przed nim talerz i usiadłam naprzeciwko, pierwszy raz od czternastu lat patrzyłam na niego jak na kogoś, kogo widzę naprawdę. Bez warstwy przyzwyczajenia, bez ciepła nawyku. Widziałam tylko człowieka, który zmienił beneficjenta polisy sześć tygodni temu i zapytał mnie potem, czy jestem szczęśliwa. Tomasz wrócił z Katowic w niedzielę wieczorem.

Przywiózł zapach obcego hotelu i tę szczególną lekkość, którą mają ludzie po czasie spędzonym poza domem. Nie zapytałam, jak minął wyjazd. Przez chwilę czekał, czułam to, stałam do niego tyłem przy kuchence. Nie skomentował.

Przez kolejne dni zaczęłam wyczuwać, że jest niespokojny. Wracał wcześniej. Któregoś wieczoru przyniósł wino i dwie szklanki. Usiadł obok mnie na kanapie i powiedział, że ostatnio jakby jesteśmy od siebie dalej.

Że może powinien pracować mniej. Patrzyłam na ekran telewizora i słuchałam jego słów jak czegoś, co dochodzi z bardzo daleka. Może masz rację. Jesteś zmęczony.

Odpocznij. Nakrył moją dłoń swoją i powiedział, że dobrze mu ze mną. Siedziałam nieruchomo, patrząc na nasze splecione dłonie i myślałam o tym, jak bardzo człowiek potrafi widzieć tylko to, co chce widzieć. Jak bardzo potrafi brać ciszę za przyzwolenie, a spokój za brak gniewu.

Potem delikatnie wyjęłam rękę i powiedziałam, że idę po wodę. W kuchni stałam przy zlewie i liczyłam spokojnie. Miałam już wszystkie kawałki. Karteczkę, notariusza, bank, zmienionego beneficjenta, Katowice, których nie było.

Brakowało mi tylko jednego. Decyzji. Nie mogłam jej podjąć w pośpiechu. Nie dlatego, że się bałam.

Przez czternaście lat robiłam zbyt wiele rzeczy z pośpiechu. Zgadzałam się, bo tak było łatwiej. Ustępowałam, bo tak było szybciej. Milczałam, bo tak było spokojniej.

I teraz chciałam zrobić jedną jedyną rzecz wolno i świadomie. Dla siebie. Zadzwoniłam do Renaty następnego dnia rano, kiedy Tomasz był w pracy. Powiedziałam jej, że podjęłam decyzję.

Że nie chcę konfrontacji, nie chcę sceny, nie chcę dać mu satysfakcji z oglądania mojego bólu. Jesteś pewna? Tak. Spytała, czy potrzebuję pomocy.

Powiedziałam, że przyjedzie w sobotę rano z samochodem. Odpowiedziała tylko: dobrze. I nic więcej. Bo przez dwadzieścia lat przyjaźni nauczyłyśmy się, że są chwile, kiedy wystarczy po prostu powiedzieć będę.

Tego wieczoru Tomasz wrócił w dobrym humorze. Dostał premię. Mówił o nowej restauracji przy rynku, o tym, że dawno nie mieliśmy czegoś tylko dla siebie. Powiedziałam, że to miłe, że pomyślimy.

A ja myślałam tylko o tym, co zapakuję, co zostawię i o tym, że małego kaktusa z parapetu zabiorę ze sobą. Bo jakoś żył przez te wszystkie lata bez większej uwagi i zasłużył na lepsze miejsce. I po raz pierwszy od bardzo dawna przy kolacji z Tomaszem nic mnie nie bolało. Bo nie bolą nas już rzeczy, które mamy za sobą.

Bolą tylko te, których jeszcze nie wiemy, jak puścić. A ja już wiedziałam. Sobota zaczęła się jak każda inna sobota. Tomasz wstał późno w szlafroku, z tą swoją sobotnią powolnością, którą kiedyś lubiłam.

Siedziałam przy stole i patrzyłam, jak sięga po kubek, jak przesuwa palcem po ekranie telefonu. I myślałam, że tak właśnie wygląda koniec czegoś. Nie jak wybuch. Jak ostatni kadr długiego filmu, który zwalnia, aż w końcu się zatrzymuje.

Powiedział, że wychodzi po bułki. Zapytał, czy ma wziąć coś jeszcze. Weź ser. Ten żółty, co zawsze.

Kiwnął głową i wyszedł. Drzwi zamknęły się z cichym kliknięciem i wtedy wstałam. Wiedziałam, że mam około czterdziestu minut. Sklep był dziesięć minut drogi.

Tomasz zawsze wracał przez park, zatrzymywał się przy kiosku po gazetę. Wzięłam walizkę z górnej półki w szafie. Tę małą granatową, z którą jeździłam na konferencje przed laty, kiedy jeszcze pracowałam w tamtej firmie. Kiedy byłam kimś, kto podróżuje sam i wraca do siebie.

Postawiłam ją na łóżku i otworzyłam. Pakowałam spokojnie. Tylko swoje ubrania, te, które naprawdę lubiłam nosić, nie te, które kupowałam, myśląc, co jemu się spodoba. Buty, kosmetyki, książkę z nocnej szafki, zdjęcie mamy, małego kaktusa, którego owinęłam w starą chustę i wsunęłam między swetry.

Z dokumentów wzięłam tylko swoje: dowód, paszport, kartę, kilka pism, które należały do mnie. Nic więcej. Nie chciałam brać niczego, co wymagałoby tłumaczenia. Nie chciałam niczego, za czym musiałabym kiedyś wracać.

Kiedy walizka była spakowana, usiadłam przy kuchennym stole z kartką i długopisem. Przez całe życie słyszałam, że w takich momentach trzeba wyrzucić z siebie żale, wymienić z imienia każde kłamstwo i każdy dzień bólu. Ale kiedy wzięłam długopis do ręki, napisałam tylko trzy zdania. Tomku, znalazłam karteczkę.

Przez siedem dni obserwowałam, jak stajesz się kimś obcym. Życzę ci szczęścia, ale nie z moim życiem. Złożyłam kartkę i położyłam ją na stole obok jego ulubionego kubka, tego z napisem, z którego pił kawę każdego ranka przez dziesięć lat. Chciałam, żeby to zobaczył, wracając, kiedy pierwszą rzeczą, po którą sięgnie, będzie właśnie ten kubek.

Kubek i prawda. Wzięłam walizkę i kurtkę. Zatrzymałam się w drzwiach i odwróciłam. Mieszkanie wyglądało tak jak zawsze.

Kanapa, stół, okno. Wszystko na swoim miejscu, ciche, nieruchome. Poczułam nie ulgę, nie triumf, nie żal. Poczułam coś spokojniejszego i poważniejszego od tego wszystkiego.

Poczułam, że robię coś, czego nie da się cofnąć i że tego właśnie chcę. Zamknęłam drzwi. Renata czekała przed blokiem. Stała przy samochodzie z rękami w kieszeniach kurtki.

Kiedy mnie zobaczyła, nie powiedziała nic. Otworzyła bagażnik, wzięła ode mnie walizkę i wstawiła. Zamknęła i kiwnęła głową w stronę auta. Usiadłam na fotelu pasażera.

Za szybą miasto budziło się do sobotniej normalności. Ktoś szedł z psem, ktoś wynosił śmieci. Z pobliskiej piekarni rozchodził się zapach świeżego chleba. Zwykłe, spokojne, codzienne miasto, które nie wiedziało, że właśnie coś się we mnie skończyło i coś innego, jeszcze nienazwanego, zaczęło.

Renata zapytała tylko: Jedziemy? Patrzyłam przed siebie. Pierwsze zimowe słońce wyszło zza chmur i odbiło się od śniegu tak mocno, że musiałam zmrużyć oczy. Jedziemy.

I pojechałyśmy. Przez kilka następnych tygodni nie było łatwo. Kłamałabym, gdybym powiedziała, że wyszłam z tamtego mieszkania i od razu poczułam się wolna. Wolność po czternastu latach nie przychodzi od razu.

Przychodzi powoli, fragmentami, w nieoczekiwanych momentach. Kiedy budzisz się rano i przez chwilę nie wiesz, gdzie jesteś, a potem sobie przypominasz i oddychasz inaczej niż wcześniej. Kiedy jesz śniadanie sama i cisza nie jest ciężarem, tylko po prostu ciszą. Wynajęłam małe mieszkanie na starym mieście.

Dwa pokoje, wysoki sufit, okno na podwórko z jedną starą lipą. Kaktusa postawiłam na parapecie w kuchni. Zapisałam się na kurs ceramiki. Coś, o czym mówiłam od lat, a Tomasz zawsze zbywał machnięciem ręki i pytaniem, po co ci to.

Chodziłam w każdą środę i wracałam do domu z gliną pod paznokciami i czymś, co zajęło mi trochę czasu, żeby nazwać. A co okazało się po prostu spokojem. Renata przychodziła w każdą sobotę. Przynosiła kawę w termosie i ciastka, i siadałyśmy przy oknie z lipą, rozmawiając o wszystkim i o niczym.

Tak jak rozmawiałyśmy od dwudziestu lat. O Tomaszu myślałam coraz rzadziej. Zostawał mi po nim jakiś zarys. Mężczyzna przy kuchennym stole.

Mężczyzna, który pytał, czy jestem szczęśliwa i nie chciał znać prawdziwej odpowiedzi. Ale coraz częściej budziłam się rano i zanim zdążyłam pomyśleć o nim, myślałam o sobie. O tym, co chcę ugotować. O tym, że trzeba kupić ziemię do doniczki.

O tym, że na kursie ceramiki moje miski wciąż wychodzą krzywe, ale instruktorka mówi, że to kwestia czasu i cierpliwości. Że wszystko jest kwestią czasu i cierpliwości. Pewnego wieczoru siedziałam sama przy oknie z lipą i herbatą, która powoli stygła. Patrzyłam na podwórko, na którym ktoś zostawił rower oparty o ścianę.

Zwykły widok. I nagle poczułam coś, co nie było fajerwerkami ani płaczem ze szczęścia. Coś znacznie cichszego i znacznie prawdziwszego. Poczułam, że jestem u siebie.

Że siedzę we własnym miejscu, w ciszy, która jest moja, z herbatą, którą sama zaparzyłam, z myślami, których nikt mi nie przerywa. Z życiem, które zaczyna się rozwijać w kierunku, który wybrałam. Pomyślałam o tamtej kobiecie, która stała przy pralce z karteczką w drżących rękach i nie wiedziała, co z nią zrobić. I powiedziałam jej w myślach: dobrze zrobiłaś, że odłożyłaś.

Że poczekałaś. Że nie krzyknęłaś i nie dałaś mu oglądać swojego bólu. Że zamiast tego patrzyłaś, myślałaś, zadzwoniłaś do Renaty i kiedy nadszedł czas, wzięłaś walizkę, małego kaktusa i trzy zdania na kartce. I wybrałaś siebie.

Są różne rodzaje siły. Jest siła, która krzyczy, walczy i domaga się, żeby ją widziano. A potem jest siła, która pakuje walizkę w ciszy i zamyka za sobą drzwi. Ta druga jest trudniejsza.

I ta druga jest moja.