Robert położył przede mną dokument pół roku po ślubie. Siedzieliśmy przy kolacji, którą specjalnie dla nas przygotowałam – kaczka, wino, świece. Wtedy powiedział spokojnym tonem: “Status małżeński…

Robert położył przede mną dokument pół roku po ślubie. Siedzieliśmy przy kolacji, którą specjalnie dla nas przygotowałam – kaczka, wino, świece. Wtedy powiedział spokojnym tonem: "Status małżeński...

Moja była żona była rozrzutna i nie umiała oszczędzać – tak Robert mówił o Agnieszce przy każdej okazji. Pół roku po ślubie położył przede mną dokument. Kiedy zobaczyłam, co w nim napisał, zrozumiałam, że Agnieszka miała rację. Ale wtedy jeszcze tego nie wiedziałam.

Thumbnail

Iwona patrzyła wtedy na Roberta i myślała, że wreszcie trafił jej się normalny, porządny mężczyzna. Taki, który nie znika na trzy dni bez słowa, nie pożycza pieniędzy pod koniec miesiąca i nie opowiada przy winie, że szuka siebie, choć ma prawie pięćdziesiąt lat. Iwona miała już po czterdziestce i była zwyczajnie zmęczona. Pracowała jako office manager w niedużej firmie w Warszawie.

Pilnowała faktur, zamawiała materiały biurowe, organizowała spotkania, odbierała telefony, a kiedy trzeba było, potrafiła jednocześnie uspokoić zdenerwowanego klienta, znaleźć hydraulika i przypomnieć szefowi, że za kwadrans ma ważne zebranie. W pracy wszystko miało swoje miejsce. W życiu uczuciowym niekoniecznie. Za nią było kilka związków, które zaczynały się obiecująco, a kończyły rozczarowaniem.

Jeden mężczyzna przez pół roku obiecywał, że odejdzie od żony. Drugi miał w głowie tysiąc wielkich planów, ale żadnego nie doprowadził do końca. Trzeci wydawał całą wypłatę na swoje hobby, a potem pytał Iwonę, czy nie mogłaby na chwilę zapłacić za rachunki. Dlatego kiedy poznała Roberta, poczuła ulgę.

Robert był spokojny, zadbany i punktualny. Pracował jako specjalista do spraw rozliczeń w dużej firmie. Nosił wyprasowane koszule, czyste buty i zawsze pachniał tą samą wodą po goleniu. Miał kilkuletni samochód, ale tak wypucowany, że można było się przejrzeć w masce.

Na pierwszą randkę przyszedł dziesięć minut wcześniej. To samo w sobie zrobiło na Iwonie wrażenie. Spotkali się w przyjemnej restauracji niedaleko centrum. Robert zamówił stek, Iwona rybę.

Do tego po kieliszku czerwonego wina. Rozmawiało im się dobrze. Robert słuchał, nie przerywał, nie zerkał co chwilę w telefon. Dopiero przy płaceniu rachunku zrobiło się trochę dziwnie.

– Chwileczkę – powiedział do kelnera. – Czy ta promocja na danie główne łączy się ze zniżką z aplikacji? Kelner zawahał się. – Musiałbym sprawdzić.

– Proszę sprawdzić, bo jeśli się łączy, to za jedną część zapłacę kartą, na której mam cashback, a za resztę wykorzystam punkty. Kelner zniknął. Robert wyjął telefon i zaczął coś liczyć. Iwona obserwowała go z rozbawieniem.

– Ty zawsze tak? Wszystko liczysz? Robert uśmiechnął się lekko. – Pieniądze lubią porządek.

Wtedy wydało jej się to nawet sympatyczne. Pomyślała: gospodarny facet. Przynajmniej nie taki, który rzuca banknotami na prawo i lewo, żeby zrobić wrażenie, a potem przez tydzień je kanapki z serem. Już podczas kolejnych spotkań coraz częściej pojawiał się temat Agnieszki.

– Ona kompletnie nie rozumiała wartości pieniądza – mówił Robert, kręcąc głową. – Fryzjerka zarabiała przyzwoicie, a wszystko potrafiła wydać. Na co? Na głupoty.

Kosmetyki, ubrania, jedzenie na mieście. Raz kupiła sobie płaszcz, który założyła może trzy razy. Iwona marszczyła brwi. – No ale jeśli sama zarabiała, nie chodzi o to, kto zarabia.

Chodzi o rozsądek. Robert wzdychał wtedy ciężko, jak człowiek, który naprawdę wiele przeszedł. – Wiesz, Iwona, ja nie jestem skąpy. Ja po prostu nie znoszę marnotrawstwa.

To zdanie powtarzał często. Iwona mu wierzyła. Agnieszka w jego opowieściach była kobietą kapryśną, rozrzutną i niewdzięczną. Robert natomiast jawił się jako biedny człowiek, który próbował ratować domowy budżet, ale nikt tego nie doceniał.

Iwonie było go nawet żal. Po kilku miesiącach Robert oświadczył się bez wielkiej oprawy, bez restauracji z muzyką, bez fotografa. Dał jej delikatny złoty pierścionek. – Diamenty to głównie marketing – powiedział.

– Uczucia nie zależą od ceny kamienia. Iwona roześmiała się i powiedziała tak. Ślub był skromny. Urząd stanu cywilnego, najbliższa rodzina, później obiad w restauracji.

Bez orkiestry, bez wielkiej sali, bez fajerwerków. Iwonie to odpowiadało. Nie marzyła już o bajkowym weselu. Chciała spokoju.

Po ślubie przeprowadziła się do mieszkania Roberta. Trzy pokoje w zadbanym bloku. Dobra dzielnica, duży balkon. Mieszkanie odziedziczył po babci, więc nie miał kredytu.

– Przynajmniej nie będziemy całe życie spłacać banku – powiedziała z ulgą. Przywiozła swoje ubrania, książki, kilka doniczek z kwiatami i ulubiony ekspres do kawy. Przez pierwsze tygodnie naprawdę było dobrze. Rano pili razem kawę, wieczorem oglądali seriale, w soboty robili zakupy.

Iwona zaczęła nawet myśleć, że może tym razem naprawdę się udało. Aż pewnego wieczoru wróciła z pracy i zobaczyła Roberta przy kuchennym stole. Przed nim leżał plik paragonów. Obok stał otwarty laptop.

Na ekranie świeciły kolorowe tabelki, kolumny i wykresy. Robert poprawił okulary i wskazał jej krzesło. – Usiądź, Iwonka. – Co się stało?

Uśmiechnął się spokojnie. – Nic złego. Po prostu pomyślałem, że jesteśmy już małżeństwem, więc czas wreszcie porządnie ustalić zasady naszego wspólnego budżetu. Iwona usiadła naprzeciwko niego i zerknęła na ekran.

Na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało całkiem rozsądnie. Zielone pola, żółte pola, czerwone kolumny. Robert miał nawet osobny arkusz z paragonami z ostatnich tygodni. – Zobacz – zaczął.

– Tu mamy wydatki wspólne. Chleb, masło, ziemniaki, makaron, mleko, środki do mycia naczyń. Korzystamy oboje, więc dzielimy po równo. Iwona skinęła głową.

– No dobrze. A tutaj – przesunął palcem po ekranie – są wydatki indywidualne. – Jakie? Robert powiększył tabelę.

– Twój szampon, osiemdziesiąt złotych. Iwona spojrzała na niego, pewna, że żartuje. – Robert, to jest zwykły szampon. – Dla ciebie zwykły.

Ja używam swojego za dwanaście złotych. – Bo masz krótkie włosy. – Właśnie. Czyli nie korzystam z twojego.

Kliknął myszką. – Jogurty waniliowe, twoje. Krem do twarzy, twój. Herbata liściasta w tej eleganckiej puszce też twoja, bo ja piję zwykłą czarną w saszetkach.

Iwona aż się zaśmiała. – Chcesz mi powiedzieć, że będziemy teraz rozliczać każdy jogurt? Robert spoważniał. – Nie każdy jogurt, tylko rzeczy, z których korzysta jedna osoba.

Przecież jesteśmy małżeństwem. Tym bardziej powinniśmy mieć jasne zasady. Powiedział to tak spokojnie, że Iwona na moment zwątpiła we własną reakcję. Może rzeczywiście przesadza.

Może po prostu Robert lubił porządek. – Agnieszka też zawsze robiła z tego awanturę – dodał. Iwona westchnęła. – No tak, Agnieszka.

Co tym razem robiła? Robert odchylił się na krześle. – Kupowała ser pleśniowy, taki naprawdę dobry, po trzydzieści kilka złotych za kawałek. Do tego świeżego łososia, oliwki, jakieś pasty z suszonych pomidorów.

Wszystko bez promocji. No i jadła większość sama, a paragony wrzucała do wspólnej koperty. Iwona wzruszyła ramionami. – Może po prostu lubiła dobre jedzenie?

Robert spojrzał na nią z niedowierzaniem. – Iwona, właśnie od takiego myślenia zaczyna się finansowy chaos. Potem przez dobre dziesięć minut tłumaczył jej, że Agnieszka nigdy nie rozumiała, czym jest uczciwy podział kosztów, że on próbował wprowadzić system, według którego droższe produkty płaci osoba, która zjada ich więcej, i oczywiście zrobiła awanturę. Iwona patrzyła na niego i myślała, że może rzeczywiście poprzednie małżeństwo mocno go poraniło.

Człowiek po takich przejściach czasem staje się przesadnie ostrożny. Tego wieczoru przelała mu kwotę, którą wyliczył za jej osobiste zakupy. Nie była duża. Bardziej niepokoiła ją sama zasada, ale wtedy jeszcze machnęła ręką.

Niestety na tym się nie skończyło. Zakupy zaczęły przypominać kontrolę skarbową. Robert potrafił stać kilka minut przy półce z papierem toaletowym i liczyć w telefonie, ile kosztuje metr. Przy środkach czystości porównywał pojemności butelek, stężenie płynu i liczbę myć przypadających na jedno opakowanie.

Kiedy Iwona sięgała po lepszą herbatę, od razu słyszała:

– Płacisz za pudełko? – Lubię tę herbatę. – Skład jest prawie taki sam. – Smak nie jest taki sam.

– To kwestia przyzwyczajenia. Z czasem Iwona coraz częściej robiła część zakupów sama. Przynosiła do domu swoje jogurty, kosmetyki, lepszą kawę i chowała paragony do torebki. Robert zauważał wszystko.

– Kupiłaś coś bez wpisania do tabeli? – Za swoje pieniądze. – Nie o to chodzi. Chodzi o przejrzystość.

Po kilku tygodniach przyszła kolej na prąd. Najpierw były zwykłe uwagi. Zgaś światło w przedpokoju. Wyłącz telewizor całkowicie.

Nie zostawiaj na czuwaniu. Ładowarka jest w kontakcie. Iwona początkowo robiła jak chciał. W końcu rzeczywiście nie było sensu świecić bez potrzeby.

Ale któregoś wieczoru weszła do kuchni i pomyślała, że jest wyjątkowo ciemno. Spojrzała w górę. W żyrandolu świeciła jedna żarówka. – Robert, gdzie są pozostałe?

Wyszedł z salonu z kubkiem herbaty. – Wykręciłem. – Dlaczego? – Trzy są zupełnie zbędne.

Jedna wystarczy. Oczy mniej się męczą przy łagodniejszym świetle. Iwona popatrzyła na niego dłużej. – Ty sam w to wierzysz?

Robert uniósł brwi. – Oczywiście. Następnego dnia zniknęła też jedna żarówka sprzed pokoju. Potem zaczął pilnować, ile płynu Iwona wlewa do pralki.

– Producent zawsze zawyża dawkę – tłumaczył. – Skąd wiesz? – Bo chce sprzedać więcej. Iwona zaczynała czuć, że w mieszkaniu wszystko ma swoją cenę.

Każde światło, każda kropla płynu, każdy listek herbaty. A jednak jeszcze się łudziła. Powtarzała sobie, że Robert jest po prostu przewrażliwiony po małżeństwie z Agnieszką, że z czasem mu przejdzie. Pewnego chłodnego listopadowego poranka weszła do łazienki zaspana, z ręcznikiem przewieszonym przez ramię.

Odkręciła wodę i wtedy zauważyła coś na szklanej półce obok lustra. Małe plastikowe naczynie, dwie przezroczyste komory, w środku niebieski piasek. Iwona wzięła je do ręki, odwróciła i patrzyła, jak drobne ziarenka zaczynają przesypywać się w dół. Pięć minut.

Dokładnie pięć. Przy śniadaniu Robert zachowywał się tak, jakby nic szczególnego się nie stało. Spokojnie mieszał owsiankę i przeglądał coś w telefonie. Iwona postawiła przed nim plastikową klepsydrę.

– Możesz mi wyjaśnić, co to jest? Robert nawet nie drgnął. – Pomoc wizualna. – Słucham?

– Do kontrolowania czasu pod prysznicem. Iwona patrzyła na niego, czekając na uśmiech, na jakiś znak, że za chwilę powie: no przecież żartuję. Nic takiego nie nastąpiło. – Wczoraj sprawdziłem rachunki za wodę – ciągnął spokojnie.

– Od kiedy się wprowadziłaś, zużycie ciepłej wody wyraźnie wzrosło, bo mieszkają tu teraz dwie osoby zamiast jednej. Odłożył łyżkę i spojrzał na nią z miną człowieka, który właśnie zamierza przedstawić niepodważalne dane. – Ja biorę szybki prysznic. Trzy, maksymalnie cztery minuty.

Ty stoisz pod wodą po kilkanaście. – Mam długie włosy. – Wiem. To co ja mam zrobić?

Umyć połowę głowy dzisiaj, a drugą jutro? Robert westchnął. – Iwona, po co od razu takie emocje? To zdanie zaczynało działać jej na nerwy bardziej niż wszystkie tabelki razem wzięte.

– Nie emocje, pytam normalnie. – Właśnie dlatego proponuję sprawiedliwe rozwiązanie. Skoro zużywasz więcej ciepłej wody, powinnaś pokrywać większą część rachunku. Iwona odsunęła kubek.

– Ile większą? – Siedemdziesiąt procent. – Siedemdziesiąt? Ja trzydzieści, ty siedemdziesiąt?

– To najbardziej logiczne. Przez chwilę w kuchni było zupełnie cicho. Iwona patrzyła na jego twarz i nagle naprawdę nie wiedziała, czy chce się śmiać, czy krzyczeć. – A tak, klepsydra.

Pięć minut wystarczy na podstawową higienę. – Komu wystarczy? – Każdemu, kto rozsądnie gospodaruje zasobami. Iwona oparła dłoń o stół.

– Robert, ja nakładam odżywkę. Muszę ją spłukać. Czasem myję włosy dwa razy. To nie jest kąpiel w luksusowym hotelu.

– Agnieszka mówiła dokładnie to samo. Iwona zamknęła oczy. – Oczywiście, Agnieszka. Co tym razem robiła źle?

Robert wyprostował się, jakby tylko czekał na to pytanie. – Wracała po pracy i potrafiła nalać pełną wannę gorącej wody. Tak, cały dzień na nogach. – I co z tego?

– Nic, pytam. Robert prychnął. – Dwa razy w tygodniu kąpiel, piana, jakieś olejki, świece, czasem jeszcze książka. Leżała tam prawie godzinę.

Iwona poczuła coś dziwnego. Jeszcze miesiąc wcześniej zapewne pokiwałaby głową ze współczuciem dla Roberta. Teraz przed oczami stanęła jej zupełnie inna scena. Agnieszka po całym dniu pracy w zakładzie fryzjerskim, ręce zmęczone od suszarek, farb i szczotek, plecy bolące od wielogodzinnego stania.

Kobieta, która chce po prostu wejść do ciepłej wody i przez chwilę mieć święty spokój. – I co robiłeś? – zapytała Iwona ciszej. Robert wzruszył ramionami.

– Próbowałem ją nauczyć rozsądku. Jak zaproponowałem, żeby nie spuszczała od razu całej wody. Iwona zmarszczyła brwi. – To znaczy?

– Można ją było zebrać do wiader i wykorzystać później do spłukiwania toalety. Iwona patrzyła na niego bez słowa. – To przecież oszczędność – dodał. I wtedy coś w niej pękło.

Nie gwałtownie, raczej cicho, ale ostatecznie. Po raz pierwszy pomyślała, że Agnieszka wcale nie musiała być rozrzutna, kapryśna ani niewdzięczna. Może po prostu miała dość życia z człowiekiem, który przeliczał każdą kroplę wody na pieniądze. Iwona wstała od stołu.

– Nie będę się myła z klepsydrą. Robert uniósł głowę. – Iwona…

– I nie będę płacić siedemdziesięciu procent rachunku tylko dlatego, że mam długie włosy. – Czyli odrzucasz logiczne argumenty?

– Tak. Jeśli to są twoje logiczne argumenty, to odrzucam. Od tego dnia przestała się tłumaczyć. Brała prysznic tak długo, jak potrzebowała.

Używała odżywki, peelingu i swojego szamponu za osiemdziesiąt złotych. Robert oczywiście zauważał wszystko. Czasem stawał pod drzwiami łazienki. – Minęło już osiem minut.

Iwona odkręcała wodę odrobinę mocniej. – Iwona, słyszysz mnie? Słyszała. Po prostu przestała reagować.

W domu robiło się coraz bardziej duszno, choć kaloryfery były ledwie ciepłe. Robert liczył, Iwona milczała. On komentował zakupy, ona odkładała paragony do własnej torebki. On mówił o kosztach.

Ona coraz częściej myślała o Agnieszce. Tak minęły kolejne tygodnie. W końcu zbliżyło się pół roku od ślubu. Iwona długo zastanawiała się, czy w ogóle warto to obchodzić, a jednak zdecydowała, że spróbuje.

Może jeden spokojny wieczór bez tabelek, bez rachunków, bez liczenia minut pod prysznicem. Wzięła w pracy kilka godzin wolnego, pojechała po zakupy. Kupiła dobrą kaczkę, kwaśne jabłka, butelkę czerwonego wina i wszystko, czego potrzebowała do porządnej kolacji. Chciała przygotować coś naprawdę od serca.

Jeszcze wtedy miała nadzieję, że ten wieczór coś między nimi naprawi. Kiedy Robert wrócił do domu, w mieszkaniu pachniało pieczonymi jabłkami, majerankiem i winem. Iwona zdążyła wszystko przygotować. Kaczka miała chrupiącą złotą skórkę, ziemniaki rumieniły się w naczyniu, a na stole stały dwa kieliszki i świece, których Robert zwykle nie lubił, bo parafina też kosztuje.

Tego wieczoru jednak nic nie powiedział. Zdjął płaszcz, umył ręce, przebrał się i wszedł do pokoju z wyraźnie dobrym humorem. – No proszę – powiedział – ale uczta. W końcu minęło pół roku.

– Wiem. Usiadł przy stole. Iwona nalała wina. Przez pierwszych kilka minut było nawet normalnie.

Robert pochwalił kaczkę. – Dobra, naprawdę dobra. – Dziękuję. – Jabłka też pasują.

Iwona uśmiechnęła się. Może właśnie tego potrzebowali. Jednego zwyczajnego wieczoru, bez pieniędzy, bez rozliczeń, bez komentowania, ile kosztowała butelka wina. Robert wypił kilka łyków i nagle odsunął talerz.

– Właściwie dobrze, że zrobiłaś tę kolację. Iwona spojrzała na niego. – Dlaczego? – Bo ja też przygotowałem coś na dzisiaj.

Serce zabiło jej trochę szybciej. Może jednak kupił bilety na weekend? Może zarezerwował hotel gdzieś pod Warszawą? Albo chociaż pomyślał o czymś, co nie miało nic wspólnego z rachunkami.

Robert wstał, podszedł do swojej teczki i wyjął z niej przezroczystą koszulkę z kilkoma kartkami. Położył dokument przed Iwoną. – Proszę. Iwona spojrzała na pierwszą stronę.

Przez chwilę nie rozumiała, co czyta. Potem przeczytała jeszcze raz. Umowa najmu lokalu mieszkalnego. Podniosła wzrok.

– Robert, co to jest? – Projekt. – Jakiego projektu? – Umowy między nami.

Iwona nadal patrzyła na niego bez słowa. Robert usiadł, poprawił mankiety koszuli i zaczął mówić spokojnym tonem. – Od pewnego czasu analizuję rynek najmu w naszej okolicy. Iwona poczuła, jak coś ściska ją w żołądku.

– Po co? – Żeby wiedzieć, jaka jest realna wartość mieszkania. – Robert, ja tu mieszkam z tobą. – Wiem.

– Jako twoja żona. – Wiem – powiedział tak spokojnie, jakby tłumaczył coś wyjątkowo prostego. – Ale status małżeński nie zmienia wartości nieruchomości. Iwona odstawiła kieliszek.

– Mów dalej. Robert natychmiast się ożywił. – To mieszkanie można by spokojnie wynająć za około cztery tysiące złotych miesięcznie. A ty zajmujesz znaczną część przestrzeni.

Iwona zamrugała. – Znaczną część przestrzeni? – Szafę, połowę sypialni, łazienkę, kuchnię. Korzystasz z salonu, balkonu, sprzętów.

– Robert, naprawdę to liczysz? – Nie liczę, analizuję. Sięgnął po dokument i wskazał palcem jeden z punktów. – Gdybym wynajął komuś część mieszkania, miałbym z tego konkretny dochód.

A ponieważ mieszkasz tutaj ty, nie mogę tego zrobić. Iwona patrzyła na niego coraz bardziej nieruchomo. – Czyli tracisz przeze mnie pieniądze. Robert pokiwał głową.

– Dokładnie. To są utracone korzyści. Iwona przez chwilę myślała, że chyba jednak źle słyszy. – Utracone korzyści?

– Tak. Ale oczywiście nie chcę traktować cię jak obcej osoby. – Ależ skąd. Robert nie wyczuł ironii.

– Dlatego proponuję uczciwy kompromis. Odwrócił kartkę. – Dwa tysiące złotych miesięcznie. Iwona wpatrywała się w cyfrę na papierze.

– Chcesz, żebym płaciła ci dwa tysiące miesięcznie za mieszkanie z własnym mężem? – Nie przedstawiaj tego w taki sposób. – A jak mam to przedstawić? – Jako udział w kosztach korzystania z majątku.

Iwona parsknęła krótkim, nerwowym śmiechem. Robert natychmiast zmarszczył brwi. – Nie rozumiem, co jest zabawnego. – Nic.

Mów dalej. – Za pół roku daje to dwanaście tysięcy złotych. Czyli jeszcze masz zaległość. – Technicznie rzecz biorąc, tak.

Iwona aż odchyliła się na krześle. Robert natomiast wyglądał na coraz bardziej zadowolonego z własnej argumentacji. – Do tej pory nie uwzględniałem też amortyzacji. Oczywiście podłoga się zużywa, kanapa też.

Materac, armatura, deska sedesowa, drzwi, klamki. Iwona powoli przesunęła wzrokiem po stole. Kaczka stygła. Świece spokojnie się paliły.

Wino zostało prawie nietknięte. Jeszcze godzinę temu chciała uratować ten wieczór. Teraz czuła już tylko zadziwiający spokój. – Robert?

– Tak. – Agnieszce też coś takiego zaproponowałeś? Robert zamilkł. Pierwszy raz tego wieczoru naprawdę się zawahał.

– To nie ma znaczenia. – Ma. Zapytałam, czy Agnieszce też dałeś umowę najmu. Robert zacisnął usta.

– Podobną. Iwona poczuła chłód na karku. – I co zrobiła? Robert skrzywił się.

– Zachowała się skandalicznie. Zaczęła krzyczeć, że jestem chory, że nie będzie płacić mężowi za własne łóżko. Iwona patrzyła mu prosto w oczy. – I wtedy odeszła?

Robert poprawił okulary. – Niedługo później. W tej jednej chwili wszystko ułożyło się Iwonie w całość. Ser, ryba, wanna, wiaderka, paragony, woda, żarówki.

Agnieszka nie była rozrzutna, nie była histeryczką, nie była niewdzięczna. Po prostu wcześniej niż Iwona zrozumiała, z kim mieszka. Iwona spojrzała jeszcze raz na dokument leżący obok talerza, potem na Roberta i wiedziała już dokładnie, co zrobi. Nie podniosła głosu, nie rzuciła talerzem, nie trzasnęła krzesłem, nie zaczęła wyliczać Robertowi wszystkiego, co przez ostatnie miesiące znosiła.

Po prostu wstała od stołu. – Dokąd idziesz? – zapytał. – Spakować się.

Robert przez sekundę wyglądał tak, jakby nie zrozumiał. – Co? – Wyprowadzam się. – Iwona, nie rób scen.

Odwróciła się do niego. – Ja właśnie nie robię żadnej sceny. Weszła do sypialni, wyciągnęła z szafy dużą walizkę i położyła ją na łóżku. Robert oczywiście poszedł za nią.

– Ty chyba nie mówisz poważnie. Iwona zaczęła składać ubrania. – Mówię. – Przez jedną rozmowę?

– Nie przez jedną. – Przecież to tylko propozycja. Możemy negocjować. Iwona aż się uśmiechnęła.

– Negocjować? – Oczywiście. Dwa tysiące to punkt wyjścia. Mogę zejść trochę niżej.

Włożyła do kosmetyczki krem, szampon i odżywkę. Robert coraz bardziej się denerwował. – Naprawdę chcesz zniszczyć małżeństwo przez pieniądze? Iwona zatrzymała rękę.

– Ja? – Tak, ty, bo nie umiesz spokojnie rozmawiać o finansach. Pokręciła głową i wróciła do pakowania. – Jesteś dokładnie taka sama jak Agnieszka – rzucił w końcu.

Iwona spojrzała na niego. – Wiesz co? Dziękuję. – Za co?

– Za komplement. Robert poczerwieniał. – Wam wszystkim chodzi tylko o wygodę. O to, żeby korzystać z cudzej pracy, cudzych pieniędzy, cudzej własności.

Iwona zapięła walizkę. – Robert, naprawdę już nie musisz nic tłumaczyć. – Oczywiście. Jak nie masz argumentów, to uciekasz.

Nie odpowiedziała. Założyła płaszcz, wzięła torebkę i walizkę. Robert stał w przedpokoju z rękami skrzyżowanymi na piersi. – Jeszcze będziesz tego żałować.

Iwona otworzyła drzwi. – Możliwe. – I co teraz? Hotel?

– Koleżanka. – Będziesz wydawać pieniądze bez sensu? Spojrzała na niego po raz ostatni. – Jakoś sobie poradzę.

I wyszła. Dopiero kiedy drzwi zamknęły się za nią, poczuła ulgę. Nie rozpacz, nie strach. Ulgę.

Przez pierwsze dwie noce spała u koleżanki. Potem znalazła niewielkie mieszkanie do wynajęcia. Nie było tak przestronne jak mieszkanie Roberta, ale kiedy wieczorem zapalała wszystkie lampy, nikt nie pytał jej, czy naprawdę potrzebuje aż tylu żarówek. Mogła stać pod prysznicem siedem minut albo dwanaście.

Mogła kupić herbatę w ładnym pudełku i nikomu nic do tego. Kilka dni po wyprowadzce Robert zaczął pisać. Najpierw chłodno: musimy ustalić sprawy finansowe. Potem bardziej stanowczo: nie odpowiedziałaś w sprawie zaległych dwunastu tysięcy.

Iwona przeczytała wiadomość dwa razy, a potem się uśmiechnęła. Usiadła przy stole, otworzyła laptop i stworzyła nowy arkusz. Skoro Robert tak kochał wyliczenia, postanowiła tym razem naprawdę potraktować go poważnie. Przez ostatnie pół roku to głównie ona gotowała.

Liczyła więc przygotowywanie posiłków. Sprzątała łazienkę, kuchnię, odkurzała, myła podłogi. Dodała sprzątanie. Robiła pranie, rozwieszała je, składała ubrania.

Dodała pranie. Prasowała Robertowi koszule. Dodała prasowanie. Regularnie robiła większe zakupy, planowała listy, przynosiła ciężkie torby, wymieniała pościel, ścierała kurze, myła lodówkę, kuchenkę i wannę.

Wszystko wpisała osobno. Potem sprawdziła, ile mniej więcej kosztują takie usługi. Nie zawyżała. Wręcz przeciwnie.

Liczyła ostrożnie. Na końcu spojrzała na sumę. Osiemnaście tysięcy sześćset złotych. Iwona jeszcze raz przejrzała tabelę, potem odjęła dwanaście tysięcy, których Robert żądał za pół roku korzystania z nieruchomości.

Pozostało sześć tysięcy sześćset złotych. Zapisała dokument jako rozliczenie końcowe i wysłała mu. Minęły może trzy minuty. Telefon zadzwonił.

Iwona nie odebrała. Po chwili przyszła wiadomość. – Co to ma być? Iwona odpisała:

– Rachunek.

Telefon znów zaczął dzwonić. Odrzuciła połączenie. Kolejna wiadomość pojawiła się niemal natychmiast. – Przecież nie możesz naliczać mi pieniędzy za gotowanie i sprzątanie.

Byliśmy małżeństwem. Iwona przeczytała to zdanie i parsknęła śmiechem. No proszę, nagle małżeństwo jednak miało znaczenie. Napisała spokojnie:

– Ty policzyłeś mi łóżko, podłogę, wodę i klamki.

Ja policzyłam swoją pracę. Robert odpisał od razu:

– To absurd. Iwona spojrzała na ekran. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej pewnie zaczęłaby się tłumaczyć.

Teraz nie miała już takiej potrzeby. Wysłała ostatnią wiadomość:

– Chciałeś małżeństwa na zasadach rynkowych. Po prostu rozliczyłam się z tobą według twoich własnych zasad. Po odjęciu czynszu jesteś mi winien sześć tysięcy sześćset złotych.

Potem wyciszyła telefon. Zaparzyła sobie dobrą liściastą herbatę, tę drogą, w eleganckim pudełku, i po raz pierwszy od bardzo dawna wypiła ją w absolutnym spokoju.